ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ
TUTAJ
Evelynn
podziwiała zachód słońca z jednego z wyższych budynków w mieście, którym była
Krucza Wieża. Złociste promienie, znikającego za horyzontem słońca, zaczęły przybierać pomarańczowo-czerwony
odcień. Kobieta podróżowała myślami po wszystkich miejscach, w których była,
które zwiedzała pod osłoną nocy, pomiędzy zleceniami. Rozmyślała o cudownych krajobrazach jak masywne piramidy Shurimy, majestatyczne góry Freljiordu, piękne ogrody
Ionii. Przypominała sobie wszystkich ludzi, których spotkała, zarówno tych,
których zabiła, jak i tych, którzy ukazywali jej najcenniejsze informacje o
swoich terenach. Evelynn nigdy nie chwaliła się nikomu swoją wiedzą,
inteligencją czy znajomościami. Co prawda większość tych ostatnich już dawno
nie istniała. Czas nie był tak samo łaskawy dla poznanych przez niebieskoskórą, jak dla niej samej.
- Kiedy wy
się w końcu nauczycie, że mnie się nie da wsadzić do pudła – odrzekła
zabójczyni słysząc niezgrabne wejście na dach. Otóż miała ona bardzo wyczulone
wszystkie zmysły. Potrafiła usłyszeć oddech z drugiego końca Sali baletowej
Lord’a Magguna. Wyczuwała zapach potu zza murów koszar noxiańskiej armii.
Dostrzegała najmniejszy ruch w samym środku nocy. - Następnym razem nie charcz
tak przy oddychaniu. - Zabójczyni odwróciła się na obcasie by ujrzeć strażnika
wysłanego prawdopodobnie przez ulicznych gapiów próbujących wszelkich sił by
zdobyć nagrodę za pomoc w złapaniu kobiety.
- Z rozkazu
króla jesteś aresztowana pod zarzutem wielokrotnych zabójstw na zlecenie.
Evelynn
uśmiechnęła się i podeszła spokojnym, aroganckim krokiem do noxianina. Gdy
znalazła się tuż przednim odchyliła lekko głowę do tyłu by spojrzeć mu w oczy.
Był dobre 20 centymetrów od niej wyższy. Miał ostre rysy twarzy. Był świeżo
ogolony. Jego oczy były czekoladowo brązowe, takiego samego koloru co jego
włosy. Kobieta wyciągnęła do niego ręce.
- No dalej…
Skuj mnie.
Strażnik
wypuścił włócznię z jednej ręki by sięgnąć po grube kajdany zwisające u jego
pasa. Zaraz gdy odwrócił wzrok zabójczyni rozpłynęła się centralnie przed jego
twarzą, pozostawiając za sobą tylko szybko znikającą mgiełkę. Przerażony
noxianin sięgnął po swoją broń, chwytając ją oburącz i ściskając najmocniej jak
tylko mógł. Rozglądał się na wszystkie strony próbując wyłapać jakikolwiek ruch
mogący pojawić się gdziekolwiek. Znał plotki o tym jak okrutna jest Evelynn w
swoich zabójstwach, ale nigdy nie zagłębiał się w te tematy. Tego typu myśli
zwykle spędzały mu sen z powiek.
Nagle zamarł.
Poczuł zimne, kościste palce owijające się jak żmije wokół jego szyi. Język
stanął mu w gardle, Sparaliżowany strachem wydawał tylko nieokreślone jęki i
postękiwania. Zza jego pleców wyczuł bijący chłód oplatający jego ciało jak
tamtej zimowej nocy kiedy zasnął na ulicy po pijanemu. Tylko, że tym razem
dokładnie wiedział czemu tego doświadcza. Nie był uśmierzony żadnym napojem
wyskokowym. Dopiero po chwili zrozumiał co się zaraz wydarzy. Wziął jeden
głęboki wdech i krzyknął na całe gardło o pomoc. Darł się jak nigdy dotąd, cała
swoją energię skoncentrował na tej jednej czynności, kompletnie zapominając o
broni cały czas trzymanej w ręku. Wtedy jego przyszła zabójczyni zbliżyła swoją
głowę do jego lewego ucha i wyszeptała:
- Lubię, kiedy
krzyczą.- W tym momencie wbiła mu swoje szpony w gardło, rozdzierając je i
wyszarpując pojedyncze mięśnie i płaty skóry.
Strażnik
runął na ziemię przerywając swój okrzyk i wypuszczając włócznie z rąk by złapać
się za przepołowioną szyję. Broń huknęła opadając na podłogę. Z rany zaczęła
obficie broczyć krew. Falowo. Raz, dwa, trzy, cztery. W krótkim czasie wokół
ofiary Evelynn pojawiła się ogromna plama czerwonej cieczy.
Noxianin
odwrócił wzrok by spojrzeć po raz ostatni na swoją egzekutorkę, lecz ta znikła
w mroku nastałej już nocy pozostawiając za sobą swój szyderczy śmiech
odbijający się echem od ścian budynku.
* * *
Biegnąc, Evelynn czuła niesamowite spełnienie i podniecenie sytuacją, która wydarzyła
się około pół godziny temu. Było to jedno z bardziej teatralnych zabójstw
jakie jej się udało wykonać, chociaż bywały lepsze. Jednym z nich było
„tajemnicze morderstwo” Davina Garhersona. Minister Obrony Demacii nie
spodziewał się tamtej nocy, że zwykła prośba zagubionej niebieskoskórej
dziewczyny, prawdopodobnie spoza terenów kraju, może się przerodzić w błaganie
na kolanach o litość. Niestety zabójczyni nie znała tego słowa. Na tę myśl
kobieta zaśmiała się pod nosem, ukazując swoje ostra, białe zęby
Zeskakując z
budynku Evelynn zaczęła przygotowywać swój umysł i organizm do stanu, w którym
zawsze zabijała. Rozluźniona, spokojna, pewna siebie. Co prawda musiała jeszcze
przebyć całkiem spory kawał drogi, ale uznała, że jest to dobra chwila by
rozpocząć te wszystkie procesy zachodzące w jej ciele. Niebieskoskóra nie była
jak ludzie. Potrafiła zmienić temperaturę, dostosowując ją do tej, która obecnie
panowała na zewnątrz, a tej nocy było niespodziewanie chłodno. Niespodziewanie,
ponieważ były to co prawda ostatnie dni lata, lecz dzień był upalny, a niebo
przykryte nielicznymi chmurami.
Modliszka
przemierzała kręte ścieżki pomiędzy spróchniałymi domostwami, a walącymi się
kamienicami na przedmieściach Noxus. Te tereny były doszczętnie zrujnowane
przez brak jakiejkolwiek uwagi poświęconej im przez władzę miasta-państwa,
liczne zbrodnie popełniane tutaj przez zwykłych ludzi jak i „Nocnych Kruków”,
czyli potocznie zwanych zabójców na zlecenie, przez noxian. Innym powodem, dla
którego rzadko kiedy widywano tu obcych była niezliczona ilość chorób zakaźnych
roznoszonych przez zainfekowane gryzonie, ptaki, bądź owady. Lub po prostu bezdomnych.
Za każdym
razem gdy kobieta skręcała w kolejną uliczkę, docierały do jej spiczastych uszu
nowe dźwięki żałosnych ryków matek widzących śmierć swojego małego dziecka,
płaczy dzieci dopiero co przyjętych do „Zbiorowych Domów Pomocy Sierotom i
Porzuconym”. Te odgłosy dawały Evelynn pewien rodzaj sadystycznej radości,
która jeszcze bardziej podkręcała jej chęć zabijania.
Kobieta po
raz ostatni skręciła w prawo na Ulicę Hernh’a by ujrzeć oddalony o sto metrów
dom, w którym miała dokonać zbrodni.
Niebieskoskóra
zwolniła kroku i dokończyła proces zmian w jej ciele. Ostatnim jego etapem było
stanie się niewidzialnym. Co prawda zabójczyni mogła się stać niewidzialna
kiedy tylko chciała, lecz tylko na krótki czas, dopiero takie pełne
przygotowanie dawało jej możliwość bycia niewidoczną na tak długo jak potrzebowała.
Za pierwszym
razem gdy otrzymała zlecenie od niejakiego Lorda von Arenzohena, była
zdziwiona, ponieważ nie rozumiała dlaczego ktoś chciałby zabijać zwykłego
chłopa za takie pieniądze, jakie ona żądała. Wprawdzie dostawała już zlecenia na
zabicie potomka rodu królów, wychowującego się na terenach plebsu, który mógł w
przyszłości domagać się tronu, lecz takie przypadki zdarzyły się dopiero dwa,
może trzy razy w życiu Evelynn. Poza tym Lord i tak nie mógłby zostać w żaden
sposób władcą Noxus przez jego całkiem spore przewinienia z przeszłości. Te
informacje napawały ją pewnym lękiem i niepokojem, ale podekscytowanie, za
chwilę mającym się wydarzyć zabójstwem, było silniejsze.
Wraz z
momentem gdy modliszka podeszła pod drzwi brzydkiej i walącej się chaty,
chłodny front podwiał ubranie niebieskoskórej.
- Czarna
mgła nadchodzi - wyszeptała sama do siebie, napawając się uczuciem zimna i zła
drzemiącego w ciemnych oparach.
Kobieta
przeszła dookoła dom szukając jakiegokolwiek wejścia, przez które mogła przejść
niezauważona. Po chwili wybrała duże lekko otwarte po prawej stronie budynku okno.
Odchyliła nieco bardziej wejście i wpełzła jak żmija do drewnianej posesji.
Powoli i spokojnie przeszła obok lekko spróchniałych
ścian do pokoju, w którym najbardziej rzucającymi się w oczy rzeczami był kominek z palącymi się w nim dwoma drewnianymi klockami, duży obraz przedstawiający
panoramę gór widzianą z łąki w dolinie, oraz bujany fotel z siedzącą w nim
ofiarą. Evelynn w głębi czuła, że jest coś nie tak, że powinna być czujna, że to nie chodzi o zabicie mężczyzny. Postanowiła być ostrożniejsza, lecz nie wycofała się.
Podchodziła coraz bliżej, stopniowo wychodząc z ukrycia. Kiedy stała tuż za
krzesłem, mogła wyraźnie dostrzec sylwetkę człowieka zza plecionki, która służyła
za oparcie. Zabójczyni zatrzymała delikatnie fotel, tak by nie obudzić śpiącego.
Następnie sięgnęła jego szyi swoimi szponami i rozdarła ją jak strażnikowi
na wieży.
Z ofiary zaczęły wyfruwać puchowe piórka, spadając na podłogę i tworząc biały dywan.
Wtedy modliszka wyczuła coś w swoim brzuchu. Bez wahania rzuciła się do
miejsca, przez które tu weszła. W momencie gdy wyskakiwała na zewnątrz, poczuła
kolejny obiekt przeszywający jej klatkę piersiową. Kobieta użyła resztki swoich
sił by stać się niewidzialna. Biegła przed siebie. Wtargnęła między uliczki. Straciła równowagę i uderzyła z całym impetem w kamienna ścianę Jej nogi powoli przestawały słuchać jej poleceń,
więc musiała działać szybko. Czarna Mgła otoczyła niebieskoskórą i podążyła za
nią do pierwszego domu na Ulicy Kirgher’a gdzie akurat samotna matka kładła
swoje dzieci do łóżka. Rozwścieczona Evelynn wyrwała ze swojego tułowia dwa
srebrne bełty palące ją zarówno od środka jak i na dłoni i rzuciła się na
przerażoną kobietę wysysając z niej całe życie i przekazując jej bezradna
duszę mgle. Niestety to było za mało. Modliszka
dostrzegła skulone w rogu dwoje dzieci; chłopca i dziewczynkę. Spostrzegła ich
łzy i zaczerwienione twarze. W zwyczajnej sytuacji napawałaby się ich strachem,
lecz teraz w grę wchodziło jej życie, więc jednym susem zbliżyła się do dwójki
i wbiła im szpony w serca zabierając im wszystkie lata jakie mogli jeszcze
przeżyć. Ich twarze zesztywniały wyrażając siłę przerażenia, jakie towarzyszyło im przy śmierci. Po wszystkim zabójczyni usiadła pod ścianą naprzeciwko, by odpocząć i
w pełni się zregenerować.
Wtedy
zaczęła rozmyślać. Zrozumiała, że jej obawy były trafne. Zastawiono na nią
pułapkę, ktoś chciał się jej ewidentnie pozbyć, prawdopodobnie by zgarnąć
nagrodę za jej głowę. Niebieskoskóra domyśliła się, że w końcu ktoś spróbuje
dostać w swoje łapska te pieniądze, których równowartość to były dwa większe
zabójstwa na zlecenie, ale nie wpadła by na to, że tą osobą będzie Lord von
Arenzohen. Nie był on na tyle bogaty by zapłacić i Evelynn i jakiemuś innemu
zabójcy i to na pewno nie mało, ponieważ musiał być to ktoś wykfalifikowany i
niebojący się stawić czoła jednemu z najlepszych z "Nicnych Kruków". Po chwili zastanowienia modliszka przypomniała sobie o Shaunie Vayne
badającej działanie Czarnej Róży na terenach Noxus. Dlaczego nie miałaby
przystać na propozycję zabicia tej pokracznej istoty zabijającej ludzi, tak jak rodziców kuszniczki.
Niebieskoskóra
nie była na nią zła. Wiedziała, że ona
poluje na wszystkie nadnaturlne stworzenia w jakikolwiek sposób używające magii. Znała sprawność kobiety i to jak dobrze wyszukiwała i zabijała. Takim osobom jak ona zabójczyni nie wchodziła w drogę.
Wolała spokojnie czekać, aż się w końcu zastarzeją i umrą, albo zginą w walce.
Jej cała
złość przelała się na jej obecnego klienta. Evelynn nie mogła puścić tego
płazem. Nie mogła splamić swojego honoru tchórzostwem. Wiedziała, że wkrótce
ludzie dowiedzą się o pułapce na niej zastawionej i zaczną czuć się zbyt pewnie
w tym mieście. Rzecz, którą postanowiła zrobić, była dosyć jasna i logiczna.
Kobieta
wstała z podłogi przesączonej krwią leżących w pokoju ofiar, a następnie
ruszyła w stronę siedziby Lorda by dokonać na nim okrutnej zemsty.
* * *
Evelynn
zmierzała drogą na północ od Aleji Karsovyecky’ego nazwanej na cześć wielkiego
dowódcy tejże armii, żyjącego około 3 wieków temu.
Po tych
ulicach rzadko kiedy chodzono po północy, mianowicie dlatego że straże mieli
nakaz łapania każdego chłopa, bądź mieszczanina, który postanowi wkroczyć na
teren szlachty, co brano za próbę napaści lub rabunku. W nakazie zapisano, by
taką osobę zawrócić i wlepić karę pieniężną, lecz niewyżyci strażnicy zwykle
rzucali się na pechowca i bili go do krwi, by dopiero potem zrobić to co
nakazywał im rozkaz. Niestety pobity nie mógł nic z tym zrobić, ponieważ w tym
mieście liczyło się tylko słowo wysoko urodzonych.
Zabójczyni
mijała właśnie karczmę „Pod Smokiem”. Lokal ten był najstarszym miejscem
rozrywkowym w całym Valoran, które od początku było takie samo jak zaraz po
otwarciu. Swoją nazwę zaś pozyskało dzięki Leonardowi IV Myślicielowi, który
dawno temu przejeżdżając przez te tereny zawitał do gospody i stwierdził, że
znajduje się ona dokładnie pod gwiazdozbiorem smoka. Ówczesny właściciel
knajpy, by podlizać się gościowi i tym samym zdobyć rozgłos wśród tutejszych
szlachciców, postanowił uczcić słowa uczonego nazywając nimi tą posiadłość.
Dzięki temu w krótkim czasie zarobki Johna Karczmiarza powieliły się
trzykrotnie.
Jak miło
było niebieskoskórej znać całą historię lokalu z pierwszej ręki. Od razu
przypomniała sobie zlecenie, które dostała około tygodnia później. Dotyczyło
ono nikogo innego jak Leonarda IV Myśliciela. Jako, że wtedy Evelynn nie miała
złego humoru, dała czas swojej ofierze na rozpowiedzenie wszystkim o tym jak
został uhonorowany i wywyższony. Kobietę śmieszyły przechwalania się filozofa, co było kolejnym powodem, dla którego dała mu jeszcze pożyć, no ale czas
ponaglał, więc ostatniego dnia swojego pobytu na tych terenach zapadł w sen, z
którego już się nie obudził.
Modliszka
była już bardzo blisko bramy wschodniej do szlacheckiej części miasta, więc
stała się niewidzialna. Przy wejściu stało tylko dwóch strażników, widocznie zmęczonych nocną zmianą. Zwinnym krokiem podeszła jak najbliżej mężczyzny po
lewej. Odczekała, aż drugi strażnik się rozkojarzy, a kiedy to nastąpiło wbiła
szpony w krtań ofiary jednocześnie wyrywając mu z ręki włócznie. Zabójczyni
jednym ruchem znalazła się przed zabitym facetem. Zszokowany drugi żołnierz
nie mógł się wystarczająco szybko wziąć w garść, by jakoś zaradzić tej sytuacji.
Nagle każda czynność była dla niego zbyt skomplikowana, co poskutkowało wypuszczeniem
przez niego broni. Wbijając ostrze w brzuch strażnika, Evelynn zastanawiała
się, dlaczego do ochrony najważniejszej części miasta biorą tak
niekompetentnych ludzi. Kobieta wyciągnęła drąg z ciała i położyła go na nim,
by zrobić jak najmniej hałasu.
Niebieskoskóra
była już bardzo blisko posiadłości Lorda von Arenzohena. Dotknęła ściany
budynku i bezdźwięcznie wspięła się na ostatnie, trzecie piętro pałacu. Z
łatwością wskoczyła przez otwarte okno
do sypialni swojego najemcy. Spał rozwalony na swoim łożu z prawdopodobnie
swoją kochanką. Była młodą, blondynką z figurą jakiej można pozazdrościć.
Prawdopodobnie była wykupiona przez tego obrzydliwego, niskiego pijaka z
wielkim brzuchem. Na myśl o oddaniu się takiemu komuś, Evelynn przeszedł
dreszcz. Zabójczyni podeszła do szlachcica. Podstawiła mu rękę do szyi. Wtedy
poczuła na sobie czyjś wzrok. Patrzyła na nią ta złotowłosa dziewczyna. Jej
oczy ukazywały tyko przerażenie. Niebieskoskórą zdziwił brak jakiegokolwiek
krzyku ze strony dziewczyny. Chwilę potem kobieta zrozumiała. Ona była głucha. Nie mogła krzyknąć. W tym samym momencie wróciła do swojej ofiary. Złapała jego gardło oburącz i
wcisnęła w nie swoje, ostre jak brzytwa szpony. Rozbudzony Lord spojrzał z przerażeniem w oczach na swoją oprawczynię i wyszarpując się z jej uścisku, wypadł z łóżka. Krztusił się własną krwią i czołgał po podłodze, jak ci wszyscy niewolnicy, którymi poniewierał, kiedy był znudzony. Evelynn patrzyła jak jej ofiara próbuje ze wszystkich sił zawołać o pomoc. Chwilę później martwy Arenzohen leżał na
szarym dywanie barwiąc go na czerwono. Zabójczyni zwróciła się do kochanki
swojej ofiary:
- Jesteś wolna - pokazała
po migowemu, a następnie rozpłynęła się w mroku nocy, zostawiają prawie
nieprzytomną ze strachu dziewczynę samą z ciałem szlachcica.
* * *
Następnego
dnia niebieskoskórej nie było już w Noxus. Podążała drogą na południowy wschód,
gdzie miało na nią czekać kolejne zlecenie od niejakiej Lady Masoit, której nie
pasowała myśl o podziale spadkiem ze swoim kuzynem.
Zwłoki Lorda
znalazła jego służąca, która jak co ranek przychodziła do niego ze śniadaniem.
Sprawcy nigdy nie odnaleziono, choć dużo ludzi upiera się przy wersji, w której
Miranda, kochanka Arenzohena, postanowiła zabić swojego nabywcę i wraz z
rodziną uciec do Demacii, która często pomagała szukającym schronienia. O dziwo
tylko niektórzy myślą, że to Evelynn
zabiła szlachcica.
Matką i
dwójką dzieci nikt się nie zajął. Ich zwłoki leżały w tamtym małym pokoju przez
około dwa tygodnie. Dopiero kiedy jakiś patrolujący strażnik poczuł smród
stęchlizny, docierający z domu wdowy, wszedł do środka i zobaczył ich w połowie
rozłożone ciała zjadane przez szczury, robaki i wrony, zwołał dwóch chłopów by
pochować ciała w gaju nieopodal. Nie postawiono im nagrobka. Parę lat
później w miejscu ich spoczynku wzniesiono dom publiczny, którego powstanie dało pracę
wielu samotnym matkom, takim jak ta, której zwłoki leżały pod budynkiem.