24 lut 2017

Ashe [8] - Liczy się każda strzała



ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Ashe naciągnęła cięciwę swojego łuku i przymrużyła oczy, by wyostrzyć wzrok na sarnie, skubiącej pojedyncze źdźbła obumarłej trawy, wyłaniającej się z pomiędzy powoli topniejącego śniegu. Ciepły i wilgotny wiatr wiejący z brzegów Piltover, spowodował nagłą odwilż w tej części Freljordu, a wraz z nią wzmożoną aktywność tutejszej zwierzyny, która wyszła ze swoich kryjówek, w oczekiwaniu na jakiekolwiek pożywienie, które mogłoby się ujawnić spod śnieżnej pierzyny.
Łuczniczka wstrzymała oddech i napięła swoje ciało, jednocześnie je usztywniając. Kiedy wypuściła lodową strzałę, wypuściła powietrze i zamknęła oczy, by nie widzieć momentu śmierci niewinnego zwierzęcia. Kiedy z powrotem spojrzała na sarnę, ta leżała na białym puchu, powoli zmieniając jego kolor na ciemnoczerwony.
Kobieta ruszyła w stronę swojego celu, a kiedy znalazła się przy nim, uklękła.
- Powierzam cię Avarosie. Twoja ofiara będzie ci wynagrodzona – powiedziała spokojnym, melodyjnym głosem, trzymając rękę na skroni martwej zwierzyny. Przesunęła dłoń w stronę jej pyska, by zamknąć jej już puste i nie wyrażające żadnego uczucia oczy. Następnie wstała i wyciągnęła z małej kieszonki swoich skórzanych spodni, które zawsze nosiła na polowania. Mimo, że już od dawna lud Ashe używał innych sposobów na zdobywanie pożywienia w mroźnych klimatach tundry, to łuczniczka i tak uważała, że w ten sposób zwierzęta nie otrzymują należytego szacunku. Mimo tego nie mogła żądać zaprzestania łowiectwa, ponieważ zabierało to dużo czasu, a tak szybko rozwijająca się ludność, potrzebuje więcej jedzenia niż w ten sposób mogliby uzyskać. Ona jednak nadal praktykowała takie zwykłe zbieranie pożywienia, jako jedna z nielicznych.
- Niesamowita zdobycz Królowo - odrzekł Soroin, który od niedawna był pomocnikiem królewskim  Ashe. Został nim parę dni po śmierci jej poprzedniego pomagiera, Weruna, który zmarł nieoczekiwanie na zawał, mimo że był ledwo co po pięćdziesiątce. To wydarzenie wstrząsnęło władczynią, ponieważ znała mężczyznę od dzieciństwa i zawsze traktowała go bardziej jak rodzinę niż członka pałacowej obsługi.
- Śmierć żadnego żywego stworzenia nie jest niesamowita –odparła zirytowana myśleniem sługi Ashe. Ten po chili krępującego milczenia, przeciągnął zwierzę na płachtę, a następnie ruszył w stronę powozu, którym tutaj przyjechali. Był oddalony o około kilometr od miejsca upolowania sarny, więc oboje szli żwawym krokiem, nie zwalniając, by jak najszybciej wrócić do miasta.
Dwa renifery zaprzężone do niebieskich sań spojrzały na królową, kiedy ta wsiadała do wozu, jakby czekając na znak do startu. Łuczniczka odłożyła swoją do specjalnie przygotowanego pokrowca, przytwierdzonego za miejscem woźnicy. W momencie, gdy kobieta puściła łuk, jego emitujące światło, lekko osłabło.
Soroin smagnął dwa zwierzęta, wykrzykując przy tym głośne „Wio”. Te od razu ruszyły, z tempem, jakby za szybkim i szczególnie niebezpiecznym między drzewami. Ashe zaskoczona tak gwałtownym odjazdem, spojrzała pytającym, a zarazem zdenerwowanym wzrokiem na sługę, lecz ten cały czas patrząc na drogę, nic nie dostrzegł.
Przez pierwsze minuty jazdy, wiatr zaczął przybierać na sile, a kiedy do tego, mimo ostatnich ciepłych dni, zaczął padać śnieg, zrobiło się bardzo zimno, więc królowa postanowiła założyć swój ametystowo-błękitny płaszcz i otulić się nim, by zachować trochę ciepła. Szarobiały owczy puch dawał jej odczucie, jakby była w pałacowym łożu, którego tak bardzo potrzebowała od tych paru godzin na zimowym powietrzu.
Wyobrażenia ciepła przypomniały kobiecie, że miała zapytać sługę o męża:
- Soroinie, czy król wspominał tobie, o najbliższych odwiedzinach delegacji z Noxus?
- Nie. Nic mi o takim zajściu nie wiadomo.
- No dobrze… a więc w przeciągu trzech najbliższych dni, zawita do nas pięciu przedstawicieli stamtąd, w tym we własnej osobie Katarina Du Couteau, a więc potrzeba nam przygotować się na przyjęcie gości. Naprawdę nie możemy dopuścić do popsucia się naszych relacji, albowiem planujemy założyć nowy szlak handlowy, umożliwiający dostawę nowych broni. Wiem, że zostało mało czasu, ale jako jeden z lepszych organizatorów, powinieneś sprostać temu zadaniu. Mam nadzieję, że to, jak przedstawiałeś się podczas wyboru następcy Weruna, nie okaże się tylko podkoloryzowanym kłamstwem.
- Zrobię co w mojej mocy, miłościwa Pani, aby przyjęcie odbyło się bezbłędnie.
- Cieszę się. Najlepiej gdybyś zaczął działać od razu jak przyjedziemy.
Powóz zaczął nagle drastycznie zwalniać, jakby zaraz miała się skończyć droga.
- Co się dzieje Soroinie? Dlaczego się zatrzymujemy?
Sługa z uśmiechem na twarzy odwrócił się w stronę królowej. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w zaskoczoną, a także zmartwioną twarz Ashe.
- Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego się zatrzyma… - Wtedy dopiero to ujrzała. Od początku widziała, że jego tęczówki są nienaturalnie jasne, lecz nie zwracała na to większej uwagi, a teraz, kiedy jego twarz znalazła się metr od niej, potrafiła to dostrzec. One były zamarznięte. Nie minęła chwila, kiedy łuczniczka zrozumiała, że mężczyzna, który przed nią siedział, nie był tym za kogo się podawał. Był pod wpływem jakiegoś silnego uroku, a tylko jedna osoba w tej krainie była zdolna do takiego czynu.
Twarz Soroina, przeszła od szyderczego uśmiechu, do grymasu nienawiści. Wtedy z jego gardła wydobył się głęboki, charczący głos:
- Zdychaj.
Wtem z pomiędzy drzew zaczęły wychodzić dziwaczne, śnieżne potwory. Ich ciała były poskręcane i pokryte ciemnoniebieskim lodem. Od czasu do czasu wystawały z nich rogi, bądź inne części ciała zwierząt. Bestie były szybkie, lecz zanim podeszły wystarczająco blisko, Ashe zdążyła wyjąć swój łuk. Zza jej pleców rozległ się donośny, histeryczny śmiech opętanego czarną magią sługi.
Łuczniczka wyszeptała:
- Avaroso, proszę, pomóż.
Królowa poczuła jak chłodny wiatr przelatuje między kosmykami jej włosów, napełniając ją mocą przodkini. Kobieta naciągnęła cięciwę i wypuściła ze swojej lodowej broni salwę strzał, przebijając trzy najbliższe stwory. Poczwary padły na zmarzniętą ziemię, wijąc się i zastygając w nienaturalnych pozach. Kolejne strzały wylatywały spod zaczarowanego łuku, uśmiercając kolejne stworzenia. Było ich coraz mniej i Ashe podniosła się trochę na duchu, lecz w tym momencie na jej plecy wskoczył jedna ze szkarad. Zaczęła okładać kobietę, co chwilę tnąc jej skórę pazurami. Bez chwili namysłu zaatakowana chwyciła magiczną strzałę i wbiła ją w to, co przypominało szyję lodowego dziwoląga. Ten podniósł się i wydawszy niezidentyfikowane dźwięki, upadł na śnieg i jak pozostałe zesztywniał jak kamień.
Obolała i poobijana łuczniczka uświadomiła sobie, że śmiech, wydobywający się z przeklętego Soroina, ustał. Szybko podeszła do niego, by zrozumieć, że moc, która została użyta do zauroczenia go, okazała się zbyt silna i zamroziła każdą komórkę jego ciała.
Królowa dotknęła jego lodowatej twarzy i oddała jego duszę w opiece Avarosie. Wtedy usłyszała tupot, jakby setki koni biegnących wprost na nią. Odwróciła się, by zobaczyć chordę krwiożerczych lodowych bestii pędzących z na przeciwka. Stanęła prosto, złapała za łuk, skupiła całą swoją uwagę na przeciwnikach, a następnie przyciągnęła cięciwę do skroni. Ashe wyrównała oddech i wypuściła ogromną, kryształową strzałę, wydając przy tym donośny wrzask, z głębi ciała. Pocisk poszybował w górę i runął na grupę stworów, zabijając je i powstrzymując je zanim zdążyły podejść.
Wyczerpana kobieta wystrzeliła ponad siebie skupioną lodową moc, która przybrała postać śnieżnego sokoła, który rozpadł się na miliony płatków śniegu, dolatując na wystarczającą wysokość, by został  zauważony. Po tym łuczniczka, otuliła się znowu płaszczem i zaczekała w saniach na nadejście pomocy.

17 lut 2017

Yasuo [7] - Dość już uciekania

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Minęło sporo czasu odkąd Yasuo ostatni raz pojawił się w ioniańskim mieście. Przez ostatnie kilkanaście dni przemierzał wysokogórskie szlaki, próbując zgubić podążających za nim żołnierzy. Nie było to trudne zadanie. Mało kto znał te tereny tak dobrze jak on, w końcu to one stały się jego domem.
Kończące się zapasy zmusiły Pokutnika do odwiedzin niewielkiej wioski, leżącej w jednej z dolin. Powoli schodził w dół skalnego zbocza, zastanawiając się, jak wielu strażników wciąż go poszukuje. Władze Ionii nigdy nie przestaną go ścigać, nie oczyszczą jego wizerunku. Tylko on sam mógł odkupić swoje winy.
Zabójcy powoli zaczynało brakować sił, lata nieustannej wędrówki nie służyły mu. Mimo wskazówki, którą otrzymał od zmarłego brata, nie rozwiązał zagadki. Przemierzając całą wyspę tropiąc mordercę starca, wojownika posługującego się legendarną techniką wiatru, nie zbliżył się do realizacji swojego celu.
Nie mógł jednak się poddać, złamać przysięgi danej Yone’owi.
Idąc wąskim przesmykiem pomiędzy wzniesieniami poczuł spokój. Nikt w tym odizolowanym od świata miejscu nie mógł słyszeć o popełnionych przez niego zbrodniach. Potrzebował chwili wytchnienia, by odpocząć od niesprawiedliwości, z którą walczył każdego dnia.
Mieszkańcy wioski spacerowali po żwirowych deptakach, ścieżkach prowadzących na średnich rozmiarów targ, dzieci biegały wokół, śmiejąc się i dokazując. Ludzie nie zwracali uwagi na przybysza, umięśnionego mężczyznę z kataną przy pasie, próbującego wmieszać się w tłum.
Yasuo rozejrzał się dookoła, szukając gospody na nocleg. Szybko zlokalizował budynek, z którego wychodziło kilku pijanych mężczyzn i udał się w jego stronę.
Wnętrze drewnianego lokalu wypełniał zapach piwa i męskiego potu. Na ławach siedzieli nietrzeźwi klienci, grający w gry barowe, co chwila wybuchający śmiechem. Zabójca niepewnie podszedł do lady, w celu poproszenia stojącej za nią kobiety o pokój. Odebrał klucz i ruszył w górę skrzypiących schodów na pierwsze piętro.
Pomieszczenie, w którym się zatrzymał było niewielkie i skromnie umeblowane. Przy oknie znajdowało się jednoosobowe łóżko, nakryte czystą, białą pościelą. Obok niego stał stary stolik i krzesło. Wojownika najbardziej ucieszył widok sporych rozmiarów wanny, przesłoniętej jasną płachtą. Od dłuższego czasu marzył o wzięciu ciepłej kąpieli, więc szybko zdjął zbroję i oddał się przyjemności.
Niecałą godzinę później ponownie pojawił się na niższym poziomie karczmy i zajął pusty stolik w rogu sali. Gdy podeszła barmanka, zamówił swój ulubiony trunek. Przysłuchując się otaczającym go rozmowom, opróżniał kolejne kieliszki.
Mimo, że szybko zaczął tracić świadomość, nie przestawał pić. Słowa i krzyki pozostałych gości zlewały się w jeden niezrozumiały bełkot. Jednak uśpionej uwadze Pokutnika nie umknęła drobnych rozmiarów młoda kobieta, która zajęła miejsce nieopodal. Swój wizerunek ukrywała za materiałem ciemnego kaptura, wciąż jednak wyróżniały ją masywne naramienniki i złamany runiczny miecz, zwisający u pasa.
Pijani biesiadnicy zwrócili oczy w jej stronę, głośne rozmowy przerodziły się w ciche szepty. Wojowniczka utkwiła wzrok w blacie drewnianego stołu, szybko odesłała kelnerkę, która podeszła, by przyjąć zamówienie.
Z szeregu miejscowych wytykających wędrowniczkę palcami wyrwał się młody, barczysty blondyn i pewnym krokiem ruszył w stronę nieznajomej.
- Co taka delikatna osóbka z takim wielkim mieczem robi w tych stronach? Czyżbyś się zgubiła podczas wycieczki krajoznawczej?
Tłum wybuchnął śmiechem, ona jednak nie dała się sprowokować, nie spojrzała nawet na chłopaka.
- Oho… Straciłaś też język po drodze?
Goście po raz kolejny zawtórowali swojemu przedstawicielowi. Yasuo obserwował całe zajście, sącząc kolejnego drinka. Mijały sekundy, może nawet minuty. Czas dłużył się niemiłosiernie.
Nagle w pomieszczeniu zapanowała głucha cisza.
- Na takich jak ty złamany miecz w zupełności wystarczy – rzekła cicho kobieta.
- Słucham? Czy ona coś powiedziała, czy tylko mi się wydawało? – zwrócił się do gapiów.
- Powiedziałam – uniosła głowę i rozejrzała się dookoła. – Powiedziałam, że na takich jak ty złamany w zupełności wystarczy.
Agresor zaśmiał się ironiczne, reszta powtórzyła jego reakcję. Gdy poirytowana zabójczyni poderwała się z miejsca, Pokutnik poczuł delikatny powiew wiatru, jednakże nie przywiązał do tego wielkiej wagi.
Chichoty ucichły, gdy runiczna broń znalazła się kilka milimetrów od gardła mężczyzny. Ionińczyk  słyszał jego przyśpieszony, nierówny oddech, oznakę strachu.
Do stolika niepewnie podeszła gosposia i postawiła  na nim niewielką szklankę wypełnioną wódką.
- Me dłonie są splamione krwią. Nie chcę, byś był kolejną niepotrzebną ofiarą – wycedziła zimnym tonem, jakby każde słowo sprawiało jej niewyobrażalny ból. Wzięła do ręki naczynie i opróżniła je w niewiarygodnie szybkim tempie.  - Dziękuję za gościnę – rzekła, po czym wymaszerowała z lokalu, głośno trzaskając drzwiami.
Klienci gospody spojrzeli po sobie nieco zaskoczeni i powrócili do biesiady. Zmęczony Yasuo, którego zaczynał drażnić wszechobecny gwar, dopił swojego drinka, a następnie wdrapał się po schodach na piętro i rzucił się na łóżko.
Nie minęła chwila, a izbę wypełniło głośne chrapanie wojownika.
W śnie po raz kolejny ujrzał stolicę swojej ojczyzny zmorzoną walką, przegrywającą staracie z wojskami Noxus. Stał nieco na uboczu, przyglądając się śmierci kolejnych żołnierzy i cywilów. W jego głowie echem odbijał się szczęk stalowych mieczy. Przemieszczał się powoli, w górę zakrwawionego chodnika. Z głębi miasta dochodziły krzyki. Każdy kolejny krok przybliżał go do bram szkoły miecza, miejsca, gdzie jego los został przesądzony.
Rozglądał się dookoła, przyglądając się szczegółom. Spoglądał na twarze martwych osób, zapamiętywał oblicza napastników. Jego uwagę przykuła drobna kobieta o jasnych włosach, biegnąca przed siebie. W ręku mocno ściskała gigantyczny, runiczny miecz. Noxianka wydała się mu znajoma. Pędząc przez pole walki skracała cierpienia umierających ofiar. Za każdym razem, gdy wymachiwała bronią w powietrzu, zabójca wyczuwał delikatny powiew wiatru. Moc, którą władała nie należała do powszechnych.
Gdy następnego popołudnia otworzył oczy, wiedział, kogo poszukuje.

10 lut 2017

Evelynn [6] - W mrok nocy


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Evelynn podziwiała zachód słońca z jednego z wyższych budynków w mieście, którym była Krucza Wieża. Złociste promienie, znikającego za horyzontem słońca, zaczęły przybierać pomarańczowo-czerwony odcień. Kobieta podróżowała myślami po wszystkich miejscach, w których była, które zwiedzała pod osłoną nocy, pomiędzy zleceniami. Rozmyślała o cudownych krajobrazach jak masywne piramidy Shurimy, majestatyczne góry Freljiordu, piękne ogrody Ionii. Przypominała sobie wszystkich ludzi, których spotkała, zarówno tych, których zabiła, jak i tych, którzy ukazywali jej najcenniejsze informacje o swoich terenach. Evelynn nigdy nie chwaliła się nikomu swoją wiedzą, inteligencją czy znajomościami. Co prawda większość tych ostatnich już dawno nie istniała. Czas nie był tak samo łaskawy dla poznanych przez niebieskoskórą, jak dla niej samej.
- Kiedy wy się w końcu nauczycie, że mnie się nie da wsadzić do pudła – odrzekła zabójczyni słysząc niezgrabne wejście na dach. Otóż miała ona bardzo wyczulone wszystkie zmysły. Potrafiła usłyszeć oddech z drugiego końca Sali baletowej Lord’a Magguna. Wyczuwała zapach potu zza murów koszar noxiańskiej armii. Dostrzegała najmniejszy ruch w samym środku nocy. - Następnym razem nie charcz tak przy oddychaniu. - Zabójczyni odwróciła się na obcasie by ujrzeć strażnika wysłanego prawdopodobnie przez ulicznych gapiów próbujących wszelkich sił by zdobyć nagrodę za pomoc w złapaniu kobiety.
- Z rozkazu króla jesteś aresztowana pod zarzutem wielokrotnych zabójstw na zlecenie.
Evelynn uśmiechnęła się i podeszła spokojnym, aroganckim krokiem do noxianina. Gdy znalazła się tuż przednim odchyliła lekko głowę do tyłu by spojrzeć mu w oczy. Był dobre 20 centymetrów od niej wyższy. Miał ostre rysy twarzy. Był świeżo ogolony. Jego oczy były czekoladowo brązowe, takiego samego koloru co jego włosy. Kobieta wyciągnęła do niego ręce.
- No dalej… Skuj mnie.
Strażnik wypuścił włócznię z jednej ręki by sięgnąć po grube kajdany zwisające u jego pasa. Zaraz gdy odwrócił wzrok zabójczyni rozpłynęła się centralnie przed jego twarzą, pozostawiając za sobą tylko szybko znikającą mgiełkę. Przerażony noxianin sięgnął po swoją broń, chwytając ją oburącz i ściskając najmocniej jak tylko mógł. Rozglądał się na wszystkie strony próbując wyłapać jakikolwiek ruch mogący pojawić się gdziekolwiek. Znał plotki o tym jak okrutna jest Evelynn w swoich zabójstwach, ale nigdy nie zagłębiał się w te tematy. Tego typu myśli zwykle spędzały mu sen z powiek.
Nagle zamarł. Poczuł zimne, kościste palce owijające się jak żmije wokół jego szyi. Język stanął mu w gardle, Sparaliżowany strachem wydawał tylko nieokreślone jęki i postękiwania. Zza jego pleców wyczuł bijący chłód oplatający jego ciało jak tamtej zimowej nocy kiedy zasnął na ulicy po pijanemu. Tylko, że tym razem dokładnie wiedział czemu tego doświadcza. Nie był uśmierzony żadnym napojem wyskokowym. Dopiero po chwili zrozumiał co się zaraz wydarzy. Wziął jeden głęboki wdech i krzyknął na całe gardło o pomoc. Darł się jak nigdy dotąd, cała swoją energię skoncentrował na tej jednej czynności, kompletnie zapominając o broni cały czas trzymanej w ręku. Wtedy jego przyszła zabójczyni zbliżyła swoją głowę do jego lewego ucha i wyszeptała:
- Lubię, kiedy krzyczą.- W tym momencie wbiła mu swoje szpony w gardło, rozdzierając je i wyszarpując pojedyncze mięśnie i płaty skóry.
Strażnik runął na ziemię przerywając swój okrzyk i wypuszczając włócznie z rąk by złapać się za przepołowioną szyję. Broń huknęła opadając na podłogę. Z rany zaczęła obficie broczyć krew. Falowo. Raz, dwa, trzy, cztery. W krótkim czasie wokół ofiary Evelynn pojawiła się ogromna plama czerwonej cieczy.
Noxianin odwrócił wzrok by spojrzeć po raz ostatni na swoją egzekutorkę, lecz ta znikła w mroku nastałej już nocy pozostawiając za sobą swój szyderczy śmiech odbijający się echem od ścian budynku.


 *          *          

Biegnąc, Evelynn czuła niesamowite spełnienie i podniecenie sytuacją, która wydarzyła się około pół godziny temu. Było to jedno z bardziej teatralnych zabójstw jakie jej się udało wykonać, chociaż bywały lepsze. Jednym z nich było „tajemnicze morderstwo” Davina Garhersona. Minister Obrony Demacii nie spodziewał się tamtej nocy, że zwykła prośba zagubionej niebieskoskórej dziewczyny, prawdopodobnie spoza terenów kraju, może się przerodzić w błaganie na kolanach o litość. Niestety zabójczyni nie znała tego słowa. Na tę myśl kobieta zaśmiała się pod nosem, ukazując swoje ostra, białe zęby
Zeskakując z budynku Evelynn zaczęła przygotowywać swój umysł i organizm do stanu, w którym zawsze zabijała. Rozluźniona, spokojna, pewna siebie. Co prawda musiała jeszcze przebyć całkiem spory kawał drogi, ale uznała, że jest to dobra chwila by rozpocząć te wszystkie procesy zachodzące w jej ciele. Niebieskoskóra nie była jak ludzie. Potrafiła zmienić temperaturę, dostosowując ją do tej, która obecnie panowała na zewnątrz, a tej nocy było niespodziewanie chłodno. Niespodziewanie, ponieważ były to co prawda ostatnie dni lata, lecz dzień był upalny, a niebo przykryte nielicznymi chmurami.
Modliszka przemierzała kręte ścieżki pomiędzy spróchniałymi domostwami, a walącymi się kamienicami na przedmieściach Noxus. Te tereny były doszczętnie zrujnowane przez brak jakiejkolwiek uwagi poświęconej im przez władzę miasta-państwa, liczne zbrodnie popełniane tutaj przez zwykłych ludzi jak i „Nocnych Kruków”, czyli potocznie zwanych zabójców na zlecenie, przez noxian. Innym powodem, dla którego rzadko kiedy widywano tu obcych była niezliczona ilość chorób zakaźnych roznoszonych przez zainfekowane gryzonie, ptaki, bądź owady. Lub po prostu bezdomnych.
Za każdym razem gdy kobieta skręcała w kolejną uliczkę, docierały do jej spiczastych uszu nowe dźwięki żałosnych ryków matek widzących śmierć swojego małego dziecka, płaczy dzieci dopiero co przyjętych do „Zbiorowych Domów Pomocy Sierotom i Porzuconym”. Te odgłosy dawały Evelynn pewien rodzaj sadystycznej radości, która jeszcze bardziej podkręcała jej chęć zabijania.
Kobieta po raz ostatni skręciła w prawo na Ulicę Hernh’a by ujrzeć oddalony o sto metrów dom, w którym miała dokonać zbrodni.
Niebieskoskóra zwolniła kroku i dokończyła proces zmian w jej ciele. Ostatnim jego etapem było stanie się niewidzialnym. Co prawda zabójczyni mogła się stać niewidzialna kiedy tylko chciała, lecz tylko na krótki czas, dopiero takie pełne przygotowanie dawało jej możliwość bycia niewidoczną na tak długo jak  potrzebowała.
Za pierwszym razem gdy otrzymała zlecenie od niejakiego Lorda von Arenzohena, była zdziwiona, ponieważ nie rozumiała dlaczego ktoś chciałby zabijać zwykłego chłopa za takie pieniądze, jakie ona żądała. Wprawdzie dostawała już zlecenia na zabicie potomka rodu królów, wychowującego się na terenach plebsu, który mógł w przyszłości domagać się tronu, lecz takie przypadki zdarzyły się dopiero dwa, może trzy razy w życiu Evelynn. Poza tym Lord i tak nie mógłby zostać w żaden sposób władcą Noxus przez jego całkiem spore przewinienia z przeszłości. Te informacje napawały ją pewnym lękiem i niepokojem, ale podekscytowanie, za chwilę mającym się wydarzyć zabójstwem, było silniejsze.
Wraz z momentem gdy modliszka podeszła pod drzwi brzydkiej i walącej się chaty, chłodny front podwiał ubranie niebieskoskórej.
- Czarna mgła nadchodzi - wyszeptała sama do siebie, napawając się uczuciem zimna i zła drzemiącego w ciemnych oparach.
Kobieta przeszła dookoła dom szukając jakiegokolwiek wejścia, przez które mogła przejść niezauważona. Po chwili wybrała duże lekko otwarte po prawej stronie budynku okno. Odchyliła nieco bardziej wejście i wpełzła jak żmija do drewnianej posesji. Powoli i spokojnie przeszła obok lekko spróchniałych ścian do pokoju, w którym najbardziej rzucającymi się w oczy rzeczami był kominek z palącymi się w nim dwoma drewnianymi klockami, duży obraz przedstawiający panoramę gór widzianą z łąki w dolinie, oraz bujany fotel z siedzącą w nim ofiarą. Evelynn w głębi czuła, że jest coś nie tak, że powinna być czujna, że to nie chodzi o zabicie mężczyzny. Postanowiła być ostrożniejsza, lecz nie wycofała się. Podchodziła coraz bliżej, stopniowo wychodząc z ukrycia. Kiedy stała tuż za krzesłem, mogła wyraźnie dostrzec sylwetkę człowieka zza plecionki, która służyła za oparcie. Zabójczyni zatrzymała delikatnie fotel, tak by nie obudzić śpiącego. Następnie sięgnęła jego szyi swoimi szponami i rozdarła ją jak strażnikowi na wieży.
Z ofiary zaczęły wyfruwać puchowe piórka, spadając na podłogę i tworząc biały dywan. Wtedy modliszka wyczuła coś w swoim brzuchu. Bez wahania rzuciła się do miejsca, przez które tu weszła. W momencie gdy wyskakiwała na zewnątrz, poczuła kolejny obiekt przeszywający jej klatkę piersiową. Kobieta użyła resztki swoich sił by stać się niewidzialna. Biegła przed siebie. Wtargnęła między uliczki. Straciła równowagę i uderzyła z całym impetem w kamienna ścianę Jej nogi powoli przestawały słuchać jej poleceń, więc musiała działać szybko. Czarna Mgła otoczyła niebieskoskórą i podążyła za nią do pierwszego domu na Ulicy Kirgher’a gdzie akurat samotna matka kładła swoje dzieci do łóżka. Rozwścieczona Evelynn wyrwała ze swojego tułowia dwa srebrne bełty palące ją zarówno od środka jak i na dłoni i rzuciła się na przerażoną kobietę wysysając z niej całe życie i przekazując jej bezradna duszę mgle. Niestety to było za mało. Modliszka dostrzegła skulone w rogu dwoje dzieci; chłopca i dziewczynkę. Spostrzegła ich łzy i zaczerwienione twarze. W zwyczajnej sytuacji napawałaby się ich strachem, lecz teraz w grę wchodziło jej życie, więc jednym susem zbliżyła się do dwójki i wbiła im szpony w serca zabierając im wszystkie lata jakie mogli jeszcze przeżyć. Ich twarze zesztywniały wyrażając siłę przerażenia, jakie towarzyszyło im przy śmierci. Po wszystkim zabójczyni usiadła pod ścianą naprzeciwko, by odpocząć i w pełni się zregenerować.
Wtedy zaczęła rozmyślać. Zrozumiała, że jej obawy były trafne. Zastawiono na nią pułapkę, ktoś chciał się jej ewidentnie pozbyć, prawdopodobnie by zgarnąć nagrodę za jej głowę. Niebieskoskóra domyśliła się, że w końcu ktoś spróbuje dostać w swoje łapska te pieniądze, których równowartość to były dwa większe zabójstwa na zlecenie, ale nie wpadła by na to, że tą osobą będzie Lord von Arenzohen. Nie był on na tyle bogaty by zapłacić i Evelynn i jakiemuś innemu zabójcy i to na pewno nie mało, ponieważ musiał być to ktoś wykfalifikowany i niebojący się stawić czoła jednemu z najlepszych z "Nicnych Kruków". Po chwili zastanowienia modliszka przypomniała sobie o Shaunie Vayne badającej działanie Czarnej Róży na terenach Noxus. Dlaczego nie miałaby przystać na propozycję zabicia tej pokracznej istoty zabijającej ludzi, tak jak rodziców kuszniczki.
Niebieskoskóra nie była na nią zła. Wiedziała, że  ona poluje na wszystkie nadnaturlne stworzenia w jakikolwiek sposób używające magii. Znała sprawność kobiety i to jak dobrze wyszukiwała i zabijała. Takim osobom jak ona zabójczyni nie wchodziła w drogę. Wolała spokojnie czekać, aż się w końcu zastarzeją i umrą, albo zginą w walce.
Jej cała złość przelała się na jej obecnego klienta. Evelynn nie mogła puścić tego płazem. Nie mogła splamić swojego honoru tchórzostwem. Wiedziała, że wkrótce ludzie dowiedzą się o pułapce na niej zastawionej i zaczną czuć się zbyt pewnie w tym mieście. Rzecz, którą postanowiła zrobić, była dosyć jasna i logiczna.
Kobieta wstała z podłogi przesączonej krwią leżących w pokoju ofiar, a następnie ruszyła w stronę siedziby Lorda by dokonać na nim okrutnej zemsty.

 *             *           *

Evelynn zmierzała drogą na północ od Aleji Karsovyecky’ego nazwanej na cześć wielkiego dowódcy tejże armii, żyjącego około 3 wieków temu.
Po tych ulicach rzadko kiedy chodzono po północy, mianowicie dlatego że straże mieli nakaz łapania każdego chłopa, bądź mieszczanina, który postanowi wkroczyć na teren szlachty, co brano za próbę napaści lub rabunku. W nakazie zapisano, by taką osobę zawrócić i wlepić karę pieniężną, lecz niewyżyci strażnicy zwykle rzucali się na pechowca i bili go do krwi, by dopiero potem zrobić to co nakazywał im rozkaz. Niestety pobity nie mógł nic z tym zrobić, ponieważ w tym mieście liczyło się tylko słowo wysoko urodzonych.
Zabójczyni mijała właśnie karczmę „Pod Smokiem”. Lokal ten był najstarszym miejscem rozrywkowym w całym Valoran, które od początku było takie samo jak zaraz po otwarciu. Swoją nazwę zaś pozyskało dzięki Leonardowi IV Myślicielowi, który dawno temu przejeżdżając przez te tereny zawitał do gospody i stwierdził, że znajduje się ona dokładnie pod gwiazdozbiorem smoka. Ówczesny właściciel knajpy, by podlizać się gościowi i tym samym zdobyć rozgłos wśród tutejszych szlachciców, postanowił uczcić słowa uczonego nazywając nimi tą posiadłość. Dzięki temu w krótkim czasie zarobki Johna Karczmiarza powieliły się trzykrotnie.
Jak miło było niebieskoskórej znać całą historię lokalu z pierwszej ręki. Od razu przypomniała sobie zlecenie, które dostała około tygodnia później. Dotyczyło ono nikogo innego jak Leonarda IV Myśliciela. Jako, że wtedy Evelynn nie miała złego humoru, dała czas swojej ofierze na rozpowiedzenie wszystkim o tym jak został uhonorowany i wywyższony. Kobietę śmieszyły przechwalania się filozofa, co było kolejnym powodem, dla którego dała mu jeszcze pożyć, no ale czas ponaglał, więc ostatniego dnia swojego pobytu na tych terenach zapadł w sen, z którego już się nie obudził.
Modliszka była już bardzo blisko bramy wschodniej do szlacheckiej części miasta, więc stała się niewidzialna. Przy wejściu stało tylko dwóch strażników, widocznie zmęczonych nocną zmianą. Zwinnym krokiem podeszła jak najbliżej mężczyzny po lewej. Odczekała, aż drugi strażnik się rozkojarzy, a kiedy to nastąpiło wbiła szpony w krtań ofiary jednocześnie wyrywając mu z ręki włócznie. Zabójczyni jednym ruchem znalazła się przed zabitym facetem. Zszokowany drugi żołnierz nie mógł się wystarczająco szybko wziąć w garść, by jakoś zaradzić tej sytuacji. Nagle każda czynność była dla niego zbyt skomplikowana, co poskutkowało wypuszczeniem przez niego broni. Wbijając ostrze w brzuch strażnika, Evelynn zastanawiała się, dlaczego do ochrony najważniejszej części miasta biorą tak niekompetentnych ludzi. Kobieta wyciągnęła drąg z ciała i położyła go na nim, by zrobić jak najmniej hałasu.
Niebieskoskóra była już bardzo blisko posiadłości Lorda von Arenzohena. Dotknęła ściany budynku i bezdźwięcznie wspięła się na ostatnie, trzecie piętro pałacu. Z łatwością wskoczyła przez  otwarte okno do sypialni swojego najemcy. Spał rozwalony na swoim łożu z prawdopodobnie swoją kochanką. Była młodą, blondynką z figurą jakiej można pozazdrościć. Prawdopodobnie była wykupiona przez tego obrzydliwego, niskiego pijaka z wielkim brzuchem. Na myśl o oddaniu się takiemu komuś, Evelynn przeszedł dreszcz. Zabójczyni podeszła do szlachcica. Podstawiła mu rękę do szyi. Wtedy poczuła na sobie czyjś wzrok. Patrzyła na nią ta złotowłosa dziewczyna. Jej oczy ukazywały tyko przerażenie. Niebieskoskórą zdziwił brak jakiegokolwiek krzyku ze strony dziewczyny. Chwilę potem kobieta zrozumiała. Ona była głucha. Nie mogła krzyknąć. W tym samym momencie wróciła do swojej ofiary. Złapała jego gardło oburącz i wcisnęła w nie swoje, ostre jak brzytwa szpony. Rozbudzony Lord spojrzał z przerażeniem w oczach na swoją oprawczynię i wyszarpując się z jej uścisku, wypadł z łóżka. Krztusił się własną krwią i czołgał po podłodze, jak ci wszyscy niewolnicy, którymi poniewierał, kiedy był znudzony. Evelynn patrzyła jak jej ofiara próbuje ze wszystkich sił zawołać o pomoc. Chwilę później martwy Arenzohen leżał na szarym dywanie barwiąc go na czerwono. Zabójczyni zwróciła się do kochanki swojej ofiary:
- Jesteś wolna - pokazała po migowemu, a następnie rozpłynęła się w mroku nocy, zostawiają prawie nieprzytomną ze strachu dziewczynę samą z ciałem szlachcica.


*          *          *

Następnego dnia niebieskoskórej nie było już w Noxus. Podążała drogą na południowy wschód, gdzie miało na nią czekać kolejne zlecenie od niejakiej Lady Masoit, której nie pasowała myśl o podziale spadkiem ze swoim kuzynem.
Zwłoki Lorda znalazła jego służąca, która jak co ranek przychodziła do niego ze śniadaniem. Sprawcy nigdy nie odnaleziono, choć dużo ludzi upiera się przy wersji, w której Miranda, kochanka Arenzohena, postanowiła zabić swojego nabywcę i wraz z rodziną uciec do Demacii, która często pomagała szukającym schronienia. O dziwo tylko niektórzy myślą, że to Evelynn  zabiła szlachcica.

Matką i dwójką dzieci nikt się nie zajął. Ich zwłoki leżały w tamtym małym pokoju przez około dwa tygodnie. Dopiero kiedy jakiś patrolujący strażnik poczuł smród stęchlizny, docierający z domu wdowy, wszedł do środka i zobaczył ich w połowie rozłożone ciała zjadane przez szczury, robaki i wrony, zwołał dwóch chłopów by pochować ciała w gaju nieopodal. Nie postawiono im nagrobka. Parę lat później w miejscu ich spoczynku wzniesiono dom publiczny, którego powstanie dało pracę wielu samotnym matkom, takim jak ta, której zwłoki leżały pod budynkiem.

3 lut 2017

Twisted Fate [5] - Wieczna Ucieczka

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Tobias Foxtrot uwielbiał powracać do Piltover. Zawsze fascynowała go zarówno tamtejsza technologia, jaki i odmienny tryb życia, który prowadzili mieszkańcy. Większości cudzoziemców ich niezależność, pogoń za bogactwem i sławą oraz stosunek do świata wydawały się być niezwykle motywujące, wielu z nich decydowała się dołączyć do morderczego wyścigu szczurów. Mistrz Kart nigdy nie potrafił tego pojąć. Był najlepszy w swoim fachu, nie potrzebował do tego książkowej wiedzy czy najnowocześniejszych wynalazków. Karty w zupełności wystarczały.
Fate żwawym krokiem przemierzał ulice miasta, zmierzając w stronę najlepszego sklepu odzieżowego w całym Valoranie. Potrzebował nowych ubrań, by łatwo wtopić się w tłum. Czarny płaszcz i kapelusz czyniło go zbyt rozpoznawalnym, co mogło skutkować niepowodzeniem misji, którą musiał zrealizować. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek odkrył jego obecność.
Nie bez powodu władze Noxus właśnie jemu powierzyły najbardziej wymagające zadanie. Odkąd do Piltover wprowadzono oddziały prewencyjne, których szeregi zasilały stworzone przez naukowca Cecila B. Heimerdingera maszyny, liczba popełnianych na terenie aglomeracji przestępstw spadła niemalże do zera.
Kradzież planów najnowszej generacji broni z Akademii Nauki i Postępu Yordli nie należała do łatwości.
Oszust wszedł do wysokiej kamienicy znajdującej się na Gwiazdowej Alei, w której mieściła się pracownia mistrza krawiectwa. W przestronnym pomieszczeniu zastał kilka młodych kobiet, przyglądających się bogato zdobionym sukniom oraz mężczyznę w średnim wieku, siedzącego na stołku za ladą. Tobias rozejrzał się dookoła, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na stojących przed nim manekinach znajdowała się największa i zarazem najpiękniejsza kolekcja mody męskiej, jaką kiedykolwiek widział. Z wielką satysfakcją przymierzał kolejne ubrania, aż w końcu wybrał szary garnitur i bordowy płaszcz, idealnie komponujący się zestaw. Spiął włosy w koński ogon, jeszcze bardziej upodabniając się do poważnych mieszkańców Piltover.
Mężczyzna poraz spojrzał w lustro, podziwiając swoje cudowne odbicie, uśmiechnął się kilkakrotnie. Był gotowy do wykonania powierzonej mu roboty. Zapłacił za nową odzież, pozbywając się przy tym praktycznie całej zawartości swojej sakiewki. Nie stanowiło to jednak dla oszusta większego problemu, ogromna fortuna była na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko dokonać jednej, niewielkiej kradzieży.
Fate opuścił sklep i pewnym krokiem ruszył w stronę Akademii. Nikt nie zwracał na niego uwagi, nawet patrolujące ulice boty. Dotarcie do celu nie zajęło mu dużo czasu, już po kilkunastu minutach znalazł się przy tylnym wejściu szkoły. Największe wyzwanie miał dopiero przed sobą. Przedostanie się na jej wyższe pięta graniczyło z cudem.  Cecil B. Heimerdinger opracował inteligentny układ alarmów, którego nikt jeszcze nie zdołał obejść. Jednakże mag miał pewien plan.
Studiując plany budynku, które przekazali mu Noxianie, dopatrzył się pewnej luki w systemie obronnym, która pozwalała na dezaktywację sygnałów dźwiękowych. Oszust zakładał, że minie kilka minut, nim Yordle odkryją nieprawidłowości. Ten czas w zupełności wystarczy, by dokonać kradzieży.
Wystarczyło tylko zaburzyć pracę technologii Hextech. Co prawda, nie było to łatwe zadanie, ale dzięki odrobinie sprytu, magii i oczywiście panelowi sterowania, drzwi Akademii stanęły dla niego otworem. Niezauważony wtargnął do środka i przedarł się na do gabinetu Wielbionego Wynalazcy, którego znalezienie nie stanowiło większego problemu.  Zajmował on znaczną część górnych kondygnacji uczelni, panował w nim okropny bałagan. Praktycznie całą jego powierzchnię pokrywały pożółkłe już kartki z zapiskami, wszędzie walały się urządzenia techniczne, zarówno te działające jak i te, które nie nadawały się do użytku.
Nagle, zafascynowany tym niecodziennym widokiem Mistrz Kart usłyszał kroki. Nim do pomieszczenia weszły dwie osoby, zdążył ukryć się za stertą starych książek.
- Kiedy bronie będą gotowe do produkcji? – usłyszał delikatny, kobiecy głos, który wydawał mu się dziwnie znajomy.
- Plany są już ukończone. To kwestia kilku dni – odpowiedział jej najpewniej sam doktor Heimerdinger.
- Wspaniale. Cieszę się bardzo, że nasze oddziały militarne będą wykazywały jeszcze większą skuteczność w zwalczaniu przestępczości.
- Spokojnie, pani szeryf, do tego jeszcze daleka…
- Profesorze, profesorze! – przerwało mu się głośne wołanie. – Nasze systemy bezpieczeństwa zostały wyłączone!
Cholera. Fate nie spodziewał się, że Yordle tak szybko wykryją usterkę. Miał coraz mniej czasu, a wciąż nie ustalił, gdzie znajduje się to, po co tu przyszedł. Nie tracił jednak swojej niezawodnej pewności siebie.
- Przyślij tutaj boty bojowe – zwrócił się Cecil do przybysza. – Pani szeryf, proszę ze mną. Mamy tutaj intruza.
Cała trójka pośpiesznie opuściła gabinet. Mistrz Kart musiał działać szybko. W błyskawicznym tempie przetrząsnął wszystkie najbardziej oczywiste skrytki, jednakże z powodu ogromnego nieładu, zadanie to było utrudnione.
Z każdą sekundą zabójcze maszyny znajdowały się coraz bliżej. Tobias przejrzał większość porozrzucanych kartek, jednak okazało się to bezcelowe. Poirytowany podszedł do gigantycznego stołu, znajdującego się na środku pomieszczenia i w momencie, gdy boty wtargnęły do środka, wziął do ręki stertę losowych stronnic. Ku jego zaskoczeniu, okazały się być poszukiwanymi przez niego planami.
Twisted Fate uśmiechnął się szyderczo.
- To mój szczęśliwy dzień – szepnął, po czym w mgnieniu oka zniknął.
Pozostała po nim tylko żółta karta.