ZAPRASZAMY
NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ
Po długich dniach podróży, Karthus przybył pod bramy Noxus w towarzystwie potępionych dusz. Zapomniał już jak wspaniałym miejscem były podmiejskie slumsy, pełne chorób i krwi, okryte zapachem śmierci.
Przekroczył kamienne mury, nucąc pieśni żałobne swojej
młodości. Dzielnica bezwartościowej biedoty nic nie zmieniła się odkąd ją
opuścił.
Spacerując między zrujnowanymi domostwami, zaglądał w każdą
uliczkę, zatrzymując się przy gnijących w ciemnych zaułkach, ciałach.
Natknął się masowy grób, cuchnącą w środku miasta, usypaną z
ludzkich pozostałości, stertę. Karbowi pełniący funkcję zbieraczy zwłok wciąż
dokładali do niej trupy, najpewniej ofiary kolejnej okrutnej zarazy.
Jedną z nich była młoda dziewczyna, odziana w starą podartą
sukienkę, której klatka piersiowa wciąż nierówno unosiła się i opadała, a twarz
wyrażała niemiłosierne cierpienie, przez które musiała przechodzić. Licz
nachylił się nad jej bezradnym obliczem, a ona delikatnie otworzyła usta, jakby
pragnęła coś powiedzieć.
- Gdy serce przestanie bić, nadejdzie ukojenie. Zaśnij,
dziecię – rzekł, nacinając swój kostur, a kobieta wydała swoje ostatnie
tchnienie.
Zakonnicy nakryli nieboszczyka następnymi zwłokami, a Piewca
Śmierci ruszył dalej, w głąb noxiańskiego dystryktu, w którym dorastał.
Nagle do jego uszu dotarła znajoma melodia, która z każdą
sekundą stawała się coraz głośniejsza. Opustoszałe ulice wypełniły słowa
Kołysanki Śmierci, lamentu zagubionych dusz.
Zmierzając w stronę swojego celu, trafił na niewielki placyk, główne miejsce spotkań
ludności zamieszkującej slumsy. Zazwyczaj tętniący życiem, tego dnia jakby
wymarły.
Uwagę Karthusa przykuła, ubrana w łachmany drobna staruszka,
zmorzona chorobą, siedząca nieco na uboczu, opierając się o kamienną ścianę. Powoli
podszedł do kobiety, na tyle blisko, by usłyszeć jej cichy, łamiący się śpiew.
- Nie boję się ciebie – rzekła.
- Wszyscy śmiertelnicy obawiają się śmierci. Nie rozumiecie,
jak wielkim darem jest. Uwalnia was od bólu i pokazuje prawdziwe piękno.
- Jestem gotowa.
- Dobrze. Zrzuć śmiertelną powłokę i dołącz do chóru
umarłych.
Jednym ruchem dłoni odebrał kolejne życie. Zostawił nic nie
znaczące już ciało na ulicy, wcielając następną duszę do swojego legionu i
ruszył dalej.
Niewielka odległość dzieliła go od domu rodzinnego, który
opuścił jako młody człowiek. Nic nie trzymało go w tym okropnym miejscu, a
pragnienie panowania nad śmiercią innych stworzeń było znacznie większe. Wystąpił
więc w szeregi karbowych i udał się w niezwykle niebezpieczną podróż na Wyspy
Cienia. W tym odizolowanym od świata miejscu, okrytym gęstą mgłą, posiadł
ogromną wiedzę o ludzkim istnieniu i jego końcu, zetknął się najróżniejszymi
stworzeniami oraz przybrał swoją ostateczną formę. Został nieśmiertelnym Piewcą
Śmierci, władającym ogromną armią nieumarłych, do której wciąż dołączali
potępieńcy.
Unoszący się nad ziemią Karthus zatrzymał się przed
zniszczonym budynkiem, wspartą ociosanymi głazami, drewnianą konstrukcji.
Zamiast drzwi wejście przysłaniała podarta tkanina, a okna zabite były deskami.
Dziury w dachu od lat nie zostały zabezpieczone.
Wszedł do środka i skierował się do pomieszczenia na tyłach,
niewielkiej sypialni, którą dzielił z całą rodziną. W rogu znajdował się
podziurawiony, niewygodny materac, na którym kulił się z trudem oddychający
mężczyzna, bełkocząc.
- S… Syn… Synu… W… Www… Wróć do… mnie.
Nagle powróciły wszystkie wspomnienia, chwile młodości
uderzyły z ogromną siłą. Noce, gdy przekradał się przez zatłoczone pokoje,
poszukując tych, którzy bliscy byli śmierci, by ujrzeć, jak uchodzi z nich
życie. Wszystkie krzyki rodziców, którzy znaleźli swoje dzieci martwe. Radosne gonitwy z siostrami po mieście, aż w
końcu choroba.
Dni, które spędzał nad bezwładnymi ciałami najbliższych
dłużyły się w nieskończoność. Dla ojca pogrążonego w smutku był przykładnym
bratem, on jednak nie pragnął ulżyć ich cierpieniom. Godzinami obserwował, jak
gasło światło w oczach każdej z nich. Poszukiwał w nich nikomu nie znanej
wiedzy, tajemnic wieczności.
Piewca Śmierci otrząsnął się z opanowującej go nostalgii i
rzekł:
- Twój czas nadszedł, ojcze. Zginiesz z mojej ręki i
odrodzisz się lepszym.
Wyciągnął dłoń, a rażące światło otoczyło umierającego
człowieka. Przeniknęło jego skórę, kości i wszystkie mięśnie, dotknęło samej
duszy.
Karthus naciął swój kostur po raz kolejny, ostatecznie
przypieczętowując tą chwilę.
- Spoczywaj w pokoju.
Zostawił ciało ostatniego członka swojej śmiertelnej rodziny
w chłodnym pomieszczeniu, spoczywające na starym łóżku, po czym opuścił Noxus w
towarzystwie potępionych dusz.