28 kwi 2017

Lucian [17] - Śmierć powinna być końcem

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Ciemnoskóry mężczyzna stał samotnie na opustoszałym, skalistym brzegu Wysp Cienia. Niespokojny, rozglądał się dookoła, a jego serce biło coraz szybciej. Towarzyszyło mu przerażenie, ukryte głęboko, by nikt nie mógł go dojrzeć.
Aura tego miejsca znacznie go osłabiała. Mocniej zacisnął palce wokół dwóch śmiercionośnych pistoletów i powoli ruszył w głąb mrocznej mgły, zwiastującej śmierć.
Robię to dla ciebie, Senna.
Głos ukochanej odbijał się echem w głowie Luciana, mieszał się z krzykiem i piskiem żyjących tu istot. Brakowało mu towarzystwa. Żadna z misji nie sprawiała mu przyjemności, nocami w pustym łóżku nękały go koszmary.
Strzelec wzdrygnął się, gdy między jego nogami przebiegła niewielka istota. Na terenach takich jak te, każdy szmer mógł oznaczać ogromne niebezpieczeństwo.
Mimo rosnącego strachu nie zamierzał się wycofać. Przysiągł, że oczyści Shadow Isles z wszelkich wynaturzeń.
Podczas swojej wędrówki natknął się na siedlisko śmiercionośnych stworzeń, dusz zaklętych w ciałach potworów. Nim zdążyły go zaatakować, oddał kilka celnych strzałów, pozbawiających je życia.
Zdmuchnął dym wydobywający się z luf i dalej brnął przed siebie.
Po niedługiej chwili dotarł do niewielkiego pagórka na skraju głębokiego, wewnętrznego jeziora. Z otaczających zbiornik, niemalże łysych już drzew o grubych pniach opadały ostatnie liście, wirując na wietrze.
Za wzniesieniem rozciągały się polany, niegdyś zamieszkałe przez czerpiących radość z życia, ludzi. Niestety, po tym szczęśliwym krajobrazie pozostały tylko ruiny, przypominające o jasnej przeszłości tego miejsca.
Mieszkańcy znikali jeden po drugim. Każdej śmierci odpowiadało żerujące na tych terenach widmo. Na początku Klucznik nie pojawiał się często, dokładnie obserwował każdy ich dzień, dbając, by nie byli tego świadomi. Jednak z czasem chęć zakończenia nędznej, ludzkiej egzystencji była coraz większa. Stworzenie zakradało się do nieodpornych umysłów ofiar, po czym więziło ich dusze w zielonym blasku swojej latarni.
Strażnik Łańcuchów odpowiadał również za śmierć najbliższej Lucianowi osoby, niczemu nie winnej Senny. Rozpaczliwie pożądając okrutnej zemsty mężczyzna przyrzekł sobie, że duch więziennego nadzorcy będzie ostatnim, z którym rozprawi się przed opuszczeniem Wysp Cienia. Pragnął delektować się każdą chwilą jego męki, tak jak on postąpił z piękną żoną Kleryka.
Przemierzając zgliszcza domostw, strzelec nie zatrzymał się ani razu. Okropna sceneria wywoływała jeszcze większe przerażenie.
Droga do starej świątyni nie była daleka. To właśnie w jej pozostałościach uwięziony w ciele potwora dusza, stworzyły swoje gniazdo.
Wystarczyło tylko kilka strzałów z broni palnej, by skrócić jej wieczne cierpienie, pozwalając opuścić to zamglone miejsce i powrócić do świata umarłych.
Lucian pokonał kolejny pagórek, po czym stanął przed rozpadającą się wieżą. Wszedł do środka, zdjął ze ściany lampion i go odpalił. Skierował się w stronę zakurzonych schodów, pokrytych pajęczynami.
Robię to dla ciebie, Senna.
Z głębi podziemi wydobywały się głośne ryki. Kleryk Broni stąpał cicho i bardzo ostrożnie. Nie spieszył się, głośne łomotanie serca i płytki oddech zaburzały jego koncentrację.
Droga w dół wydawała ciągnąć się w nieskończoność. Co jakiś czas pod nogami przelatywały niewielkie spojrzenia, przypominające szczury. Chowały się w mrocznych zakamarkach między kamiennymi blokami.
Po kilkunastu minutach strzelec w końcu dotarł do celu. Postawił na podłodze niewielkie źródło światła. Rozglądając się dookoła przestronnego pomieszczenia, w którym się znalazł, zauważył ogromne stworzenie. W niczym nie przypominało człowieka, którym najprawdopodobniej kiedyś było.
Rozmiarem kilkakrotnie przewyższało mężczyznę. Z górnej partii ciała wystawały mu trzy pary kończyn. Potwór stawiał mocne kroki, rozkładając ciężar swojego ciała na dwóch wielkich stopach. Jego zielone ciało pokrywało bujne owłosienie.
Gdy zauważył gościa na swoim terenie, złapał sporych rozmiarów kamień i rzucił nim w przybysza. Ciemnoskóry bez problemu uniknął pocisku, wykonując szybki ślizg w bok.
Ten ruch nieco rozzłościł olbrzyma. Złapał następny głaz, za nim kolejny i kolejny. Żadnym z nich nie udało mu się trafić.
Zwinnie poruszając się po katakumbach, Lucian znalazł się za plecami bestii. Wykorzystał przewagę, jaką dawała mu pozycja i oddał kilka celnych strzałów z broni świetlnej, a stwór zawył przeraźliwie.
Wściekłość przeciwnika wciąż rosła. Zacisnął pięść i wykonał silny zamach, strącając Kleryka z nóg.
Upadając, zabójca zranił się w głowę. Z rozciętego czoła sączyła się szkarłatna krew, a jeden z pistoletów wypadł mu z dłoni.
Stworzenie szykowało się do kolejnego ataku, chwiejnie kierują się w stronę leżącej ofiary. By go odeprzeć, strzelec musiał zebrać w sobie wszystkie siły. W ostatniej chwili, tuż przed nadchodzącym uderzeniem, zerwał się z popękanej, kamiennej posadzki i sięgnął po znajdującą się kilkanaście centymetrów dalej, broń.
Nacisnął obydwa spusty w tym samym momencie, posyłając jasną salwę pocisków w stronę potwora, który przez zadane obrażenia osunął się na ziemię, wrzeszcząc głośno.
Mężczyzna zakręcił w dłoni miotaczem światła, po czym oddalił się w stronę schodów prowadzących na powierzchnię, zostawiając bestię, by wyzionęła ducha.

Wspinając się po stronnych stopniach usłyszał znajomy, mrożący krew w żyłach śmiech. Gdy się odwrócił, ujrzał zielone światło latarni, w której właśnie została zamknięta kolejna dusza.

21 kwi 2017

Lux [16] - Rozświetlmy to miejsce!

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Tej nocy Luxanna nie mogła zasnąć choć na chwilę. Był to już piąty dzień pobytu w rodzinnym domu i piąty dzień z rzędu, w którym nie mogła posługiwać się swoją mocą. Co prawda dla dziewczyny nie było to trudne, by jej po prostu nie używać. Chodziło o to, że właśnie tego potrzebowała najbardziej. Gdyby chociaż na chwilę mogła wypuścić z koniuszków swoich palców najcieńszą smugę jasnego światła, byłoby to dla niej jak wyczekiwany odpoczynek po długiej i wyczerpującej podróży. Czarodziejka co chwilę wierciła się z boku na bok, nie mogąc odpędzić myśli od chwycenia za swoją różdżkę i rzucenia paru zaklęć.
Od czasu gdy pani Maulle zamknęła za sobą drzwi od sypialni Lux, życząc jej słodkich snów, minęły zaledwie trzy godziny, lecz przepełnionej energią, młodej kobiecie, wydawało się, że leży sama w swoim łóżku od paru wieków. By zająć jakoś czas i jednocześnie przestać myśleć o swojej mocy, dziewczyna postanowiła wyjść na balkon, by się przwietrzyć. Stwierdziła, że jeśli chłodne, świerze powietrze nie przepędzi zadręczających ją myśli, to już nic tego nie zrobi.
Postąpiła, tak jak postanowiła i po chwili otwierała już duże, szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz. Od razu objęła ją rześkość czystego, niczym niezepsutego, demaciańskiego wiatru, przylatującego tu znad północy. Luxanna odetchnęła pełną piersią.
- Tego mi brakowało… - wyszeptała, uśmiechając się z błogością.
Czując, że jej ciało zaczyna przemarzać, sięgnęła po swoją, srebrno-niebieską podomkę z kożuchem po wewnętrznej stronie, która jak zwykle leżała na oparciu krzesła stojącego  przy stoliku, zaraz obok wyjścia na balkon. Założyła na siebie okrycie i przycisnęła je do siebie, pozwalając by miękki puch rozgrzewał jej ciało.
Noc była niesamowita. Po niebie nie płynęła ani jedna, nawet najmniejsza chmurka, a gwiazdy odgrywały swój nieziemski taniec, mieniąc się i ukazując drugą, piękniejszą stronę mroku, który następuje po zmierzchu.
Wtedy, rozmyślając tak o gwieździstym sklepieniu, Lux przypomniała sobie, jak czasami lubiła się wymykać na dach swojego domu, by widzieć cały nieboskłon i podziwiać błyszczące w oddali punkty.
Dziewczyna rozejrzała się dokoła, a widząc, że w pobliżu nikogo nie ma, podeszła do lewego brzegu balkonu, gdzie na stalowych kratach rosły pnące, czerwone róże. Bez większego namysłu czarodziejka chwyciła za pręty i śmiejąc się pod nosem ruszyła w górę, by po chwili być już na budynku. Wtedy dopiero poczuła, że naprawdę jest sobą i że nie musi się niczym martwić. Położyła się na zimnej powierzchni dachu, izolując ją od siebie podomką, a następnie zaczęła marzyć. „A co by było gdybym, nie miała swojej mocy? Czy robiłabym to samo co teraz? Czy wstąpiłabym do armii jak Garen? A co gdybym postanowiła wtedy opuścić Demacię i w pełni oddać się magii, z którą się urodziłam?” rozmyślała Lux. Te nagłe potoki myśli, były jak obmycie twarzy zimną wodą z rana. Tego właśnie potrzebowała. Chwili spokoju i momentu, w którym będzie w końcu mogła wziąć oddech.
W pewnym momencie czarodziejka usłyszała czyjś głos, a po nim kolejny i kolejny. Nie należały one do nikogo z jej rodziny. Należały one do dzieci, ale mimo, że w jej domu nie było ani jednego, ona i tak czuła, że skądś je zna. Po chwili ja olśniło. To był Olivier, a z nim reszta dzieciaków z jego pokoju. Otóż, ten chłopiec był od urodzenia podopiecznym lokalnego sierocińca, założonego około czterdzieści lat temu, przez ciotkę Lux, Larissę. „Tak dawno ich nie widziałam” pomyślała dziewczyna, a następnie zebrała się w sobie i paroma zgrabnymi ruchami ześlizgnęła się po stromym zboczu domu na chodnik. Nie sprawiło jej to większego kłopotu, ponieważ odkąd w wieku dziewięciu lat po raz pierwszy wymknęła się w nocy z domu, jej umiejętności w bezszelestnym i szybkim przemieszczaniu się wokół budynku znacząco się poprawiły.
Chwilę później gromadka dzieci wysunęła się zza rogu. Spośród nich najstarszy był właśnie dziesięcioletni Olivier, a najmłodsza pięcioletnia Silma, która po ujrzeniu swojej ukochanej, najulubieńszej dorosłej, pisnęła radośnie i podskakując podbiegła do Lux.
- Wróciłaś, wróciłaś! – krzyczała mała
- Ciii, Sil. Nikt nie wie, że tu jestem.
Wtedy cała zgraja rzuciła się na dziewczynę, by wyściskać ją najmocniej jak się dało. To była największa zapłata, jaką czarodziejka mogła sobie wymarzyć, za parę lat spędzonych na opiece i nauce dzieci z sierocińca. Dlatego też żadne z nich nie zdziwiło się jak z oczu ich autorytetu pociekły łzy szczęścia i wzruszenia. Jasnowłosa ściskała, i całowała każdego, mówiąc przy tym jak bardzo wyrośli, lub jak pięknie wyglądają. Po wszystkim odezwał się Olivier:
- Nie wiedzieliśmy, że wróciłaś. Czemu do nas nie przyszłaś?
- Wiesz, nie miałam za dużo czasu ostatnio, ciągle jakieś wyjazdy i misje. Czasami nawet nie zdążyłam się rozpakować, a już musiałam jechać gdzieś indziej – mówiła, ocierając łzy i śmiejąc się Lux – a tak w ogóle to co wy robicie o tak późnej porze na zewnątrz?
Cała gromada nagle ucichła i każdy zaczął patrzeć w ziemię i odwracać wzrok od czarodziejki. Wszyscy wstydzili się odpowiedzieć.
- Oj nie martwcie się – Lux nachyliła się and dziećmi – nic  nie powiem, pani Gilldrough, jeśli wy nikomu nie powiecie, o tym kogo dzisiaj spotkaliście. Umowa stoi?
- Stoi! – wyszeptały, lecz dosyć donośnie dzieci, a następnie  zaśmiały się cicho, widząc po raz pierwszy jak dorosły łamie zasady. Co prawda dziewczyna mogła wyjść o każdej porze, lecz dla tych pociech wyjście po dwudziestej z domu dziecka było czymś na skalę ucieczki z więzienia Billiego Bertsa z historii, które często opowiadał swoim współlokatorom Olivier.
Czarodziejka, namyśliła się chwilę, a następnie powiedziała:
- Macie ochotę zobaczyć coś naprawdę superowego?
- Tak! – wykrzyknęły cały czas szeptając dzieci.
- To chodźcie.
Całą gromadą przemknęli między patrolującymi strażnikami, aż do parku znajdującego się nieopodal. Lux kazała wszystkim położyć się na trawie tak, by widzieli dobrze niebo. A kiedy każdy leżał już wygodnie na trawniku, dziewczyna stanęła pomiędzy nimi i unosząc ręce do góry, wysłała pojedynczą wiązkę światła, która po dotarciu na odpowiednią wysokość wybuchła, ukazują najróżniejsze mieszaniny barw i odcieni. Kolory wirowały na niebie tworząc różne kształty, które w połączeniu z błyszczącymi gwiazdami, dawały efekt, którego nie dało opisać się zwykłymi słowami.
 Każde z dzieci zachwycone magią, jaką przed chwilą ujrzały, prosiły Lux o więcej. Niestety Pani Jasności nie mogła sobie pozwolić na to, by ktoś złapał ją na gorącym uczynku, więc jak najszybciej zebrała wszystkich i  wymijając zdezorientowanych żołnierzy pobocznymi uliczkami, dotarli bezpiecznie pod sierociniec. Tam czarodziejka pożegnała swoich dawnych podopiecznych, a następnie sama wróciła do domu.

Kładąc się z powrotem do łóżka, Lux czuła, że tej nocy nie będzie już miała problemów z zaśnięciem.

14 kwi 2017

Miss Fortune [15] - Bez Trupów nie ma łupu

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Czerwonowłosa kobieta rozglądała się po brudnym nadbrzeżu Bilgewater, wdychając okropny smród alkoholu i zgnilizny. Jej obcasy głośno stukały o dziurawy drewniany pomost, gdy pewnym krokiem zmierzała w stronę swojego statku, który odpływał za kilka minut. Zatrzymała się przy słupie przygasającej latarni, by zerwać kolejny list gończy, które za złoczyńcami wysyłała Rada Łowców Głów. Ostatni raz przypatrzyła się szkarłatnemu profilowi pirata, którego życia miała zamiar odebrać w ciągu najbliższych godzin.
Weszła po skrzypiącym trapie na pokład i stanęła na skraju prawej burty. Gęsta mgła unosiła się w powietrzu, ograniczając widoczność, przykrywając pobliskie wysepki. Powszechnie wiadomo było, że wypływanie w taką pogodę nie należało do bezpiecznych, jednak Miss Fortune nie mogła pozwolić, by niesprzyjające warunki atmosferyczne pokrzyżowały jej misterne plany. Okazja pojmania jednego z najgroźniejszych przestępców ostatnich czasów nie powtórzy się szybko.
Okręt ruszył. Kapitan stojący za sterami był najnowszym nabytkiem Łowczyni, do starannie wyselekcjonowanej załogi dołączył zaledwie kilka tygodni wcześniej. Wśród swoich cieszył się ogromnym szacunkiem i niesplamioną reputacją, jednak nie były to jedyne powody, dla których został wybrany. Nie zadawał zbędnych pytań, realizował wszystkie zachcianki swojej przełożonej. Przynajmniej tak długo, jak mu płacono.
Mistrzyni rewolwerów usłyszała za sobą niezgrabne kroki. Gwałtownie odwróciła się, by sprawdzić, do kogo należą. Zza masztu wyłonił się ciemnowłosy mężczyzna, którego niegdyś przystojną twarz przecinała głęboka i długa blizna.
- Ryfusie – rzekła ciepłym tonem – co tutaj robisz? Miałeś zaczekać na mnie w kabinie.
- Wiem, najdroższa – zrobił kilka kroków w jej stronę, wyciągając przed siebie dłonie – mijały jednak godziny… Nie mogłem dłużej wytrzymać, musiałem cię zobaczyć.
Kobieta westchnęła, gdy objął ją w tali i wyszeptał:
- Wiesz, że wyglądasz jeszcze bardziej olśniewająco bez warstwy zbędnego materiału? – zapytał, demonstracyjnie zahaczając palcem od brzeg jej niezwykle krótkiej spódniczki.
- Ale, kochanie– odparła stanowczo – oczy całej załogi zwrócone są w naszą stronę. Proszę, wróć do kajuty, zejdę zaraz za tobą i razem pozbędziemy się… tego – pociągnęła delikatnie za kołnierzyk jego białej koszuli, po czym wyswobodziła z uścisku i wykonawszy zmysłowy piruet, odwróciła się twarzą w stronę kochanka.
Uwodzicielski uśmiech, który mu posłała, zdziałał cuda. Pirat odwrócił się na pięcie i ruszył ku zejściu prowadzącym pod pokład.
Wielu znało tajniki uwodzenia Miss Fortune, stały się tematem niezliczonych, przekolorowanych opowieści. Nikt jednak nie potrafił się im oprzeć, co gwarantowało Łowczyni Głów ogromną dowolność w wyborze partnera.
Głupkowaci marynarze uważali, że zmieniała ona obiekty westchnień jak rękawiczki z czystej rozpusty i pragnienia przyjemności, prawda była jednak całkowicie inna. Romanse miały to do siebie, że niejednokrotnie rozwiązywały języki.
Dzięki niczego nieświadomym kochasiom pozyskała wiele cennych informacji. Poznawała lokalizacje kwater przemytników lub uciekających przestępców, ale co najważniejsze, poszerzała swoją wiedzę o działalności niezwykle sprytnego Postrachu Siedmiu Mórz.  
Ryfus nie różnił się od pozostałych. Pewnej nocy w taniej gospodzie, pragnąc pozostać lojalnym wobec ukochanej, wyjawił plany najbliższego współpracownika Gangplanka, których realizację miał rozpocząć w noc najbliżej pełni.
Pewna sukcesu Miss Fortune wypłynęła więc z załogą na otwarty ocean, pragnąc zakończyć kolejny żałosny żywot.
Mgła nieco się przerzedziła, a czerwonowłosa powróciła do obserwacji niespokojnej tafli wody. W ciągu najbliższych kilku minut powinna ujrzeć niewielki okręt, którym przemieszczał się jej cel. Sięgnęła po leżącą nieopodal lunetę i wytężyła wzrok.
Zgodnie z przewidywaniami, drewniana łajba wyłoniła się zza linii horyzontu.
- Przygotujcie działa – zwróciła się do jednego z majtków.
- Oczywiście, pani.
Statek Łowczyni Głów należał do jednych z najlepiej uzbrojonych w całym Bilgewater. Wyposażony w hextechowe armaty prosto z Piltover siał postrach na morzach otaczających wyspy.
Plan mistrzyni rewolwerów nie był skomplikowany ani szczególnie trudny w realizacji. Opierał się na ataku z zaskoczenia. Jej przeciwnicy niczego się nie spodziewali. Wystarczyło tylko użyć broni w odpowiednim momencie, by zatopić wrogów.
Podpłynęli bliżej, a gdy znaleźli się w odpowiedniej odległości, rozległ się pierwszy huk. Kule nie trafiły. Ostrzelany żaglowiec nabrał prędkości, oddalając się nieco. Wiedzieli, co się święci.
Nikt jednak nie był w stanie uciec niezwykle szybkiemu okrętowi Miss Fortune i sterującemu nim kapitanowi. Bez wahania rozpoczęli pościg.
Kolejne pociski utkwiły w drewnianej burcie, wyrządzając ogromne szkody. Kompania kobiety zyskała ogromną przewagę, którą wykorzystała, niszcząc maszty wroga większą ilością amunicji.
Przyszedł czas na abordaż. Załoga porwała broń i za pomocą plecionych lin dostali się na płonący pokład współpracownika Gangplanka.
Czerwonowłosa stanęła w samym środku bitwy. Wzięła do ręki śmiercionośne pistolety i kilkakrotnie pociągnęła za ich spusty. W jednej chwili drewniana powierzchnia pożerana przez zabójcze płomienie, pokryła się ciałami, nie chybiła ani razu.
Do zabicia pozostała już tylko jedna osoba, jednak młodego mężczyzny nigdzie nie było widać. Nieco poirytowana zabójczyni zeszła na poziom kajut załogi, rozglądając się uważnie dookoła.
- Szukasz kogoś, Sarah? – rozległ się nisko głos za jej plecami.
- Wydaje mi się, że już znalazłam – odpowiedziała szyderczo, oddając strzał w lewą nogę pirata. – Gdzie jest Gangplank?
- Nigdy… się nie dowiesz – wysyczał głosem przepełnionym bólem.
- Jak mi przykro -  kolejna kula trafiła w dolną kończynę. - Zła odpowiedź. Pozwól, że ponowię pytanie. Gdzie jest Gangplank?
- Nie… Nie wiem.
- Kłamiesz – wystrzeliła trzeci raz.
- Nie! Ja… n… na… prawdę nie wiem.
- Cóż, czyli nie będzie z ciebie pożytku. Rada Łowców Głów bardzo chętnie przyjmie twoją głowę.
Oba pistolety wypaliły w tym samym momencie, pociski zatopiły się w klatce piersiowej ofiary, ostatecznie pozbawiając ją życia.
- Szczęście nie sprzyja głupcom – rzekła, zdmuchując dym, wydobywający się z luf.

7 kwi 2017

Vladimir [14] - Rzeki spłyną krwią

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Odgłos ciężkich butów wypełniał korytarz noxiańskiego pałacu. Po częstotliwości uderzeń obuwia o podłoże, można było stwierdzić, że ich właściciel biegł. Był on na tyle donośny i wyprowadzający ze spokoju, iż obudził on każdego śpiącego dworzanina, w tym samego Vladimira. Otwarł on swoje krwistoczerwone oczy i podniósł się na łożu, tworząc między tułowiem, a nogami kąt prosty. Wsłuchiwał się w każdy kolejny dźwięk dobiegający zza drewnianych drzwi, czekając, aż gburowaty posłaniec bez pukania wtargnie do jego komnaty. Z każdą kolejną sekundą zapach płynącej pod dużym ciśnieniem krwi docierał do nozdrzy maga z coraz większą siłą. Wtem wrota otworzyły się z hukiem. Głowa Vladimira z niewiarygodną prędkością zwróciła się w stronę intruza, a przepełnione złością i poirytowaniem oczy Żniwiarza przeszyły go na wylot. Mężczyzn w drzwiach zawahał się, lecz po chwili odrzekł lekko zdyszany.
- Lord Swain wz… 
- Kto ci pozwolił nachodzić mnie w moim pokoju bez mojego pozwolenia? – wysyczał wyraźnie zdenerwowany Vladimir.
- Ja tylko… Bo on kazał… - bełkotał wystraszony posłaniec
Wtedy zwinnym ruchem czarodziej przełożył nogi na drugi koniec łóżka i jednym susem doskoczył do zdębiałego mężczyzny, łapiąc go za szyję. Zbliżył do niej swój nos i zaciągnął się głęboko.
- Ah… wyssałbym cię do ostatniej kropli, szczególnie że twoja krew pachnie tak smakowicie… – odchylił głowę, by spojrzeć mu prosto w przekrwione, błękitne oczy, przepełnione strachem i wizją nagłej, bolesnej śmierci -…no ale można z tobą zrobić jeszcze wiele różnych, innych rzeczy – wyszczerzył do niego swoje białe zęby w dwuznacznym uśmiechu. Przyglądał się młodzieńcowi przez chwilę – skoro już tu jesteś, to przekaż co masz do powiedzenia, zanim zmienię decyzję.
Żołnierz zawiesił się na chwilę, lecz kiedy hemomanta zaczął wydawać dźwięki tykającego zegara, oprzytomniał.
-Lord Swain prosi mości pana o bezzwłoczne przybycie do jego pałacu – powiedział, wręcz recytując. Zaskoczony Vladimir złapał go za ramię, spojrzał na niego przenikliwie, a następnie ruchem głowy odprawił posłańca, lecz zanim ten zdążył wyjść, mag nakazał mu przyjść dzisiaj wieczorem. Odradził mu zapominanie.
Dopiero, kiedy posłaniec skręcił  za rogiem długiego korytarza, hemomanta zamknął drzwi, spuszczając z niego wzrok.

Pomiędzy kamiennymi murami jedyne światło dawały świece, których blask był tak bardzo uwielbiany przez Żniwiarza. Niektóre już prawie się wypaliły, więc rozkazanie sługom ich wymiany stało się nieuniknione.

Mężczyzna stanął po środku pomieszczenia, a następnie skupił swoją uwagę na zaklęciu. Kiedy był gotowy, przemienił się w plamę krwi i swobodnie przedostał przez nieszczelne mury pałacu. Płynął w suchej ziemi Noxus, zmierzając w stronę wielkiego budynku, w którym mieszkał Swain.

Tuż przed wrotami, Vladimir powstał z postaci czerwonego płynu z powrotem do ludzkiej formy, wywołując panikę i dezorientację przed strażnikami.
- Spokojnie panowie. Przecież nie gryzę… chociaż właściwie. – mężczyźnie spojrzeli na siebie ze strachem w oczach. Żniwiarz wyciągnął ręce ku górze i przekładając cały swój ciężar na prawą nogę, uderzył nią w chodnik, a z jego ust wydobyło się teatralne "buu". Biedni tchórze wypuścili z rąk włócznie i kuląc się na ziemi, zaczęli błagać o litość. Hemomanta tylko zaśmiał się szyderczo i przeszedł między nimi do wnętrza pałacu.

Ciemne korytarze oświetlane jedynie przez kolorowe witraże, najczęściej pokazujące wydarzenia z historii Noxus, doprowadziły maga do Swaina. Stał on na balkonie, patrząc na piękne widoki, jakie sobie zafundował, podczas kupna tej posiadłości. Na jego ramieniu, siedziała spokojnie Beatrice -  czterooki kruk Taktyka. Byli bardzo z sobą zżyci. Tak naprawdę oddzielnie widywano ich tylko, kiedy ptak wykonywał zadanie zlecone mu przez jego pana.
-Witaj Vladimirze – powiedział luźnym tonem jego przyjaciel – jak się pewnie domyślasz mam dla ciebie zlecenie i tym razem najlepiej jakbyś zabrał się za jego wykonanie od razu.
Hemomanta spojrzał zaciekawiony na Swaina i mimiką twarzy poprosił o więcej informacji.
- Jest to grupa spiskowców, planująca zdemaskować i obalić Czarną Różę. Są bardzo przebiegli. Jedyne co wiem to, że posiadają jakąś specjalną broń, o której nie wiemy, no i to, że spotykają się gdzieś w Mrocznym Lesie.
-Hmh… rozumiem. Co prawda spodziewałem się czegoś ciekawszego, no ale skoro nic innego nie masz to niech będzie. Tylko jaka będzie zapłata?
Swain odszedł od poręczy i stanął przy dużym, pozłacanym kufrze. Następnie kopnął go, wywracając  i tym samym wysypując ogromną ilość złotych monet.
- Bardzo nam na tym zależy, więc lepiej, żeby ci się powiodło -Vladimir z niemałym zaskoczeniem spojrzał na pieniądze, po czym zwrócił twarz do Swaina.
- Spotkamy się jutro w południe. Będzie już po wszystkim.
- Mam taką nadzieję.
Vladimir jeszcze raz spojrzał na skrzynię, a następnie wyszedł szybkim krokiem z budynku, zmierzając w stronę wysokich drzew na północ od Głównej Bramy.

Flora tutaj była naprawdę dziwna. Rośliny przybierały nienaturalne kształty. Bywały powykrzywiane w zygzaki, albo zupełnie proste. Czasem kora drzew miała fioletowy kolor, czasem był to odcień żółtego, ale zawsze biła od nich śmierć. Nie był to taki magiczny las z wróżkami i jednorożcami, jakie często spotykano w bajkach na dobranoc. Przypominał on bardziej jakieś przeklęte miejsce, o którym nie powinno się nawet wspominać.

Hemomanta nasłuchiwał. Próbował wyłapać jakikolwiek szmer lub odległy głos. Nic. Pustka. Żaden nawet najcichszy dźwięk. Nie było to dla niego wielkim zdziwieniem. Prawdę mówiąc bardziej byłby zaskoczony, gdyby coś takiego usłyszał. Zwierzęta musiały uciekać z tego terenu. Brutalność noxian i ich zniewaga do natury, wypędziły całe życie z lasu. Niezliczone próby manipulacji magią i ciągłego jej zmieniania wpłynęły na tutejszą roślinność. Stałą się ona w wroga dla ludzi. Nie można było już spotkać, żadnego kwiatu, czy drzewa, które w jakiś sposób nie mogłoby zranić.
Mag ruszył na przód.  
Poszukiwania nie trwały bardzo długo. Jakiś chłopak ubrany w ciemny płaszcz, nieporadnie próbujący nie wydawać dźwięków, zaprowadził Vladimira wprost do miejsca spotkań przeciwników Czarnej Róży. Teraz pójdzie jak z płatka. Kiedy młody mężczyzna zakrył wejście do wykopanej w ziemi nory, Czarownik po raz kolejny przemienił się w kałużę krwi i lada moment był pod ziemią otoczony ludźmi w przedziale od trzynastego do czterdziestego szóstego roku życia. Sześć kobiet, jedenastu mężczyzn.
Hemomanta uśmiechnął się szyderczo, a następnie z jego dłoni wylały się dwa strumienie ohydnej, bordowej krwi, oblewając każdego członka organizacji spiskowej. Każdy z nich machał rękami próbując powstrzymać ciecz, lecz ciśnienie pod jakim wypływała z rąk Vladimira, było zbyt silne. Po chwili mag zacisnął pięści, przerywając wylew krwi. Raz. Otrząsnęli się. Dwa. Wiedzieli co się zaraz wydarzy. Trzy. Potoki krwi zostały wyrzucone z ciał nieszczęśników, natychmiastowo ich zabijając. Czerwień zatoczyła nad hemomantą dwa kręgi, by następnie zostać przez niego wchłoniętą. Mag odetchnął i rozejrzał się dookoła, by sprawdzić czy jest tutaj cokolwiek co mogłoby mu się przydać do badań, lecz niestety nic takiego nie znalazł. Po raz ostatni spojrzał na dzieło jakiego dokonał, a następnie udał się do wyjścia.