31 mar 2017

Karthus [13] - Pocałunek Śmierci

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Po długich dniach podróży, Karthus przybył pod bramy Noxus w towarzystwie potępionych dusz. Zapomniał już jak wspaniałym miejscem były podmiejskie slumsy, pełne chorób i krwi, okryte zapachem śmierci.
Przekroczył kamienne mury, nucąc pieśni żałobne swojej młodości. Dzielnica bezwartościowej biedoty nic nie zmieniła się odkąd ją opuścił.
Spacerując między zrujnowanymi domostwami, zaglądał w każdą uliczkę, zatrzymując się przy gnijących w ciemnych zaułkach, ciałach.
Natknął się masowy grób, cuchnącą w środku miasta, usypaną z ludzkich pozostałości, stertę. Karbowi pełniący funkcję zbieraczy zwłok wciąż dokładali do niej trupy, najpewniej ofiary kolejnej okrutnej zarazy.
Jedną z nich była młoda dziewczyna, odziana w starą podartą sukienkę, której klatka piersiowa wciąż nierówno unosiła się i opadała, a twarz wyrażała niemiłosierne cierpienie, przez które musiała przechodzić. Licz nachylił się nad jej bezradnym obliczem, a ona delikatnie otworzyła usta, jakby pragnęła coś powiedzieć.
- Gdy serce przestanie bić, nadejdzie ukojenie. Zaśnij, dziecię – rzekł, nacinając swój kostur, a kobieta wydała swoje ostatnie tchnienie.
Zakonnicy nakryli nieboszczyka następnymi zwłokami, a Piewca Śmierci ruszył dalej, w głąb noxiańskiego dystryktu, w którym dorastał.
Nagle do jego uszu dotarła znajoma melodia, która z każdą sekundą stawała się coraz głośniejsza. Opustoszałe ulice wypełniły słowa Kołysanki Śmierci, lamentu zagubionych dusz.
Zmierzając w stronę swojego celu, trafił  na niewielki placyk, główne miejsce spotkań ludności zamieszkującej slumsy. Zazwyczaj tętniący życiem, tego dnia jakby wymarły.
Uwagę Karthusa przykuła, ubrana w łachmany drobna staruszka, zmorzona chorobą, siedząca nieco na uboczu, opierając się o kamienną ścianę. Powoli podszedł do kobiety, na tyle blisko, by usłyszeć jej cichy, łamiący się śpiew.
- Nie boję się ciebie – rzekła.
- Wszyscy śmiertelnicy obawiają się śmierci. Nie rozumiecie, jak wielkim darem jest. Uwalnia was od bólu i pokazuje prawdziwe piękno.
- Jestem gotowa.
- Dobrze. Zrzuć śmiertelną powłokę i dołącz do chóru umarłych. 
Jednym ruchem dłoni odebrał kolejne życie. Zostawił nic nie znaczące już ciało na ulicy, wcielając następną duszę do swojego legionu i ruszył dalej.
Niewielka odległość dzieliła go od domu rodzinnego, który opuścił jako młody człowiek. Nic nie trzymało go w tym okropnym miejscu, a pragnienie panowania nad śmiercią innych stworzeń było znacznie większe. Wystąpił więc w szeregi karbowych i udał się w niezwykle niebezpieczną podróż na Wyspy Cienia. W tym odizolowanym od świata miejscu, okrytym gęstą mgłą, posiadł ogromną wiedzę o ludzkim istnieniu i jego końcu, zetknął się najróżniejszymi stworzeniami oraz przybrał swoją ostateczną formę. Został nieśmiertelnym Piewcą Śmierci, władającym ogromną armią nieumarłych, do której wciąż dołączali potępieńcy.
Unoszący się nad ziemią Karthus zatrzymał się przed zniszczonym budynkiem, wspartą ociosanymi głazami, drewnianą konstrukcji. Zamiast drzwi wejście przysłaniała podarta tkanina, a okna zabite były deskami. Dziury w dachu od lat nie zostały zabezpieczone.
Wszedł do środka i skierował się do pomieszczenia na tyłach, niewielkiej sypialni, którą dzielił z całą rodziną. W rogu znajdował się podziurawiony, niewygodny materac, na którym kulił się z trudem oddychający mężczyzna, bełkocząc.
- S… Syn… Synu… W… Www… Wróć do… mnie.
Nagle powróciły wszystkie wspomnienia, chwile młodości uderzyły z ogromną siłą. Noce, gdy przekradał się przez zatłoczone pokoje, poszukując tych, którzy bliscy byli śmierci, by ujrzeć, jak uchodzi z nich życie. Wszystkie krzyki rodziców, którzy znaleźli swoje dzieci martwe.  Radosne gonitwy z siostrami po mieście, aż w końcu choroba.
Dni, które spędzał nad bezwładnymi ciałami najbliższych dłużyły się w nieskończoność. Dla ojca pogrążonego w smutku był przykładnym bratem, on jednak nie pragnął ulżyć ich cierpieniom. Godzinami obserwował, jak gasło światło w oczach każdej z nich. Poszukiwał w nich nikomu nie znanej wiedzy, tajemnic wieczności.
Piewca Śmierci otrząsnął się z opanowującej go nostalgii i rzekł:
- Twój czas nadszedł, ojcze. Zginiesz z mojej ręki i odrodzisz się lepszym.
Wyciągnął dłoń, a rażące światło otoczyło umierającego człowieka. Przeniknęło jego skórę, kości i wszystkie mięśnie, dotknęło samej duszy.
Karthus naciął swój kostur po raz kolejny, ostatecznie przypieczętowując tą chwilę.
- Spoczywaj w pokoju. 

Zostawił ciało ostatniego członka swojej śmiertelnej rodziny w chłodnym pomieszczeniu, spoczywające na starym łóżku, po czym opuścił Noxus w towarzystwie potępionych dusz. 

24 mar 2017

Master Yi [12] - Spokojny umysł potrafi przebić kamień


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Pomarańczowa tarcza przemieszczała się już ku linii horyzontu. Dzisiejszego dnia przesilenia letniego, jak co roku odbywało się to dokładnie między szczytami Kurio i Massanna. Zbocza gór oblane ciepłymi odcieniami czerwieni były jedną z licznych atrakcji, dla których zjeżdżano tutaj z najdalszych zakątków Runeterry. Jednak na Yi nie robiły już takiego wrażenia, jak za dzieciństwa. Nie potrafił tak jak kiedyś wpatrywać się w nie, dopóki ostatnie promienie słońca nie powierzyły nieba księżycowi. Jednak nadal odnajdywał w nich pewien rodzaj oczyszczającej energii, której często potrzebował, do odpędzenia myśli o zemście, której bardzo pragnął dokonać. Siła umysłu, jaką od wielu lat w sobie kształcił, nie mogła ustąpić tak prymitywnym zachowaniom.
Master Yi oddawał się właśnie codziennej medytacji, którą jak zwykle odprawiał w zbudowanej przez jego przodków, małej kapliczce. Nie posiadała ona nawet ścian, a jej głównym celem było właśnie oddanie się urokom natury i odnalezienie spokoju. Cztery marmurowe filary w kształcie cylindrów utrzymywały płytką kopułę wykonaną z czerwonej cegły. W jej wewnętrznej stronie widniały malunki mitycznych stworzeń, które miały sprawować opiekę nad świętym miejscem. W samym centrum sklepienia wisiał na łańcuchu lampion, wykonany prawdopodobnie przez któregoś z największych mędrców, jakich nieczęsto spotykano na tych terenach. To, co było niezwykłe w tym skromnym przedmiocie, to światło, które pojawiało się zawsze, kiedy nastawała ciemność. Nie ważne czy to przez noc, lub nawet najzwyklejsze zakrycie kaplicy, to za każdym razem, jakby przez magiczny włącznik, światło rozbłyskiwało w szklanej kuli zielonożółtym promieniem, który wraz z ukazaniem się słońca, bądź ognia, gasło zapadając się samo w siebie, by powrócić, kiedy znów będzie potrzebne.
Wojownik Wuju próbował w pełni oddać się odpoczynkowi i beztrosce, lecz przez jego myśli ciągle przesuwały się wspomnienia walk i ciał upadających z każdym precyzyjnie wymierzonym ciosem szermierza. Przypominał sobie każdy jęk konających mężczyzn i każdy ryk tych szarżujących. Spoglądał po raz kolejny na miejsca bitew z bezlitosną armią Noxus, której zarozumialstwo i pycha kazały plądrować napotkane wioski, mordować wszystkich zdrowych mężczyzn w pełni wieku, zabierać w niewolę młode dziewczyny, a czasem nawet i matki, by później sprzedać je jakimś zamożnym szlachcicom lub wykorzystywać, jako sposób urozmaicenia czasu. Natomiast dzieci zwykle zostawiali na pastwę losu. Te trochę starsze często starały się pomagać reszcie, lecz cóż mogły zrobić bez pożywienia, zupełnie same, w miejscowościach czasami oddalonych o parę szczytów od innych skupisk ludności. Ostatnią, najbardziej zhańbioną grupą byli starzy i kaleki, z których zwykle durni żołnierze Noxus robili sobie pośmiewisko. Kazali robić im rzeczy, które były poniżej godności nawet tych najniegodziwszych.
Te wspomnienia napawały Yi gniewem, lecz wkład, jaki włożył w doskonalenie stylu Wuju i jednanie swojego ciała z duchem, pozwoliły mu na oddalenie uporczywych, złych myśli i ponowne rozluźnienie ciała, a tym samym wejście na głębszy stopień medytacji.
Po około godzinie słońce zamieniło się w półokrąg, chowając się po części za linię horyzontu. Wojownik kończył właśnie swoją dzienną dawkę odpoczynku i jedyne o czym teraz myślał, było czym się teraz będzie musiał zająć. Podczas tych rozmyślań, dotarło do Ioniańczyka to, czego teraz potrzebował.
Wtedy, jak co dzień po stopniach stromych schodów wykutych u zbocza wzniesienia, wspinał się Wukong, jedyny uczeń Mastera Yi. Miał on nadzieję, że kiedy przyjdzie, jego mistrz będzie już na chodzie i też to nawet przeczuwał, lecz na pewno nie spodziewał się tego, czym zaraz miał go zaskoczyć.
Ostatnie parę stopni dzieliło już ucznia od widoku budynku, a kiedy ten ukazał mu się przed oczami, był... pusty. Małpiszon zdębiał. „Przecież on zawsze tu jest.” pomyślał. Lekko zestresowany, ale także zaskoczony, postanowił, że ukryje się na pobliskim drzewie, które kończyło przekwitać i niedługo miało zacząć rodzić soczyste owoce. Małpi Król powoli i bezszelestnie przeskakiwał z jednej rośliny na drugą, cały czas wypatrując najmniejszego drgnienia. Krążył tak wokół kaplicy, nie wiedząc, co powinno zwrócić jego uwagę. Po krótkim namyśleniu postanowił, ze przyjrzy się miejscu z bliska. Zgrabnym ruchem opuścił się z gałęzi i delikatnie stanął na wilgotnej od rosy trawie. Wtedy zza jednego z filarów wyłonił się pędząc w jego kierunku mężczyzna. W pierwszej chwili Wukong nie wiedział kto to, lecz zaraz rozpoznał z kim będzie walczył.
- Broń się! – ryknął Yi i rzucił się na Konga, znikając do niematerialnego świata i wyłaniając się za plecami rywala. Ten już dawno przygotowany do walki, odparł cios szermierza i odskakując kawałek, stanął w pozycji obronnej.
- Czekałem na to – odparł prowokująco Małpi Król, a następnie biorąc zamach, skoczył ku szermierzowi. Ten dzięki szybkiemu refleksowi zdążył sparować atak, a następnie samemu przystąpić do działania. Wukong cały czas analizując miejsce, w którym się znajdowali, postanowił spróbować pokonać mistrza. Wyczekał moment, aż ten zaatakuje i wtedy przytrzymując miecz przeciwnika swoją bronią odepchnął go na całkiem sporą odległość, by zdobyć trochę czasu na pozostawienie swojego klona. Kiedy podobizna małpiszona czekała na przystąpienie do ataku wojownika, Kong jednym szybkim susem wskoczył na jedno z drzew. Dwa kolejne skoki zmieniły jego pozycję, tak że znajdował się na wprost za plecami Mastera Yi. Kiedy sobowtór znikł w białej chmurze, wymachując swoim kosturem, jego pierwowzór zeskoczył z rośliny celując w swojego mistrza. Wtedy miecz szermierza Wuju zalśnił, a cała jego sylwetka rozpromieniła zielonym blaskiem. Rzucił się on na nic niespodziewającego się Wukonga i jednym ciosem powalił go na ziemię. Następnie zostawił ucznia na mokrej trawie, a sam poszedł z powrotem do kaplicy.
Małpi Król leżał chwilę obolały, a kiedy wstał, podszedł do mistrza. Otworzył usta, by wytłumaczyć się z odniesionej klęski, lecz Master Yi odparł przed nim:
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć. Przed tobą długa droga na szczyt…, ale nie martw się. Kiedyś go zdobędziesz – mówił  układając się do ponownego odpoczynku. Musiał zregenerować siły po walce, by w razie potrzeby być w pełni gotowości.
- Tak właściwie to… - zaczął Kong.
- Ciii…Medytuję  - przerwał mu zabójca, pogrążając się w zamyśleniu.
Wukong spojrzał na szermierza z lekkim podenerwowaniem, lecz zaraz potem westchnął i ruszył w stronę stopni na zboczu wzgórza.

Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy wojownika Wuju zawitał prawie przez niego zapomniany, szczery i ciepły uśmiech.


Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D

17 mar 2017

Ekko [11] - Rzeczy same się nie polepszą

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Mały chłopiec przemierzał sam ulice Zaun, wdychając toksyczne opary, produkowane przez pobliskie fabryki. Miasto spowiła ciemność, zabrudzone deptaki opustoszały. Głuchą ciszę co jakiś czas przerywał męski chichot, odbijający się echem od ścian zniszczonych budynków.
Troskliwi rodzice dziecka zabraniali mu przebywać późnym wieczorem poza domem, Miasto z Żelaza i Szkła nigdy nie należało do najbezpieczniejszych. Przestępcy zdolni do niewyobrażalnych czynów kryli się wszędzie, w podziemiach, tunelach i zaułkach. Wystarczyło pojawić się w złym miejscu o złej porze, by stracić życie.
Jednak odkąd Ekko wynalazł Napęd Zero, cudowne urządzenie pozwalające zakrzywiać czasoprzestrzeń, nie obawiał się niczego.
Trzymając dłoń na mechanizmie, gotowy w każdej chwili go uruchomić, minął Rynek Graniczny, jedyne miejsce, gdzie w barach i klubach wciąż toczyło się życie. Młodzi mieszkańcy Piltover często się tu pojawiali, chcąc uciec od natłoku obowiązków i pracy, by nieco odpocząć i rozerwać się.
Przekroczył jeden z wielu mostów, po kilku minutach znalazł się w niższej części Zaun. Wycieczka powoli zbliżała się do końca, kilkaset metrów dzieliło chłopca od ukochanego domu.
 Jednak gdy młody wynalazca znalazł się na ostatniej prostej, usłyszał charakterystyczny damski śmiech, dźwięk, którego nie da się zapomnieć. Zaunita był świadomy wielkiego niebezpieczeństwa, które czaiło się za rogiem, jednak chęć zobaczenia dziewczyny ponownie była większa. Wbrew wszelkim zasadom skręcił w wąską uliczkę i żwawym krokiem ruszył przed siebie.
Nagły huk wystrzału rozległ się po całej okolicy. Ekko wiedział, że nim przybędą siły porządkowe, kryminalistka zdąży uciec. Bez wahania wyszedł na szeroką aleję handlową, gotów się z nią zmierzyć.
Stanął na przeciwko Jinx, pochylającej się nad dwójką mężczyzn w średnim wieku. Jeden z nich leżał bez ruchu w kałuży własnej krwi, najpewniej martwy, a drugi, również ranny, starał się spożytkować wszystkie swoje siły, by uciec, powoli czołgając się po ulicy.
- Chyba zapomniałam czegoś zastrzelić – burknęła pod nosem, mierząc z Rybeńki do wciąż żywej ofiary. – Ostatnie słowa? Ha ha ha! Po prostu zdychaj! – krzyknęła, naciskając spust swojej broni.
Mimo, że nie było szans na przywrócenie życia nieoddychającemu mieszkańcowi, wciąż mógł ocalić jego towarzysza. Chłopiec działał szybko. Uruchomił Napęd Zero, za pomocą którego cofnął nieco czas. Znów ujrzał biednego człowieka, próbującego oddalić się od niebieskowłosej przestępczyni, mierzącej w jego stronę z rakietnicy.
- Chyba zapomniałam czegoś zastrzelić. Ostatnie słowa? Ha ha ha! Po… - nim Wystrzałowa Wariatka skończyła swoją kwestię, łobuz znalazł się między nią a leżącym na ziemi osobnikiem, niczym żywa tarcza. Ciało dziecka przeszył niewyobrażalny ból, gdy przebił go ciemny pocisk.
Wziął głęboki oddech, po czym sięgnął do wspaniałego wynalazku i w mgnieniu oka powrócił do korzystniejszego punktu w czasie. Tym razem przygotował plan, nie był jednak pewien, jak zadziała. Na szczęście nie musiał się tym martwić, miał nieskończoną ilość prób.
- Spluwy. Jakże oryginalnie – rzekł, spluwając na deptak, próbując zwrócić na siebie uwagę. – Namieszałaś już wystarczająco, Jinx.
- Och Ekko, mój drogi Ekko… Słyszałam, że spotkałeś swój paradoks. Dobrze się razem bawiliście?! – wycedziła, śmiejąc się szyderczo, po czym zwróciła się do wyrzutni – Rybeńko, przyszedł czas, by siać zniszczenie!
- Wiesz, podobałaś mi się, zanim zaczęłaś gadać do pukawki.
Pierwsza część strategii chłopca powiodła się, skutecznie zmienił obiekt zainteresowania dziewczyny.
- Zaczynasz mnie nudzić… - rzekła, biorąc do ręki działko obrotowe.
Młody wojownik chwycił swoją broń i wykonał parę płynnych ruchów nadgarstkiem, przecinając powietrze. Niebieskowłosa zwróciła lufę karabinu w jego stronę, nie zdążyła jednak oddać strzału. Wynalazca był znacznie szybszy, w ułamku sekundy znalazł się obok i obezwładnił bandytkę kilkoma szybkimi ciosami.
- Nie możesz zrobić mi krzywdy – zaszlochała teatralnie, podnosząc się z ziemi i otrzepując pył z licznych, powierzchownych ran. – Przecież to ja jestem królową zniszczenia!
Gdy spoglądał na bezsilną zabójczynię, w głowie Zaunity zrodziło się wiele myśli i jedno ważne pytanie. Nie powinien puścić jej wolno, mimo, że bardzo tego pragnął. Wiedział, jak tragiczny w skutkach może być jego wybór. Jednakże wciąż rządziły nim silne uczucia, które kiedyś do niej żywił.
- Nie wygrasz z czasem, Jinx. On jest po mojej stronie.
Z głębi miasta zaczęły dochodzić odgłosy zbliżających się służb porządkowych. Łobuz rozejrzał się dookoła, szukając poszkodowanego mężczyzny. On jednak zniknął, pozostawiając za sobą ciało towarzysza i niebezpieczną wariatkę. Ekko miał tylko nadzieję, że zorganizował mu wystarczająco czasu na ucieczkę.
- Zbliżają się gliny. Radzę ci znaleźć dobrą kryjówkę – rzekł cicho, po czym skręcił w wąską uliczkę i żwawym krokiem ruszył wzdłuż niej.

Gdy odwrócił się, by po raz ostatni spojrzeć na brutalną piękność, zobaczył opustoszały deptak zalany krwią i kilka zużytych naboi, leżących obok ciała. 

10 mar 2017

Diana [10] - Wybranka Księżyca

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Słońce właśnie zaszło, kiedy Diana weszła do jednej z niedawno odkrytych przez nią świątyń. Wojowniczka zatrzasnęła za sobą ogromne kamienne wrota, a następnie odszukała znak, który potrzebowała do całkowitego ich zamknięcia. Gdy dostrzegła wydrążony w skale symbol, przyłożyła do niego czoło i wymówiła stare zaklęcie, które poznała, przeszukując kaplicę. Znajdowało się w jednej z ksiąg poświęconym czarom od wieków wymyślanych przez wyznawców Księżyca.
Diana odwróciła się i spojrzała przed siebie na wyniesiony pośrodku budynku krąg. Srebrny dysk wzniósł się prostopadle do centrum podestu. „Zaczęło się” pomyślała kobieta, a następnie ruszyła spokojnym krokiem, skłaniając głowę przed boskością, jaka znajdowała się na niebie. Wkraczając do oświetlonego koła, wojowniczka poczuła energię przepełniającą jej drobne ciało. Musiała skupić swoją uwagę na tym, by ta moc nie spowodowała nagłej i okrutnie bolesnej śmierci, która czekała każdego, kto nie był wystarczająco silny, by dać radę wejść na ołtarz podczas pełni i spojrzeć w tarczę Księżyca. Kobieta czuła, że jeśli zaraz tego nie zrobi, to On posili się jedynie jej duszą. Śmierć jedynej jego wyznawczyni oznaczałaby to koniec historii tej religii i mocy, jaką ze sobą niosła.
Wraz z momentem, kiedy szare oczy Diany podniosły się nagle, patrząc prosto na biały dysk, ten wysłał na ziemię promień, który oślepiłby każdego, kto znajdowałby się w tym momencie w świątyni, lecz gdyby wojowniczka odwróciła wzrok, umarłaby spalona przez światło Księżyca. Czuła, że jej ciało nie wytrzymywało siły, z jaką srebrny dysk napierał na nią, lecz ona dobrze wiedziała, że była to tylko próba, że On chciał sprawdzić, czy jest godna. Jej przypuszczenia były trafne.
Chwilę później światło przestało być rażące, a stało się przyjemne i sprawiło, że kobieta poczuła ciepło i opiekę, jaką Księżyc ją otaczał. Stopy Diany oderwały się od kamiennej podłogi, a ona sama pofrunęła wraz z promieniem w górę. „Zamknij oczy” usłyszała w głowie i posłusznie wykonała polecenie. Minął pewien czas. „A teraz otwórz” znowu odezwał się głos jej jedynego przyjaciela. Kobieta rozejrzała się dookoła miejsca, w które się przeniosła. Było tam zupełnie ciemno i zimno. Diana szukała czegokolwiek co mogłoby wskazać jej gdzie się znajduje, lecz stało się to dopiero, kiedy ruszyła się z miejsca. Usłyszała cichy szmer i poczuła przesunięcie się gruntu pod jej stopami. Od razu uklękła, by przekonać się czy jej przypuszczenia były trafne, a kiedy dotknęła podłogi. była pewna.
„Shurima” wyszeptała, a wraz z wypowiedzeniem tych słów na ścianach prostokątnego pomieszczenia rozpaliły się kryształowe znicze, ukazują Dianie to, co On chciał jej przekazać. Na każdym kamiennym bloku, budującym to miejsce, były wypisane hieroglify przedstawiające całą wiedzę, jaką dotąd posiedli kultyści Księżyca.
Kobieta zrozumiała, że musi tu dotrzeć, by opanować całkowicie moc, jaką została obdarzona. Wojowniczka odwróciła się, by zobaczyć obraz kwiatu o białych płatkach, wyryty na ścianie krypty. „To jaśmin Diano. Jaśmin.” Odrzekł jej przyjaciel. Kobieta nie rozumiała jakie znaczenie miał ten rysunek i żałowała, że nie potrafiła odpowiadać Księżycowi. Zawsze jej tego brakowało, lecz teraz musiała się skupić na czymś innym. Domyślała się, że zostało już mało czasu zanim światło wpadające do świątyni na Targonie, przestanie oświetlać wyniesiony krąg. Musiała działać szybko. „Jeśli to jest świątynia księżyca, to na podłodze musi być miejsce do odprawiania rytuałów” pomyślała i wbiła w ziemię swój zaokrąglony miecz, odrzucając piasek na boki i odsłaniając przy tym koło na podłodze, w którego środku znajdowało się widoczny ołtarz, na którym składano ofiary. Lecz do czego miałby być jej potrzebny kwiat.
W tej samej chwili Diana poczuła, jak promienie nagłego, rażącego światła otaczają ją, pojawiwszy się znikąd. Kiedy znów mogła widzieć, była już z powrotem w świątyni. Resztki dachu zasłoniły promienie dobiegające od srebrnego dysku, przywołując kobietę na Targon.
Wojowniczka usiadła, opierając się o jedną ze ścian budynku myśląc nad tym jak mogłaby rozwiązać zagadkę tego kwiatu, lecz nie trwało to długo, bo znak na jej czole zaczął lśnić ukazując jej wizję tego co działo się w Północnej Świątyni. Znajdowała się ona najbliżej jakiejkolwiek ludności, lecz i tak była dobrze ukryta w jednej z dolin. Ktoś się tam włamał, prawdopodobnie, by okraść budynek z jego cennych artefaktów.
Diana rzuciła się w stronę okręgu w centrum świątyni. Stanęła mocno na nogach i wzięła zamach swoją bronią, wysyłając w stronę dachu czystą moc księżyca, krusząc kawałek kamiennego bloku, a tym samym pozwalając srebrnym promieniom dać jeszcze trochę energii wyniesionemu ołtarzowi. Kobieta skupiła całą swoją uwagę na miejscu, do którego wtargnęli nieproszeni goście i przemieniając się w jasną kulę energii w mgnieniu oka znalazła się w Północnej Świątyni.
Byli tam dwaj mężczyźni. Obaj stali zaraz przy kamiennych wrotach. Jeden z nich klęczał nad czymś co widocznie chciało mu uciec, ponieważ jego szybkie, nerwowe ruchy właśnie o tym świadczyły, drugi stał nad tym wyrywającym się czymś i właśnie zdejmował swoje brązowe, podarte spodnie. Żaden z nich nie zauważył Diany, a ona nie miała ochoty bawić się w pogaduchy, więc rzuciła się na przygłupich facetów, zabijając ich dwoma ciosami swojej broni. Nie zdążyli nawet dostrzec, co ich zabiło.
Wojowniczka spojrzała na ofiarę mężczyzn. Była to młoda dziewczyna, aktualnie bez koszuli.
- Nikt niegodny nie może wchodzić do świątyni - wypowiadając te słowa wymierzyła ostrze w nastolatkę.
- Proszę, nie – odpowiedziała, czołgając się w stronę wyjścia. Jej twarz wyrażała obrzydzenie, jak i wstyd, przeplatający się z ogromnym strachem. Kiedy znalazła się we wrotach, padło na nią światło księżyca. Wtedy Diana wszystko zrozumiała. Włosy półnagiej były śnieżno-białe.
- Jak masz na imię? – zapytała Diana, prawie nie otwierając buzi.
Srebrnowłosa patrzyła błagającym wzrokiem na oprawczynię, nie rozumiejąc do końca co się tak właściwie dzieje.
- Podaj swoje imię – ryknęła wojowniczka łapiąc dziewczynę za ramiona.
- Jasmine – wydyszała zaskoczona i przerażona szesnastolatka.
Pogarda Księżyca wyprostowała się , cały czas patrząc na przestraszoną nastolatkę, a następnie unosząc prawą brew powiedziała.
- Czeka cię długa podróż, moja droga.



Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D




3 mar 2017

Tryndamere [9] - To będzie rzeź


                              ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Co jakiś czas niewielkim pałacu znajdującym się w Rakelstate , stolicy Freljordu, odbywały się kilkugodzinne audiencje. Na wysokich tronach spoczywali władcy mroźnej krainy, przyjmując kolejnych poddanych, by pomóc im rozwiązać problemy, z reguły zwykłe błahostki.
Tryndamere wiercił się na swoim miejscu. Przystając na propozycję politycznego sojuszu, który przypieczętowany został małżeństwem z Ashe, Wybranką Avarosy, nie pragnął złotej korony ani chwały. Wciąż był barbarzyńcą, tęsknił za szałem bitewnym i niezmordowaną walką.
Mężczyzna odetchnął z ulgą, gdy strażnicy wyprowadzili z pomieszczenia ostatniego obywatela. Wstał z niewygodnego siedziska, po czym wraz z Lodową Łuczniczką udał się w kierunku ich prywatnych komnat. Idąc krok za kobietą, podziwiał jej niezwykłą grację.
W towarzystwie dwójki żołnierzy spacerowali szerokimi korytarzami, wypełnionymi kruchymi rzeźbami, którym najlepsi artyści nadawali kształt miesiącami, czasem nawet latami. Arcydzieła wywierały ogromne wrażenie na każdym, kto odwiedzał królewski dom.
Gdy dotarli do mieszkalnej części budowli , masywne drzwi zamknęły się za dwójką młodych ludzi, którzy rozeszli się w dwóch różnych kierunkach.
Po zawarciu związku podjęli wspólną decyzję o zamieszkaniu oddzielnie. Za wszelką cenę chcieli unikać jakichkolwiek zawirowań miłosnych. Oboje jednak wiedzieli, że w końcu przyjdzie moment, by spełnić swój obowiązek wobec królestwa, jakim było wydanie na świat potomka. Nie chcieli się tym martwić zawczasu, czas ich nie gonił.
Władca wszedł do swojej sypialni, ogromnego pomieszczenia rozświetlonego przez ogień, buchający w kominku. Napełnił drewnianą balię wodą, zrzucił znoszone ubranie i wygodnie ułożył się w wannie.
Powoli zbliżał się zachód słońca, jego delikatne promienie wpadające przez wysokie okna, rozświetlały pokój. Do wielkiej uczty pozostało niewiele czasu. Szybko więc zakończył relaksującą kąpiel, wziął do ręki brzytwę i precyzyjnie przystrzygł ciemny zarost.
Tego wieczoru przywdział odświętne szaty, przepasał ukochany miecz, a na głowę nałożył złotą koronę. Był gotowy na kolejne przyjęcie, których szczerze nienawidził.
Chwilę później zjawili się strażnicy, by odeskortować królewską parę do sali bankietowej. Gdy opuścił swoją komnatę, dojrzał stojącą nieopodal Lodową Łuczniczkę. Ashe prezentował się wspaniale w długiej, biało-niebieskiej sukni, przyozdobionej złotą nicią. Lodowy łuk, broń, której nie wypuszczała z rąk, razem z kołczanem pełnym strzał, spoczywał na jej plecach.
Widok pięknej małżonki w stroju wieczorowym zawsze zapierał mężczyźnie dech w płucach, przez co unikanie niechcianego romansu stawało się coraz trudniejsze.
Powolnym krokiem podszedł do kobiety i  złapał ją pod rękę. Prowadzeni przez przyboczną świtę, ruszyli ku wschodniej części budynku. Zapach pysznego jedzenia unosił się w korytarzu, wyostrzając apetyt Tryndamere’a.
Gdy przeszli przez ogromne wrota rozświetlonej ciepłym płomieniem ognia jadalni, oczy wszystkich gości zwróciły się w ich stronę. Zasłużeni wojownicy dwój największych plemion zamilkli, by przyjrzeć się uroczystemu wejściu władców. Gdy rządzący zajęli swoje miejsca po przeciwnych stronach długiego, drewnianego stołu, powrócił gwar rozmów.
- Przyjaciele – rzekła ciepło Wybranka Avarosy – witajcie na dzisiejszej uczcie. Ostatnimi czasy los był dla nas wyjątkowo łaskawy. Udało się nam zjednoczyć kolejne klany, czyniąc ogromne postępy w odbudowie naszej ojczyzny, Freljordu. Z powodzeniem przeciwstawiliśmy się zagrożeniu nadciągającemu ze strony naszego największego wroga, unikając tym samym kolejnej wojny. Świętujmy więc, przyjaciele, póki mamy czas! Wznoszę dziś swój kielich za was, nieustraszonych żołnierzy, gotowych oddać swoje życie za ukochany kraj! Jedzcie do syta, pijcie do woli, by w pełni sił ponownie stanąć do walki!
Tłum zawtórował młodej przywódczyni, zwolennicy klaskali i wiwatowali. Uczta rozpoczęła się na dobre. W mgnieniu oka talerze zapełniły się apetycznymi przystawkami, a stojące obok nich kufle, pieniącym się piwem.
Siedząc na niewygodnym krześle, nieco znużony Król Barbarzyńców przysłuchiwał się najświeższym plotkom, nie wiedząc nawet, o kim mówią. Powoli sączył napój alkoholowy, przyglądając się Gelordowi, jednego z najbliższych współpracowników łuczniczki. Starszy mężczyzna o białych włosach i długiej brodzie siedział niedaleko, zafascynowany otoczonego dwójką pięknych kobiet.
Mimo, że niejednokrotnie udowodnił swoje oddanie misji Avarosan podczas walki, Tryndamere wciąż nie wierzył w jego lojalność. Nie potrafił zaufać byłemu członkowi ruchu oporu, który za swój najważniejszy cel uważał obalenie prawowitej władczyni. Niewielka blizna na nadgarstku, kształtem przypominająca przedzielone na pół koło zawsze będzie świadczyć o zdradzie.
Goście nie potrzebowali wiele czasu, by napełnić swoje brzuchy i wypić tyle, by powoli tracić świadomość. Jednak gdy na stole pojawił się ogromny dzik, upolowany przez samą Ashe, nikt nie omieszkał spróbować. Młodzi kelnerzy przynieśli nową beczkę złocistego trunku, by po raz kolejny uzupełnić puste szklanice. Freljordzki monarcha odmówił subtelnym ruchem dłoni.
Delektując się smakiem złocistego mięsa, wdał się w krótką rozmowę z wojownikami swojego plemienia. Omawiali strategie bitewne, najnowsze bronie oraz przyszłość lodowej krainy, gdy nagle wszyscy zebrani zwrócili swój wzrok w stronę barczystego młodzieńca, zajmującego miejsce obok królowej.
Jego skóra przybrała szarawy odcień, a z nosa pociekła niewielka strużka szkarłatnej krwi.
- Piwo… trujące… - wyjąkał, po czym wyzioną ducha, a jego głowa bezwładnie opadła na bok.
Tryndamere spojrzał w stronę Gelorda, na którego twarzy malował się szeroki uśmiech. Nim poderwał się z krzesła, jadalnia wypełniła się uzbrojonymi po zęby zabójcami. Każdy z nich dumnie trzymał sztylet w prawej dłoni, pokazując swój znak przynależności do opozycjonistów.
Król Barbarzyńców wymienił porozumiewawcze spojrzenie ze swoją małżonką, skinął głową, a następnie ruszył do walki, przepełniony furią.