19 maj 2017

Kindred [20] - Każde życie... Kończy z nami

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Nalia leżała na swoim łóżku, patrząc nieprzerwanie w sufit. Drewniane, ciemne słoje na deskach w jakiś, dziwny, tylko jej znany sposób koiły jej ból i nieprzerwane cierpienie. Zawsze, gdy na nie patrzyła, wyobrażała sobie morze, w którym zamiast wody była jej ulubiona, płynna czekolada. Jej matka przyrządzała ją tylko na jej urodziny, ponieważ kupno jednej sakiewki czekoladowego proszku, w tych stronach było porównywalne do kupna dwudziestu kilogramów paszy dla świń. Już tak dawno nie czuła tego, czekoladowego smaku, lecz nadal pamiętała go tak intensywnie, jak gdyby wypiła ją zupełnie przed chwilą.
Te rozmarzania zwykle mijały po chwili, ponieważ były zakłócane przez nieustający ból, jaki zadawała jej, cały czas rosnąca w siłę choroba. Jeszcze trzy miesiące temu Nalia była najzwyklejszą dziewczyną z małej wioski, na wschodzie. Niestety, gdyby nie chęć bezinteresownej pomocy potrzebującym, pewnie teraz pomagałaby matce sprzedawać towary na cotygodniowym targu. Jej matka wyjechała tam około godzinę temu, więc powrócić miała dopiero popołudniu.
Dziewczyna cały czas patrzyła na sufit w swoim pokoju, starając się powstrzymywać uporczywe myśli o przekręceniu głowy, w celu spojrzenia na cokolwiek innego. To co sprawiało, że nie chciała tego robić, był przeszywający ból, który odczuwałaby próbując znaleźć cokolwiek innego na co mogłaby zwrócić swoją uwagę. Myśl o swojej bezradności, powodowała u niej za razem smutek i wściekłość. W każdej chwili od momentu zdiagnozowania choroby, obwiniała się za pochopność i brak rozwagi. Przeklinała się, że podeszła do starszego, zapuszczonego mężczyzny. Nie sądziła, że mogło się to skończyć tak dla niej potwornie.
Więc nadal patrzyła w podłużne słoje, drewnianych desek. Mówiła do siebie, że da radę wytrzymać jeszcze trochę, zanim wróci jej matka. Wiedziała, że nie nastąpi to nada moment, lecz cały czas odpychała ta myśl, twierdząc, że może okaże się, iż dzisiaj będzie jeden z pomyślniejszych dni i uda się jej rodzicielce sprzedać wszystko, w krótkim czasie. Znała dokładnie położenie lekarstw, które pozwalały dziewczynie w miarę normalnie, jak na jej stan, funkcjonować. Wiedziała także, że jeśli okaże się, że matka postawiła małą ampułkę z leczniczą cieczą gdzieś indziej, to trud jaki sobie zada będzie nic nie wart, a może nawet pogorszyć znacząco jej stan.
W tej samej chwili, kiedy rozmyślała nad za i przeciw wstaniu po lek, usłyszała czyjeś kroki za oknem. Były delikatne, a zarazem miały w sobie pewną nieopisaną siłę, która przeniknęła ciało dziewczyny. Mogłoby się wydawać, że Nalia będzie zaciekawiona, tym co jest za oknem, lecz w sytuacji, w jakiej się znajdowała, odczuwała tylko przeszywający strach. Jeśli był to złodziej to ona nie będzie mogła go powstrzymać, a wiedziała, że matka nie podda się w walce z chorobą swojej córki i poświęci cały swój pozostały dobytek, by patrzeć jak dziewczyna i tak, powoli odpływa na drugą stronę.
Musiała działać.
Dziewczyna spięła każdy mięsień w swoim ciele i podniosła odrobinę głowę, wywołując tym na twarzy przepełniony bólem grymas. Teraz, posiadając lepszy widok, skupiła swoją uwagę na drewnianej szufladzie, po przeciwnej stronie jej małego pokoju. Mimo, że odległość między jej łóżkiem, a meblem była niewielka, dla Naili wydawała się być najbardziej ryzykowną czynnością jaką miała zamiar podjąć. Mimo że minęło dopiero parę sekund odkąd głowa chorej uniosła się lekko nad poduszką, do oczu dziewczyny zaczęły napływać łzy. Ból rozpoczynał się na skórze i zaciskał się, aż w kościach. Mięśnie zawiodły i całe ciało powróciło do pozycji w jakiej było przed chwilą. Młoda kobieta pomyślała, czy jest to tak naprawdę konieczne. Przecież możliwe, że się tylko przesłyszała, lecz w tym samym momencie rozległ się kolejny dźwięk kroków, a razem z nim drapanie pazurów o drewnianą ścianę domu.
Naila jeszcze raz spięła każdy mięsień w swoim ciele i jednym, szybkim ruchem poderwała się do pozycji siedzącej. Z jej piersi wydał się niemy okrzyk najprawdziwszego cierpienia, do oczu dziewczyny natychmiastowo napłynęły łzy i zaczęły spływać po rozpalonej skórze. Czuła ból w każdej komórce swojego ciała, lecz nie mogła się teraz poddać. Robiła to wszystko dla jedynej osoby, którą kochała.
Pouczona przez gwałtowne zerwanie się, starała się wykonywać jak najdelikatniejsze ruchy. Wysunęła najpierw jedną nogę spod pościeli, czując jakby jej skóra była zrywana żywcem, gdy przesuwała ją po szorstkim prześcieradle. W tym momencie z ugryzionej przez nią dolnej wargi zaczęła spokojnym strumieniem spływać bladoczerwona krew.
Nalia wysunęła drugą nogę poza łóżko i oderwała się po raz pierwszy od przeszło tygodnia z leżanki. Od razu, gdy to zrobiła, jej nogi zawiodły ją i runęła na podłogę, nie mogąc nawet złagodzić upadku, przez bezwład, jakim jej ciało zostało ogarnięte. Z jej piersi po raz kolejny wydostał się niemy krzyk. Po raz kolejny poczuła ten nikczemny ból, który sprawił, iż myślała, że zaraz zemdleje. Po dłużej chwili, jaką musiała przeleżeć, by wycisnąć jeszcze jakiekolwiek siły z siebie, zaczęła czołgać się do komody stojącej parę kroków od niej. Nawet najmniejszy ruch powodował u dziewczyny ogromną udrękę. W każdej sekundzie całego tego procesu, błagała o śmierć. Błagała, by nagle przestać oddychać, by móc już nie cierpieć. Nie chciała czuć szczęścia. Prosiła tylko o to, by nie czuć bólu.
Minęły około cztery minuty zanim, chora mogła dosięgnąć dolnej szuflady. Wyciągnęła przed siebie rękę i wsunęła półkę w swoją stronę, czując, jakby zaraz miało odpaść jej ramię. Naila włożyła dłoń do środka i przesuwając ją powoli, zaczęła szukać małej buteleczki. Koniuszki jej palców czuły tylko jakiś miękki materiał, lecz żadnego szkła. Dziewczyna zapłakała gorzko, rozpaczając nad swoją sytuacją. Leku nie było tutaj. Nie mogła się pogodzić, że umrze w tak haniebny sposób, leżąc na drewnianej podłodze w swoim, własnym pokoju.
Chora wiedziała, że jej kres jest bliski. Powoli zaczęła godzić się z myślą o tym co  ma się wydarzyć, gdy nagle, znowu usłyszała przesuwanie pazurami po ścianie swojego domu, lecz tym razem ze strony drzwi wejściowych. Nie wiedzieć skąd, ten odgłos dodał jej siły, by walczyć. Naila spojrzała w górę komody i dopiero teraz to dostrzegła. Malutka ampułka z lekiem stała na wierzchu komody. Nie widziała jej wcześniej przez upośledzenie wzroku, jakie dostała w trakcie rozwoju choroby.
Nie myśląc za długo dziewczyna wyrzuciła swoją prawą rękę w stronę szafki, lecz ta nawet nie drgnęła. Jeszcze raz cofnęła swoją dłoń i ponownie wyrzuciła ją w stronę komody, lecz z podobnym skutkiem. „Do trzech razy sztuka” pomyślała, dodając sobie otuchy i po raz kolejny przyciągnęła rękę z powrotem do siebie. Tym razem włożyła cały swój wkład w uderzenie komody. Tym razem zabujała się, a po chwili buteleczka spadła z mebla na głowę dziewczyny, ogłuszając ją i wywołują ból podobny do postrzelenia. Następnie odbiła się i zatrzymała na podłodze, obok jej dłoni.
Po chwili, gdy myśli Naili powróciły na swoje miejsce, a ból głowy lekko ustąpił, chora zaczęła wyciągać korek z szyjki ampułki. Nie trwało to długo, chociaż potrzebne do tego było dużo siły. Dziewczyna podsunęła sobie pod nos lek i po chwili poczuła zapach medykamentu. Jego działanie narkotyczne uśmierzało ból i dawało możliwość samodzielnego wykonywania najprostszych czynności.
Opary substancji, zaczęły powoli wnikać w krwiobieg dziewczyny i ta po chwili usiadła na podłodze, po czym zwymiotowała brudząc sobie podbródek i lewą dłoń. Jej wymiociny były żółtawą cieczą, która paliła jej przełyk, a której smak i zapach nie był porównywalny do niczego tak ohydnego.
Kiedy Naila otrząsnęła się wystarczająco, by uświadomić sobie, gdzie jest i co robi, wstała i opierając się o ścianę, podeszła do drzwi. Przekroczyła próg i dalej udała się korytarzem do wejścia. Wtedy znowu zaczęła słyszeć drapanie, lecz tym razem dochodziło prosto od końca przedpokoju. Z każdym jej posuwistym krokiem siła tego dźwięku wzrastała. W momencie, gdy dziewczyna chwyciła za klamkę, nie mogła już słyszeć własnych myśli. Pociągnęła za nią i otworzyła drzwi, wpuszczają c do przedsionka trochę słonecznego światła. Wyszła za próg i zasłaniając słońce spostrzegła ich.
Owca i wilk stali razem wpatrując się w przerażoną twarz Naili. Biała postać naciągnęła cięciwę swojego łuku i zatrzymała się w tej pozycji czekając, jakby na jakiś sygnał. Czarne monstrum, wiło się za jej plecami, w pełni przygotowane do ataku, warcząc nisko. Chora dziewczyna patrzyła raz na nią, raz na niego, próbując ustali, czy aby na pewno to co widzi jest prawdziwe. Po chwili zdała sobie sprawę, że wie co się za chwilę wydarzy. Odwróciła się i zatrzasnęła za sobą drzwi, a następnie opuściła dłoń i wystawiła swoją, bladą twarz w stronę słońca, by ostatni raz poczuć jego ciepło.
Owca puściła cięciwę łuku, wypuszczając strzałę w kierunku młodej kobiety. Grot przebił jej serce, z którego nie wypłynęła krew, lecz wyleciała z niego dusza dziewczyny, której bezwładne ciało upadło na suchą ziemię.

Natychmiast po śmierci dziewczyny, Kindred zniknęli, w gęstwinie leśnych zarośli nieopodal, by dotrzeć do kolejnej potrzebującej ich ofiary.

12 maj 2017

Rakan [19] - Jestem tu by się bawić

    ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Kolorowo upierzony Vastaj stał na drewnianym podeście ustawionym w centrum jednego z mniejszych miasteczek. Prezentował publice swoje pieśni, znane i cenione przez mieszkańców ioniańskich wyżyn. Wzrok wszystkich zebranych i jakże zauroczonych kobiet, utkwiony był w poruszającym się na scenie tancerzu, on jednak nie zwracał na nie uwagi.
Przenikliwym spojrzeniem, pełnym uroku zerkał na siedzącą nieco na uboczu, przy niewielkim stoliku, fioletową kruczycę. Ukrywając swoje oblicze za ciemnym materiałem, uważnie przyglądała się ukochanemu, kurczowo trzymając w dłoniach puchar wypełniony winem.
     Dzień wiosennego festiwalu należał do niezwykle słonecznych. Plemiona zamieszkujące pobliskie tereny, całymi rodzinami zjechały się do osady, by razem świętować nadejście nowej pory roku.
     Po zakończeniu utworu publiczność nagrodziła Rakana gromkimi brawami, a on odpowiedział im teatralnym ukłonem i krótkim tańcem. Głośnym wiwatom nie było końca.
Uwodziciel posłał swojej partnerce szarmancki uśmiech, co poskutkowało głośnymi jękami zazdrości. Każda przedstawicielka płci pięknej marzyła, by być na miejscu Xayah. Żadna z nich nie rozumiała, co taki wspaniały artysta widział w ponurej wojowniczce, prowadzącej przegraną walkę.
     Miejscowi grajkowie zmienili nieco melodię, przygrywając skoczną piosenkę.
Zadowolony tłum wydawał coraz głośniejsze okrzyki. Występujący mężczyzna z szerokim uśmiechem goszczącym na twarzy przeskoczył ze sceny na stojącą obok ławę. Złapał spoczywającą przy niej kobietę za rękę i pociągnął za sobą, tym samym włączając ją do energicznego pląsu na blacie.
Wielu zebranych poszło w ich ślady. Oglądający przedstawienie również wskoczyli na drewniane powierzchnie i zaczęli podrygiwać do pieśni Vastaja. Nie minęła dłuższa chwila a cała publika ruszała się rytmie.
Jedyny wyjątek stanowiła niewielkich rozmiarów kruczyca, siedząca nieco na uboczu. Wciąż obracała w dłoniach kielich, którego zawartość zdążyła już opróżnić. Wykorzystując powstałe zamieszanie, partyzant zbliżył się do Buntowniczki i tuż przy jej uchu wyszeptał:
- Miella, podaruj mi ten jeden taniec.
-Wiesz, że nigdy nie odrzucam zaproszenia do tańca, mieli.
Gdy uzyskał odpowiedź, chwycił dłoń wojowniczki i obrócił ją wokół własnej osi.
     Nad polaną zebrały się ciemne chmury, nikt jednak nie wydawał się przywiązywać do tego większej wagi.
     Muzyka zwolniła nieco tempa, a Rakan objął ukochaną w pasie, zapewniając im odrobinę intymności poprzez otulenie płaszczem swoich piór.
Xayah oparła policzek o pierś Uwodziciela. Para trwała w ciasnym uścisku, wolno poruszając się nieco na uboczu grupki. Nagle na ziemię spadły ogromne krople deszczu.
     Tłum zerwał się do ucieczki. Biegli w stronę otaczających ich drewnianych budynków, pragnąc schronić się przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.
Kochankowie jednak nie przerywali tańca, nawet gdy ucichła muzyka. Dopiero gdy całkowicie przemokli, ruszyli w stronę gospody, śmiejąc się z zaistniałej sytuacji.
     Weszli do przepełnionego pomieszczenia, gdzie przy niewielkich stolikach siedzieli mokrzy Vastajowie. Jak iż wszystkie siedzenia były już zajęte, para oparła się o ściany na rogu sali. Przyglądali się biesiadnikom, stojąc w ogromnej kałuży wody, która ociekła z ich piór.
- Masz ochotę na trochę ludzkiego jedzenia? – zapytał Rakan.
- Na dobrą kolację? Zawsze.
- Czekoladę!
- Nie to miałam…
- Zjemy czekoladę!
Nie słuchając sprzeciwu ukochanej, zanurkował w grupę gości, przedzierając się w stronę stojącej za ladą, barmanki. Odbył krótki dialog z kobietą, po czym nieco zasmucony wrócił do Xayah.
- Nie mają tu czekolady, co za żałosny lokal! – oburzył się, dołączając do Buntowniczki.
     Pogoda za oknem zaczęła się nieco polepszać, intensywność opadów stopniowo malała. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez ciemne, kłębiące się and wioską, chmury. Mimo tego, mieszkańcy i turyści nie wykazywali chęci kontynuowania zabawy na świeżym powietrzu, tańczenia i biesiadowania na mokrej i ubłoconej trawie.
     W karczmie panował gwar, wszyscy śmiali się i rozmawiali, popijając złoty trunek i zajadając smakowicie wyglądające przekąski. Jednakże przyjazna atmosfera tego miejsca wydawała się być nieco drętwa.
     Uwodziciel postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W mgnieniu oka znalazł się na niewielkiej scenie, a wzrok wszystkich przebywających w izbie skupił się na jego olśniewającej osobie.
- Rakan przybył! – krzyknął artysta. – Jestem pewien, że znacie ten utwór! Śpiewajcie razem ze mną!
Tłum zaczął nucić, podążając za kolorowo upierzonym liderem.
     Zakapturzona kruczyca uważnie przyglądała się odważnym ruchom swojego partnera, śmiejąc się pod nosem. Lhotlan nie przestawał jej zaskakiwać, nie mogła zaplanować ani przewidzieć żadnej chwili spędzonej w jego towarzystwie.
Westchnienia zauroczonych kobiet, wpatrzonych w występującego mężczyznę, umacniały Buntownickę w przekonaniu, jak wielką szczęściarą jest, mając kogoś, kto darzy ją miłością tak wielką, że nie są jej w stanie opisać żadne słowa.
- Zazdroszczę jego wybrance - usłyszała w tłumie, po czym uśmiechnęła się szeroko. 

5 maj 2017

Ahri [18] - Koniec zabawy


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Dzisiejszy dzień był jednym z najgorszych scenariuszy, jaki mogłem sobie wyobrazić. Najpierw pogoń za tym obleśnym facetem, któremu jakimś cudem udało się wyjąć z mojej torby podróżnej portmonetkę. Były w niej wszystkie oszczędności, jakie przez trzy lata udało mi się nazbierać. Całe szczęście, życie i praca w gospodarstwie ojca w dużej mierze przyczyniły się do złapania kieszonkowca. Co prawda musiałem uciekać się do przemocy, by odzyskać pieniądze.
Następnie woźnica, wyglądający jakby całe życie spędził w podziemiach Zaun i jego ciągłe gadanie o życiu w małej ioniańskiej wiosce. Może nie byłoby to aż takie udręczające, gdyby nie fakt, że z całego jego wywodu zrozumiałem tylko dwa słowa: elles i hukumm, które w tutejszym języku kolejno oznaczały życie i wioska. Czyli jednak półroczne lekcje języka nie zdały się na wiele. Po dwóch godzinach jazdy, mężczyzna zostawił mnie przed ogromnym lasem, który musiałem przejść samotnie, a jedynym wytłumaczeniem woźnicy, by ze mną nie iść, było: Erlahm sum ahla mek zsu najnia magnet, co o ile mój ubogi zasób słownictwa się nie myli, znaczy: W lesie są złe moce. Są tam jeszcze jakieś wyrazy, ale w życiu ich nie słyszałem, więc miałem tylko nadzieję, że nie oznaczają niczego ważnego.
Później ten wredny, czerwony kwiat. Po co mu były kolce. Przecież chciałem tylko powąchać…
Od tamtej pory nie było najlepiej. Cały czas słyszałem za sobą szmer liści, lub łamanie patyków, pod czyimiś krokami. A może to były moje kroki? Wydawało mi się, że to przez to ukłucie. Z rany cały czas sączyła mi się jakaś półprzezroczysta, żółta ciecz. I do tego ten upał. Był nie do zniesienia. Moim jedynym marzeniem było, by położyć się na ziemi i zasnąć. Niestety, najróżniejsze opowieści, jakie słyszałem o tych terenach, trzymały mnie z dala od robienia tego.
Marsz przez las trwał już około pół godziny, a każdy kolejny krok był męczarnią. Ciężkie, wilgotne powietrze nie było najlepsze do takich wędrówek. Ilość zapachów i kolorów tutejszych roślin, była powalająca. I to w obu znaczeniach. Z jednej strony było to najbardziej niesamowite zdarzenie, jakie mogło przytrafić się prostemu synowi rolnika, a z drugiej ich przytłaczające natężenie i różnorodność, dosłownie odbierały dech w piersi. Co chwilę wydawało mi się, że mijam to samo drzewo, albo widzę swoje własne, chwilę wcześniej zrobione ślady. W normalnych okolicznościach, byłoby to pewnie dla mnie przerażające i próbowałbym coś z tym zrobić, ale wtedy przez odurzające działanie toksyn z tamtego czerwonego kwiatu, wydało mi się to niesamowicie śmieszne, więc zacząłem się śmiać. Nie był to zwykły śmiech. Często mógł być usłyszany w zamkniętych domach dla psychicznie chorych. Najgorsze w tej całej sytuacji było to, że nie mogłem się w żaden sposób opanować, co wkrótce doprowadziło do zwabienia Vastajów.
Wiedziałem, że to byli oni, ponieważ wiele czytałem o kulturze Ionii, w tych wielkich księgach stojących w bibliotekach, które zawsze lubiłem czytać, gdy przyjeżdżaliśmy na targ do miasta. Dwóch z nich miało postawę człowieka, lecz ich kończyny przypominały łapy tygrysa. Głowy mieli porośnięte futrem, lecz od czasu do czasu wyrastały z nich kępki piór. Z ich pleców odchodziły skrzydła. Nie były duże, lecz wystarczająco obszerne, by chwilowo unieść Vastajów. Trzeci z nich, był jaszczurem, który ledwo, wystawał powyżej bioder pozostałej dwójki. Co odróżniało go od innych gadów to ptasie nogi, których umięśnienie było bardzo imponujące. Całe ciało stwora było obsypane łusko-piórami o zielono-złotym kolorze. Wokół jego głowy rozpościerał się ogromny plamisty kołnierz. Oczy każdego z nieznajomych posiadały pionową źrenice, a ich kolor wahał się między czerwonym, a pomarańczowym.
-Nie mówiono ci, żeby tu nie wchodzić? – zapytała kobiecym głosem skrzydlata tygrysica
-Nie ostrzegano cię przed mieszkańcami tych lasów? – dodał skrzydlaty tygrys, sapiąc przy tym złowrogo
-Nie zauważyłeś, że las cię tutaj nie chce? – odparł jaszczur, akcentując pojedyncze literki
Stałem tam wryty w ziemie, w połowie przez strach przed Vastajami, a w połowie przez obezwładniające działanie trucizny. W jednej chwili czułem jakby minęły już całe wieki, a chwilę później wydawało mi się, że czas stanął w miejscu. Z moich ust nagle wyleciała dziwna paplanina słów. Nie spodobało się to chyba moim towarzyszom, ponieważ tygrysica rzuciła się na mnie, uderzając swoją potężną łapą w mój brzuch. Poleciałem na ziemie, jak ścięte drzewo. Całe moje ciało nagle zapomniało jak się teraz zachować, a odczucia jakie doznawałem, były zniekształcone. Ból od uderzenia poczułem dopiero po około dziesięciu sekundach, w między czasie będąc okładanym przez trójkę rozwścieczonych hybryd. Z każdą chwilą odpływałem coraz dalej, w zapomnienie, kiedy nagle poczułem, że już nic mnie przecież nie bije. Kręciło mi się w głowie, nie mogłem zapanować nad oddechem. Był niestabilny. Czułem jak płuca zalewają mi się jakimś płynem. Wtedy zrozumiałem, że już niedługo, zanim odejdę z tego świata. Zacząłem wspominać najpiękniejsze chwile mojego życia, by chociaż trochę umilić sobie ten okropny czas. Nie obchodziło mnie nawet gdzie podziali się napastnicy lub czy ktokolwiek mnie tu odnajdzie, zanim zaczną mnie rozkładać robaki.
Nagle, nie wiedzieć czemu dopiero teraz, stwierdziłem, że panuje zupełna cisza. Po chwili usłyszałem szmer zbliżającej się osoby. Przerażenie sięgnęło zenitu. Wtedy zrozumiałem, że nie czuję nic od szyi w dół. Zacząłem płakać. Łzy spływały od skroni w dół policzka.
Twarz przesłonił mi cień. Otworzyłem oczy. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego piękniejszego od niej. Jej żółte tęczówki miały w sobie dzikość i zapał jakiego nie widziałem od dawna. Jej poliki ozdobione brązowymi paskami, dodawały jej niezwykłego uroku. Jej czerwone usta były splamione krwią. Patrzyła  na mnie. Rozmyślała o czymś, kiedy ja sparaliżowany strachem czekałem, aż zakończy mój żywot. Wtedy Vastajanka nachyliła się i złożyła na moich ustach, długi i namiętny pocałunek. Lecz nie miał on podłoża romantycznego. W ciągu następnych kilkunastu sekund poznałem jej całą historię, a kiedy ponownie otworzyłem oczy, jej już nie było.

Poczułem, że znowu mogę poruszać kończynami. A po krótkich oględzinach spostrzegłem, że dodatkowo wyrósł mi biały, puchaty ogon. Na rękach pojawiło się siwe futro. Wtedy przemówił głos drzew. „Witaj. Od teraz twoje imię to Anua. Dzisiaj stajesz się jednym z nas.”

28 kwi 2017

Lucian [17] - Śmierć powinna być końcem

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Ciemnoskóry mężczyzna stał samotnie na opustoszałym, skalistym brzegu Wysp Cienia. Niespokojny, rozglądał się dookoła, a jego serce biło coraz szybciej. Towarzyszyło mu przerażenie, ukryte głęboko, by nikt nie mógł go dojrzeć.
Aura tego miejsca znacznie go osłabiała. Mocniej zacisnął palce wokół dwóch śmiercionośnych pistoletów i powoli ruszył w głąb mrocznej mgły, zwiastującej śmierć.
Robię to dla ciebie, Senna.
Głos ukochanej odbijał się echem w głowie Luciana, mieszał się z krzykiem i piskiem żyjących tu istot. Brakowało mu towarzystwa. Żadna z misji nie sprawiała mu przyjemności, nocami w pustym łóżku nękały go koszmary.
Strzelec wzdrygnął się, gdy między jego nogami przebiegła niewielka istota. Na terenach takich jak te, każdy szmer mógł oznaczać ogromne niebezpieczeństwo.
Mimo rosnącego strachu nie zamierzał się wycofać. Przysiągł, że oczyści Shadow Isles z wszelkich wynaturzeń.
Podczas swojej wędrówki natknął się na siedlisko śmiercionośnych stworzeń, dusz zaklętych w ciałach potworów. Nim zdążyły go zaatakować, oddał kilka celnych strzałów, pozbawiających je życia.
Zdmuchnął dym wydobywający się z luf i dalej brnął przed siebie.
Po niedługiej chwili dotarł do niewielkiego pagórka na skraju głębokiego, wewnętrznego jeziora. Z otaczających zbiornik, niemalże łysych już drzew o grubych pniach opadały ostatnie liście, wirując na wietrze.
Za wzniesieniem rozciągały się polany, niegdyś zamieszkałe przez czerpiących radość z życia, ludzi. Niestety, po tym szczęśliwym krajobrazie pozostały tylko ruiny, przypominające o jasnej przeszłości tego miejsca.
Mieszkańcy znikali jeden po drugim. Każdej śmierci odpowiadało żerujące na tych terenach widmo. Na początku Klucznik nie pojawiał się często, dokładnie obserwował każdy ich dzień, dbając, by nie byli tego świadomi. Jednak z czasem chęć zakończenia nędznej, ludzkiej egzystencji była coraz większa. Stworzenie zakradało się do nieodpornych umysłów ofiar, po czym więziło ich dusze w zielonym blasku swojej latarni.
Strażnik Łańcuchów odpowiadał również za śmierć najbliższej Lucianowi osoby, niczemu nie winnej Senny. Rozpaczliwie pożądając okrutnej zemsty mężczyzna przyrzekł sobie, że duch więziennego nadzorcy będzie ostatnim, z którym rozprawi się przed opuszczeniem Wysp Cienia. Pragnął delektować się każdą chwilą jego męki, tak jak on postąpił z piękną żoną Kleryka.
Przemierzając zgliszcza domostw, strzelec nie zatrzymał się ani razu. Okropna sceneria wywoływała jeszcze większe przerażenie.
Droga do starej świątyni nie była daleka. To właśnie w jej pozostałościach uwięziony w ciele potwora dusza, stworzyły swoje gniazdo.
Wystarczyło tylko kilka strzałów z broni palnej, by skrócić jej wieczne cierpienie, pozwalając opuścić to zamglone miejsce i powrócić do świata umarłych.
Lucian pokonał kolejny pagórek, po czym stanął przed rozpadającą się wieżą. Wszedł do środka, zdjął ze ściany lampion i go odpalił. Skierował się w stronę zakurzonych schodów, pokrytych pajęczynami.
Robię to dla ciebie, Senna.
Z głębi podziemi wydobywały się głośne ryki. Kleryk Broni stąpał cicho i bardzo ostrożnie. Nie spieszył się, głośne łomotanie serca i płytki oddech zaburzały jego koncentrację.
Droga w dół wydawała ciągnąć się w nieskończoność. Co jakiś czas pod nogami przelatywały niewielkie spojrzenia, przypominające szczury. Chowały się w mrocznych zakamarkach między kamiennymi blokami.
Po kilkunastu minutach strzelec w końcu dotarł do celu. Postawił na podłodze niewielkie źródło światła. Rozglądając się dookoła przestronnego pomieszczenia, w którym się znalazł, zauważył ogromne stworzenie. W niczym nie przypominało człowieka, którym najprawdopodobniej kiedyś było.
Rozmiarem kilkakrotnie przewyższało mężczyznę. Z górnej partii ciała wystawały mu trzy pary kończyn. Potwór stawiał mocne kroki, rozkładając ciężar swojego ciała na dwóch wielkich stopach. Jego zielone ciało pokrywało bujne owłosienie.
Gdy zauważył gościa na swoim terenie, złapał sporych rozmiarów kamień i rzucił nim w przybysza. Ciemnoskóry bez problemu uniknął pocisku, wykonując szybki ślizg w bok.
Ten ruch nieco rozzłościł olbrzyma. Złapał następny głaz, za nim kolejny i kolejny. Żadnym z nich nie udało mu się trafić.
Zwinnie poruszając się po katakumbach, Lucian znalazł się za plecami bestii. Wykorzystał przewagę, jaką dawała mu pozycja i oddał kilka celnych strzałów z broni świetlnej, a stwór zawył przeraźliwie.
Wściekłość przeciwnika wciąż rosła. Zacisnął pięść i wykonał silny zamach, strącając Kleryka z nóg.
Upadając, zabójca zranił się w głowę. Z rozciętego czoła sączyła się szkarłatna krew, a jeden z pistoletów wypadł mu z dłoni.
Stworzenie szykowało się do kolejnego ataku, chwiejnie kierują się w stronę leżącej ofiary. By go odeprzeć, strzelec musiał zebrać w sobie wszystkie siły. W ostatniej chwili, tuż przed nadchodzącym uderzeniem, zerwał się z popękanej, kamiennej posadzki i sięgnął po znajdującą się kilkanaście centymetrów dalej, broń.
Nacisnął obydwa spusty w tym samym momencie, posyłając jasną salwę pocisków w stronę potwora, który przez zadane obrażenia osunął się na ziemię, wrzeszcząc głośno.
Mężczyzna zakręcił w dłoni miotaczem światła, po czym oddalił się w stronę schodów prowadzących na powierzchnię, zostawiając bestię, by wyzionęła ducha.

Wspinając się po stronnych stopniach usłyszał znajomy, mrożący krew w żyłach śmiech. Gdy się odwrócił, ujrzał zielone światło latarni, w której właśnie została zamknięta kolejna dusza.

21 kwi 2017

Lux [16] - Rozświetlmy to miejsce!

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Tej nocy Luxanna nie mogła zasnąć choć na chwilę. Był to już piąty dzień pobytu w rodzinnym domu i piąty dzień z rzędu, w którym nie mogła posługiwać się swoją mocą. Co prawda dla dziewczyny nie było to trudne, by jej po prostu nie używać. Chodziło o to, że właśnie tego potrzebowała najbardziej. Gdyby chociaż na chwilę mogła wypuścić z koniuszków swoich palców najcieńszą smugę jasnego światła, byłoby to dla niej jak wyczekiwany odpoczynek po długiej i wyczerpującej podróży. Czarodziejka co chwilę wierciła się z boku na bok, nie mogąc odpędzić myśli od chwycenia za swoją różdżkę i rzucenia paru zaklęć.
Od czasu gdy pani Maulle zamknęła za sobą drzwi od sypialni Lux, życząc jej słodkich snów, minęły zaledwie trzy godziny, lecz przepełnionej energią, młodej kobiecie, wydawało się, że leży sama w swoim łóżku od paru wieków. By zająć jakoś czas i jednocześnie przestać myśleć o swojej mocy, dziewczyna postanowiła wyjść na balkon, by się przwietrzyć. Stwierdziła, że jeśli chłodne, świerze powietrze nie przepędzi zadręczających ją myśli, to już nic tego nie zrobi.
Postąpiła, tak jak postanowiła i po chwili otwierała już duże, szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz. Od razu objęła ją rześkość czystego, niczym niezepsutego, demaciańskiego wiatru, przylatującego tu znad północy. Luxanna odetchnęła pełną piersią.
- Tego mi brakowało… - wyszeptała, uśmiechając się z błogością.
Czując, że jej ciało zaczyna przemarzać, sięgnęła po swoją, srebrno-niebieską podomkę z kożuchem po wewnętrznej stronie, która jak zwykle leżała na oparciu krzesła stojącego  przy stoliku, zaraz obok wyjścia na balkon. Założyła na siebie okrycie i przycisnęła je do siebie, pozwalając by miękki puch rozgrzewał jej ciało.
Noc była niesamowita. Po niebie nie płynęła ani jedna, nawet najmniejsza chmurka, a gwiazdy odgrywały swój nieziemski taniec, mieniąc się i ukazując drugą, piękniejszą stronę mroku, który następuje po zmierzchu.
Wtedy, rozmyślając tak o gwieździstym sklepieniu, Lux przypomniała sobie, jak czasami lubiła się wymykać na dach swojego domu, by widzieć cały nieboskłon i podziwiać błyszczące w oddali punkty.
Dziewczyna rozejrzała się dokoła, a widząc, że w pobliżu nikogo nie ma, podeszła do lewego brzegu balkonu, gdzie na stalowych kratach rosły pnące, czerwone róże. Bez większego namysłu czarodziejka chwyciła za pręty i śmiejąc się pod nosem ruszyła w górę, by po chwili być już na budynku. Wtedy dopiero poczuła, że naprawdę jest sobą i że nie musi się niczym martwić. Położyła się na zimnej powierzchni dachu, izolując ją od siebie podomką, a następnie zaczęła marzyć. „A co by było gdybym, nie miała swojej mocy? Czy robiłabym to samo co teraz? Czy wstąpiłabym do armii jak Garen? A co gdybym postanowiła wtedy opuścić Demacię i w pełni oddać się magii, z którą się urodziłam?” rozmyślała Lux. Te nagłe potoki myśli, były jak obmycie twarzy zimną wodą z rana. Tego właśnie potrzebowała. Chwili spokoju i momentu, w którym będzie w końcu mogła wziąć oddech.
W pewnym momencie czarodziejka usłyszała czyjś głos, a po nim kolejny i kolejny. Nie należały one do nikogo z jej rodziny. Należały one do dzieci, ale mimo, że w jej domu nie było ani jednego, ona i tak czuła, że skądś je zna. Po chwili ja olśniło. To był Olivier, a z nim reszta dzieciaków z jego pokoju. Otóż, ten chłopiec był od urodzenia podopiecznym lokalnego sierocińca, założonego około czterdzieści lat temu, przez ciotkę Lux, Larissę. „Tak dawno ich nie widziałam” pomyślała dziewczyna, a następnie zebrała się w sobie i paroma zgrabnymi ruchami ześlizgnęła się po stromym zboczu domu na chodnik. Nie sprawiło jej to większego kłopotu, ponieważ odkąd w wieku dziewięciu lat po raz pierwszy wymknęła się w nocy z domu, jej umiejętności w bezszelestnym i szybkim przemieszczaniu się wokół budynku znacząco się poprawiły.
Chwilę później gromadka dzieci wysunęła się zza rogu. Spośród nich najstarszy był właśnie dziesięcioletni Olivier, a najmłodsza pięcioletnia Silma, która po ujrzeniu swojej ukochanej, najulubieńszej dorosłej, pisnęła radośnie i podskakując podbiegła do Lux.
- Wróciłaś, wróciłaś! – krzyczała mała
- Ciii, Sil. Nikt nie wie, że tu jestem.
Wtedy cała zgraja rzuciła się na dziewczynę, by wyściskać ją najmocniej jak się dało. To była największa zapłata, jaką czarodziejka mogła sobie wymarzyć, za parę lat spędzonych na opiece i nauce dzieci z sierocińca. Dlatego też żadne z nich nie zdziwiło się jak z oczu ich autorytetu pociekły łzy szczęścia i wzruszenia. Jasnowłosa ściskała, i całowała każdego, mówiąc przy tym jak bardzo wyrośli, lub jak pięknie wyglądają. Po wszystkim odezwał się Olivier:
- Nie wiedzieliśmy, że wróciłaś. Czemu do nas nie przyszłaś?
- Wiesz, nie miałam za dużo czasu ostatnio, ciągle jakieś wyjazdy i misje. Czasami nawet nie zdążyłam się rozpakować, a już musiałam jechać gdzieś indziej – mówiła, ocierając łzy i śmiejąc się Lux – a tak w ogóle to co wy robicie o tak późnej porze na zewnątrz?
Cała gromada nagle ucichła i każdy zaczął patrzeć w ziemię i odwracać wzrok od czarodziejki. Wszyscy wstydzili się odpowiedzieć.
- Oj nie martwcie się – Lux nachyliła się and dziećmi – nic  nie powiem, pani Gilldrough, jeśli wy nikomu nie powiecie, o tym kogo dzisiaj spotkaliście. Umowa stoi?
- Stoi! – wyszeptały, lecz dosyć donośnie dzieci, a następnie  zaśmiały się cicho, widząc po raz pierwszy jak dorosły łamie zasady. Co prawda dziewczyna mogła wyjść o każdej porze, lecz dla tych pociech wyjście po dwudziestej z domu dziecka było czymś na skalę ucieczki z więzienia Billiego Bertsa z historii, które często opowiadał swoim współlokatorom Olivier.
Czarodziejka, namyśliła się chwilę, a następnie powiedziała:
- Macie ochotę zobaczyć coś naprawdę superowego?
- Tak! – wykrzyknęły cały czas szeptając dzieci.
- To chodźcie.
Całą gromadą przemknęli między patrolującymi strażnikami, aż do parku znajdującego się nieopodal. Lux kazała wszystkim położyć się na trawie tak, by widzieli dobrze niebo. A kiedy każdy leżał już wygodnie na trawniku, dziewczyna stanęła pomiędzy nimi i unosząc ręce do góry, wysłała pojedynczą wiązkę światła, która po dotarciu na odpowiednią wysokość wybuchła, ukazują najróżniejsze mieszaniny barw i odcieni. Kolory wirowały na niebie tworząc różne kształty, które w połączeniu z błyszczącymi gwiazdami, dawały efekt, którego nie dało opisać się zwykłymi słowami.
 Każde z dzieci zachwycone magią, jaką przed chwilą ujrzały, prosiły Lux o więcej. Niestety Pani Jasności nie mogła sobie pozwolić na to, by ktoś złapał ją na gorącym uczynku, więc jak najszybciej zebrała wszystkich i  wymijając zdezorientowanych żołnierzy pobocznymi uliczkami, dotarli bezpiecznie pod sierociniec. Tam czarodziejka pożegnała swoich dawnych podopiecznych, a następnie sama wróciła do domu.

Kładąc się z powrotem do łóżka, Lux czuła, że tej nocy nie będzie już miała problemów z zaśnięciem.

14 kwi 2017

Miss Fortune [15] - Bez Trupów nie ma łupu

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Czerwonowłosa kobieta rozglądała się po brudnym nadbrzeżu Bilgewater, wdychając okropny smród alkoholu i zgnilizny. Jej obcasy głośno stukały o dziurawy drewniany pomost, gdy pewnym krokiem zmierzała w stronę swojego statku, który odpływał za kilka minut. Zatrzymała się przy słupie przygasającej latarni, by zerwać kolejny list gończy, które za złoczyńcami wysyłała Rada Łowców Głów. Ostatni raz przypatrzyła się szkarłatnemu profilowi pirata, którego życia miała zamiar odebrać w ciągu najbliższych godzin.
Weszła po skrzypiącym trapie na pokład i stanęła na skraju prawej burty. Gęsta mgła unosiła się w powietrzu, ograniczając widoczność, przykrywając pobliskie wysepki. Powszechnie wiadomo było, że wypływanie w taką pogodę nie należało do bezpiecznych, jednak Miss Fortune nie mogła pozwolić, by niesprzyjające warunki atmosferyczne pokrzyżowały jej misterne plany. Okazja pojmania jednego z najgroźniejszych przestępców ostatnich czasów nie powtórzy się szybko.
Okręt ruszył. Kapitan stojący za sterami był najnowszym nabytkiem Łowczyni, do starannie wyselekcjonowanej załogi dołączył zaledwie kilka tygodni wcześniej. Wśród swoich cieszył się ogromnym szacunkiem i niesplamioną reputacją, jednak nie były to jedyne powody, dla których został wybrany. Nie zadawał zbędnych pytań, realizował wszystkie zachcianki swojej przełożonej. Przynajmniej tak długo, jak mu płacono.
Mistrzyni rewolwerów usłyszała za sobą niezgrabne kroki. Gwałtownie odwróciła się, by sprawdzić, do kogo należą. Zza masztu wyłonił się ciemnowłosy mężczyzna, którego niegdyś przystojną twarz przecinała głęboka i długa blizna.
- Ryfusie – rzekła ciepłym tonem – co tutaj robisz? Miałeś zaczekać na mnie w kabinie.
- Wiem, najdroższa – zrobił kilka kroków w jej stronę, wyciągając przed siebie dłonie – mijały jednak godziny… Nie mogłem dłużej wytrzymać, musiałem cię zobaczyć.
Kobieta westchnęła, gdy objął ją w tali i wyszeptał:
- Wiesz, że wyglądasz jeszcze bardziej olśniewająco bez warstwy zbędnego materiału? – zapytał, demonstracyjnie zahaczając palcem od brzeg jej niezwykle krótkiej spódniczki.
- Ale, kochanie– odparła stanowczo – oczy całej załogi zwrócone są w naszą stronę. Proszę, wróć do kajuty, zejdę zaraz za tobą i razem pozbędziemy się… tego – pociągnęła delikatnie za kołnierzyk jego białej koszuli, po czym wyswobodziła z uścisku i wykonawszy zmysłowy piruet, odwróciła się twarzą w stronę kochanka.
Uwodzicielski uśmiech, który mu posłała, zdziałał cuda. Pirat odwrócił się na pięcie i ruszył ku zejściu prowadzącym pod pokład.
Wielu znało tajniki uwodzenia Miss Fortune, stały się tematem niezliczonych, przekolorowanych opowieści. Nikt jednak nie potrafił się im oprzeć, co gwarantowało Łowczyni Głów ogromną dowolność w wyborze partnera.
Głupkowaci marynarze uważali, że zmieniała ona obiekty westchnień jak rękawiczki z czystej rozpusty i pragnienia przyjemności, prawda była jednak całkowicie inna. Romanse miały to do siebie, że niejednokrotnie rozwiązywały języki.
Dzięki niczego nieświadomym kochasiom pozyskała wiele cennych informacji. Poznawała lokalizacje kwater przemytników lub uciekających przestępców, ale co najważniejsze, poszerzała swoją wiedzę o działalności niezwykle sprytnego Postrachu Siedmiu Mórz.  
Ryfus nie różnił się od pozostałych. Pewnej nocy w taniej gospodzie, pragnąc pozostać lojalnym wobec ukochanej, wyjawił plany najbliższego współpracownika Gangplanka, których realizację miał rozpocząć w noc najbliżej pełni.
Pewna sukcesu Miss Fortune wypłynęła więc z załogą na otwarty ocean, pragnąc zakończyć kolejny żałosny żywot.
Mgła nieco się przerzedziła, a czerwonowłosa powróciła do obserwacji niespokojnej tafli wody. W ciągu najbliższych kilku minut powinna ujrzeć niewielki okręt, którym przemieszczał się jej cel. Sięgnęła po leżącą nieopodal lunetę i wytężyła wzrok.
Zgodnie z przewidywaniami, drewniana łajba wyłoniła się zza linii horyzontu.
- Przygotujcie działa – zwróciła się do jednego z majtków.
- Oczywiście, pani.
Statek Łowczyni Głów należał do jednych z najlepiej uzbrojonych w całym Bilgewater. Wyposażony w hextechowe armaty prosto z Piltover siał postrach na morzach otaczających wyspy.
Plan mistrzyni rewolwerów nie był skomplikowany ani szczególnie trudny w realizacji. Opierał się na ataku z zaskoczenia. Jej przeciwnicy niczego się nie spodziewali. Wystarczyło tylko użyć broni w odpowiednim momencie, by zatopić wrogów.
Podpłynęli bliżej, a gdy znaleźli się w odpowiedniej odległości, rozległ się pierwszy huk. Kule nie trafiły. Ostrzelany żaglowiec nabrał prędkości, oddalając się nieco. Wiedzieli, co się święci.
Nikt jednak nie był w stanie uciec niezwykle szybkiemu okrętowi Miss Fortune i sterującemu nim kapitanowi. Bez wahania rozpoczęli pościg.
Kolejne pociski utkwiły w drewnianej burcie, wyrządzając ogromne szkody. Kompania kobiety zyskała ogromną przewagę, którą wykorzystała, niszcząc maszty wroga większą ilością amunicji.
Przyszedł czas na abordaż. Załoga porwała broń i za pomocą plecionych lin dostali się na płonący pokład współpracownika Gangplanka.
Czerwonowłosa stanęła w samym środku bitwy. Wzięła do ręki śmiercionośne pistolety i kilkakrotnie pociągnęła za ich spusty. W jednej chwili drewniana powierzchnia pożerana przez zabójcze płomienie, pokryła się ciałami, nie chybiła ani razu.
Do zabicia pozostała już tylko jedna osoba, jednak młodego mężczyzny nigdzie nie było widać. Nieco poirytowana zabójczyni zeszła na poziom kajut załogi, rozglądając się uważnie dookoła.
- Szukasz kogoś, Sarah? – rozległ się nisko głos za jej plecami.
- Wydaje mi się, że już znalazłam – odpowiedziała szyderczo, oddając strzał w lewą nogę pirata. – Gdzie jest Gangplank?
- Nigdy… się nie dowiesz – wysyczał głosem przepełnionym bólem.
- Jak mi przykro -  kolejna kula trafiła w dolną kończynę. - Zła odpowiedź. Pozwól, że ponowię pytanie. Gdzie jest Gangplank?
- Nie… Nie wiem.
- Kłamiesz – wystrzeliła trzeci raz.
- Nie! Ja… n… na… prawdę nie wiem.
- Cóż, czyli nie będzie z ciebie pożytku. Rada Łowców Głów bardzo chętnie przyjmie twoją głowę.
Oba pistolety wypaliły w tym samym momencie, pociski zatopiły się w klatce piersiowej ofiary, ostatecznie pozbawiając ją życia.
- Szczęście nie sprzyja głupcom – rzekła, zdmuchując dym, wydobywający się z luf.

7 kwi 2017

Vladimir [14] - Rzeki spłyną krwią

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Odgłos ciężkich butów wypełniał korytarz noxiańskiego pałacu. Po częstotliwości uderzeń obuwia o podłoże, można było stwierdzić, że ich właściciel biegł. Był on na tyle donośny i wyprowadzający ze spokoju, iż obudził on każdego śpiącego dworzanina, w tym samego Vladimira. Otwarł on swoje krwistoczerwone oczy i podniósł się na łożu, tworząc między tułowiem, a nogami kąt prosty. Wsłuchiwał się w każdy kolejny dźwięk dobiegający zza drewnianych drzwi, czekając, aż gburowaty posłaniec bez pukania wtargnie do jego komnaty. Z każdą kolejną sekundą zapach płynącej pod dużym ciśnieniem krwi docierał do nozdrzy maga z coraz większą siłą. Wtem wrota otworzyły się z hukiem. Głowa Vladimira z niewiarygodną prędkością zwróciła się w stronę intruza, a przepełnione złością i poirytowaniem oczy Żniwiarza przeszyły go na wylot. Mężczyzn w drzwiach zawahał się, lecz po chwili odrzekł lekko zdyszany.
- Lord Swain wz… 
- Kto ci pozwolił nachodzić mnie w moim pokoju bez mojego pozwolenia? – wysyczał wyraźnie zdenerwowany Vladimir.
- Ja tylko… Bo on kazał… - bełkotał wystraszony posłaniec
Wtedy zwinnym ruchem czarodziej przełożył nogi na drugi koniec łóżka i jednym susem doskoczył do zdębiałego mężczyzny, łapiąc go za szyję. Zbliżył do niej swój nos i zaciągnął się głęboko.
- Ah… wyssałbym cię do ostatniej kropli, szczególnie że twoja krew pachnie tak smakowicie… – odchylił głowę, by spojrzeć mu prosto w przekrwione, błękitne oczy, przepełnione strachem i wizją nagłej, bolesnej śmierci -…no ale można z tobą zrobić jeszcze wiele różnych, innych rzeczy – wyszczerzył do niego swoje białe zęby w dwuznacznym uśmiechu. Przyglądał się młodzieńcowi przez chwilę – skoro już tu jesteś, to przekaż co masz do powiedzenia, zanim zmienię decyzję.
Żołnierz zawiesił się na chwilę, lecz kiedy hemomanta zaczął wydawać dźwięki tykającego zegara, oprzytomniał.
-Lord Swain prosi mości pana o bezzwłoczne przybycie do jego pałacu – powiedział, wręcz recytując. Zaskoczony Vladimir złapał go za ramię, spojrzał na niego przenikliwie, a następnie ruchem głowy odprawił posłańca, lecz zanim ten zdążył wyjść, mag nakazał mu przyjść dzisiaj wieczorem. Odradził mu zapominanie.
Dopiero, kiedy posłaniec skręcił  za rogiem długiego korytarza, hemomanta zamknął drzwi, spuszczając z niego wzrok.

Pomiędzy kamiennymi murami jedyne światło dawały świece, których blask był tak bardzo uwielbiany przez Żniwiarza. Niektóre już prawie się wypaliły, więc rozkazanie sługom ich wymiany stało się nieuniknione.

Mężczyzna stanął po środku pomieszczenia, a następnie skupił swoją uwagę na zaklęciu. Kiedy był gotowy, przemienił się w plamę krwi i swobodnie przedostał przez nieszczelne mury pałacu. Płynął w suchej ziemi Noxus, zmierzając w stronę wielkiego budynku, w którym mieszkał Swain.

Tuż przed wrotami, Vladimir powstał z postaci czerwonego płynu z powrotem do ludzkiej formy, wywołując panikę i dezorientację przed strażnikami.
- Spokojnie panowie. Przecież nie gryzę… chociaż właściwie. – mężczyźnie spojrzeli na siebie ze strachem w oczach. Żniwiarz wyciągnął ręce ku górze i przekładając cały swój ciężar na prawą nogę, uderzył nią w chodnik, a z jego ust wydobyło się teatralne "buu". Biedni tchórze wypuścili z rąk włócznie i kuląc się na ziemi, zaczęli błagać o litość. Hemomanta tylko zaśmiał się szyderczo i przeszedł między nimi do wnętrza pałacu.

Ciemne korytarze oświetlane jedynie przez kolorowe witraże, najczęściej pokazujące wydarzenia z historii Noxus, doprowadziły maga do Swaina. Stał on na balkonie, patrząc na piękne widoki, jakie sobie zafundował, podczas kupna tej posiadłości. Na jego ramieniu, siedziała spokojnie Beatrice -  czterooki kruk Taktyka. Byli bardzo z sobą zżyci. Tak naprawdę oddzielnie widywano ich tylko, kiedy ptak wykonywał zadanie zlecone mu przez jego pana.
-Witaj Vladimirze – powiedział luźnym tonem jego przyjaciel – jak się pewnie domyślasz mam dla ciebie zlecenie i tym razem najlepiej jakbyś zabrał się za jego wykonanie od razu.
Hemomanta spojrzał zaciekawiony na Swaina i mimiką twarzy poprosił o więcej informacji.
- Jest to grupa spiskowców, planująca zdemaskować i obalić Czarną Różę. Są bardzo przebiegli. Jedyne co wiem to, że posiadają jakąś specjalną broń, o której nie wiemy, no i to, że spotykają się gdzieś w Mrocznym Lesie.
-Hmh… rozumiem. Co prawda spodziewałem się czegoś ciekawszego, no ale skoro nic innego nie masz to niech będzie. Tylko jaka będzie zapłata?
Swain odszedł od poręczy i stanął przy dużym, pozłacanym kufrze. Następnie kopnął go, wywracając  i tym samym wysypując ogromną ilość złotych monet.
- Bardzo nam na tym zależy, więc lepiej, żeby ci się powiodło -Vladimir z niemałym zaskoczeniem spojrzał na pieniądze, po czym zwrócił twarz do Swaina.
- Spotkamy się jutro w południe. Będzie już po wszystkim.
- Mam taką nadzieję.
Vladimir jeszcze raz spojrzał na skrzynię, a następnie wyszedł szybkim krokiem z budynku, zmierzając w stronę wysokich drzew na północ od Głównej Bramy.

Flora tutaj była naprawdę dziwna. Rośliny przybierały nienaturalne kształty. Bywały powykrzywiane w zygzaki, albo zupełnie proste. Czasem kora drzew miała fioletowy kolor, czasem był to odcień żółtego, ale zawsze biła od nich śmierć. Nie był to taki magiczny las z wróżkami i jednorożcami, jakie często spotykano w bajkach na dobranoc. Przypominał on bardziej jakieś przeklęte miejsce, o którym nie powinno się nawet wspominać.

Hemomanta nasłuchiwał. Próbował wyłapać jakikolwiek szmer lub odległy głos. Nic. Pustka. Żaden nawet najcichszy dźwięk. Nie było to dla niego wielkim zdziwieniem. Prawdę mówiąc bardziej byłby zaskoczony, gdyby coś takiego usłyszał. Zwierzęta musiały uciekać z tego terenu. Brutalność noxian i ich zniewaga do natury, wypędziły całe życie z lasu. Niezliczone próby manipulacji magią i ciągłego jej zmieniania wpłynęły na tutejszą roślinność. Stałą się ona w wroga dla ludzi. Nie można było już spotkać, żadnego kwiatu, czy drzewa, które w jakiś sposób nie mogłoby zranić.
Mag ruszył na przód.  
Poszukiwania nie trwały bardzo długo. Jakiś chłopak ubrany w ciemny płaszcz, nieporadnie próbujący nie wydawać dźwięków, zaprowadził Vladimira wprost do miejsca spotkań przeciwników Czarnej Róży. Teraz pójdzie jak z płatka. Kiedy młody mężczyzna zakrył wejście do wykopanej w ziemi nory, Czarownik po raz kolejny przemienił się w kałużę krwi i lada moment był pod ziemią otoczony ludźmi w przedziale od trzynastego do czterdziestego szóstego roku życia. Sześć kobiet, jedenastu mężczyzn.
Hemomanta uśmiechnął się szyderczo, a następnie z jego dłoni wylały się dwa strumienie ohydnej, bordowej krwi, oblewając każdego członka organizacji spiskowej. Każdy z nich machał rękami próbując powstrzymać ciecz, lecz ciśnienie pod jakim wypływała z rąk Vladimira, było zbyt silne. Po chwili mag zacisnął pięści, przerywając wylew krwi. Raz. Otrząsnęli się. Dwa. Wiedzieli co się zaraz wydarzy. Trzy. Potoki krwi zostały wyrzucone z ciał nieszczęśników, natychmiastowo ich zabijając. Czerwień zatoczyła nad hemomantą dwa kręgi, by następnie zostać przez niego wchłoniętą. Mag odetchnął i rozejrzał się dookoła, by sprawdzić czy jest tutaj cokolwiek co mogłoby mu się przydać do badań, lecz niestety nic takiego nie znalazł. Po raz ostatni spojrzał na dzieło jakiego dokonał, a następnie udał się do wyjścia.

31 mar 2017

Karthus [13] - Pocałunek Śmierci

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Po długich dniach podróży, Karthus przybył pod bramy Noxus w towarzystwie potępionych dusz. Zapomniał już jak wspaniałym miejscem były podmiejskie slumsy, pełne chorób i krwi, okryte zapachem śmierci.
Przekroczył kamienne mury, nucąc pieśni żałobne swojej młodości. Dzielnica bezwartościowej biedoty nic nie zmieniła się odkąd ją opuścił.
Spacerując między zrujnowanymi domostwami, zaglądał w każdą uliczkę, zatrzymując się przy gnijących w ciemnych zaułkach, ciałach.
Natknął się masowy grób, cuchnącą w środku miasta, usypaną z ludzkich pozostałości, stertę. Karbowi pełniący funkcję zbieraczy zwłok wciąż dokładali do niej trupy, najpewniej ofiary kolejnej okrutnej zarazy.
Jedną z nich była młoda dziewczyna, odziana w starą podartą sukienkę, której klatka piersiowa wciąż nierówno unosiła się i opadała, a twarz wyrażała niemiłosierne cierpienie, przez które musiała przechodzić. Licz nachylił się nad jej bezradnym obliczem, a ona delikatnie otworzyła usta, jakby pragnęła coś powiedzieć.
- Gdy serce przestanie bić, nadejdzie ukojenie. Zaśnij, dziecię – rzekł, nacinając swój kostur, a kobieta wydała swoje ostatnie tchnienie.
Zakonnicy nakryli nieboszczyka następnymi zwłokami, a Piewca Śmierci ruszył dalej, w głąb noxiańskiego dystryktu, w którym dorastał.
Nagle do jego uszu dotarła znajoma melodia, która z każdą sekundą stawała się coraz głośniejsza. Opustoszałe ulice wypełniły słowa Kołysanki Śmierci, lamentu zagubionych dusz.
Zmierzając w stronę swojego celu, trafił  na niewielki placyk, główne miejsce spotkań ludności zamieszkującej slumsy. Zazwyczaj tętniący życiem, tego dnia jakby wymarły.
Uwagę Karthusa przykuła, ubrana w łachmany drobna staruszka, zmorzona chorobą, siedząca nieco na uboczu, opierając się o kamienną ścianę. Powoli podszedł do kobiety, na tyle blisko, by usłyszeć jej cichy, łamiący się śpiew.
- Nie boję się ciebie – rzekła.
- Wszyscy śmiertelnicy obawiają się śmierci. Nie rozumiecie, jak wielkim darem jest. Uwalnia was od bólu i pokazuje prawdziwe piękno.
- Jestem gotowa.
- Dobrze. Zrzuć śmiertelną powłokę i dołącz do chóru umarłych. 
Jednym ruchem dłoni odebrał kolejne życie. Zostawił nic nie znaczące już ciało na ulicy, wcielając następną duszę do swojego legionu i ruszył dalej.
Niewielka odległość dzieliła go od domu rodzinnego, który opuścił jako młody człowiek. Nic nie trzymało go w tym okropnym miejscu, a pragnienie panowania nad śmiercią innych stworzeń było znacznie większe. Wystąpił więc w szeregi karbowych i udał się w niezwykle niebezpieczną podróż na Wyspy Cienia. W tym odizolowanym od świata miejscu, okrytym gęstą mgłą, posiadł ogromną wiedzę o ludzkim istnieniu i jego końcu, zetknął się najróżniejszymi stworzeniami oraz przybrał swoją ostateczną formę. Został nieśmiertelnym Piewcą Śmierci, władającym ogromną armią nieumarłych, do której wciąż dołączali potępieńcy.
Unoszący się nad ziemią Karthus zatrzymał się przed zniszczonym budynkiem, wspartą ociosanymi głazami, drewnianą konstrukcji. Zamiast drzwi wejście przysłaniała podarta tkanina, a okna zabite były deskami. Dziury w dachu od lat nie zostały zabezpieczone.
Wszedł do środka i skierował się do pomieszczenia na tyłach, niewielkiej sypialni, którą dzielił z całą rodziną. W rogu znajdował się podziurawiony, niewygodny materac, na którym kulił się z trudem oddychający mężczyzna, bełkocząc.
- S… Syn… Synu… W… Www… Wróć do… mnie.
Nagle powróciły wszystkie wspomnienia, chwile młodości uderzyły z ogromną siłą. Noce, gdy przekradał się przez zatłoczone pokoje, poszukując tych, którzy bliscy byli śmierci, by ujrzeć, jak uchodzi z nich życie. Wszystkie krzyki rodziców, którzy znaleźli swoje dzieci martwe.  Radosne gonitwy z siostrami po mieście, aż w końcu choroba.
Dni, które spędzał nad bezwładnymi ciałami najbliższych dłużyły się w nieskończoność. Dla ojca pogrążonego w smutku był przykładnym bratem, on jednak nie pragnął ulżyć ich cierpieniom. Godzinami obserwował, jak gasło światło w oczach każdej z nich. Poszukiwał w nich nikomu nie znanej wiedzy, tajemnic wieczności.
Piewca Śmierci otrząsnął się z opanowującej go nostalgii i rzekł:
- Twój czas nadszedł, ojcze. Zginiesz z mojej ręki i odrodzisz się lepszym.
Wyciągnął dłoń, a rażące światło otoczyło umierającego człowieka. Przeniknęło jego skórę, kości i wszystkie mięśnie, dotknęło samej duszy.
Karthus naciął swój kostur po raz kolejny, ostatecznie przypieczętowując tą chwilę.
- Spoczywaj w pokoju. 

Zostawił ciało ostatniego członka swojej śmiertelnej rodziny w chłodnym pomieszczeniu, spoczywające na starym łóżku, po czym opuścił Noxus w towarzystwie potępionych dusz. 

24 mar 2017

Master Yi [12] - Spokojny umysł potrafi przebić kamień


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Pomarańczowa tarcza przemieszczała się już ku linii horyzontu. Dzisiejszego dnia przesilenia letniego, jak co roku odbywało się to dokładnie między szczytami Kurio i Massanna. Zbocza gór oblane ciepłymi odcieniami czerwieni były jedną z licznych atrakcji, dla których zjeżdżano tutaj z najdalszych zakątków Runeterry. Jednak na Yi nie robiły już takiego wrażenia, jak za dzieciństwa. Nie potrafił tak jak kiedyś wpatrywać się w nie, dopóki ostatnie promienie słońca nie powierzyły nieba księżycowi. Jednak nadal odnajdywał w nich pewien rodzaj oczyszczającej energii, której często potrzebował, do odpędzenia myśli o zemście, której bardzo pragnął dokonać. Siła umysłu, jaką od wielu lat w sobie kształcił, nie mogła ustąpić tak prymitywnym zachowaniom.
Master Yi oddawał się właśnie codziennej medytacji, którą jak zwykle odprawiał w zbudowanej przez jego przodków, małej kapliczce. Nie posiadała ona nawet ścian, a jej głównym celem było właśnie oddanie się urokom natury i odnalezienie spokoju. Cztery marmurowe filary w kształcie cylindrów utrzymywały płytką kopułę wykonaną z czerwonej cegły. W jej wewnętrznej stronie widniały malunki mitycznych stworzeń, które miały sprawować opiekę nad świętym miejscem. W samym centrum sklepienia wisiał na łańcuchu lampion, wykonany prawdopodobnie przez któregoś z największych mędrców, jakich nieczęsto spotykano na tych terenach. To, co było niezwykłe w tym skromnym przedmiocie, to światło, które pojawiało się zawsze, kiedy nastawała ciemność. Nie ważne czy to przez noc, lub nawet najzwyklejsze zakrycie kaplicy, to za każdym razem, jakby przez magiczny włącznik, światło rozbłyskiwało w szklanej kuli zielonożółtym promieniem, który wraz z ukazaniem się słońca, bądź ognia, gasło zapadając się samo w siebie, by powrócić, kiedy znów będzie potrzebne.
Wojownik Wuju próbował w pełni oddać się odpoczynkowi i beztrosce, lecz przez jego myśli ciągle przesuwały się wspomnienia walk i ciał upadających z każdym precyzyjnie wymierzonym ciosem szermierza. Przypominał sobie każdy jęk konających mężczyzn i każdy ryk tych szarżujących. Spoglądał po raz kolejny na miejsca bitew z bezlitosną armią Noxus, której zarozumialstwo i pycha kazały plądrować napotkane wioski, mordować wszystkich zdrowych mężczyzn w pełni wieku, zabierać w niewolę młode dziewczyny, a czasem nawet i matki, by później sprzedać je jakimś zamożnym szlachcicom lub wykorzystywać, jako sposób urozmaicenia czasu. Natomiast dzieci zwykle zostawiali na pastwę losu. Te trochę starsze często starały się pomagać reszcie, lecz cóż mogły zrobić bez pożywienia, zupełnie same, w miejscowościach czasami oddalonych o parę szczytów od innych skupisk ludności. Ostatnią, najbardziej zhańbioną grupą byli starzy i kaleki, z których zwykle durni żołnierze Noxus robili sobie pośmiewisko. Kazali robić im rzeczy, które były poniżej godności nawet tych najniegodziwszych.
Te wspomnienia napawały Yi gniewem, lecz wkład, jaki włożył w doskonalenie stylu Wuju i jednanie swojego ciała z duchem, pozwoliły mu na oddalenie uporczywych, złych myśli i ponowne rozluźnienie ciała, a tym samym wejście na głębszy stopień medytacji.
Po około godzinie słońce zamieniło się w półokrąg, chowając się po części za linię horyzontu. Wojownik kończył właśnie swoją dzienną dawkę odpoczynku i jedyne o czym teraz myślał, było czym się teraz będzie musiał zająć. Podczas tych rozmyślań, dotarło do Ioniańczyka to, czego teraz potrzebował.
Wtedy, jak co dzień po stopniach stromych schodów wykutych u zbocza wzniesienia, wspinał się Wukong, jedyny uczeń Mastera Yi. Miał on nadzieję, że kiedy przyjdzie, jego mistrz będzie już na chodzie i też to nawet przeczuwał, lecz na pewno nie spodziewał się tego, czym zaraz miał go zaskoczyć.
Ostatnie parę stopni dzieliło już ucznia od widoku budynku, a kiedy ten ukazał mu się przed oczami, był... pusty. Małpiszon zdębiał. „Przecież on zawsze tu jest.” pomyślał. Lekko zestresowany, ale także zaskoczony, postanowił, że ukryje się na pobliskim drzewie, które kończyło przekwitać i niedługo miało zacząć rodzić soczyste owoce. Małpi Król powoli i bezszelestnie przeskakiwał z jednej rośliny na drugą, cały czas wypatrując najmniejszego drgnienia. Krążył tak wokół kaplicy, nie wiedząc, co powinno zwrócić jego uwagę. Po krótkim namyśleniu postanowił, ze przyjrzy się miejscu z bliska. Zgrabnym ruchem opuścił się z gałęzi i delikatnie stanął na wilgotnej od rosy trawie. Wtedy zza jednego z filarów wyłonił się pędząc w jego kierunku mężczyzna. W pierwszej chwili Wukong nie wiedział kto to, lecz zaraz rozpoznał z kim będzie walczył.
- Broń się! – ryknął Yi i rzucił się na Konga, znikając do niematerialnego świata i wyłaniając się za plecami rywala. Ten już dawno przygotowany do walki, odparł cios szermierza i odskakując kawałek, stanął w pozycji obronnej.
- Czekałem na to – odparł prowokująco Małpi Król, a następnie biorąc zamach, skoczył ku szermierzowi. Ten dzięki szybkiemu refleksowi zdążył sparować atak, a następnie samemu przystąpić do działania. Wukong cały czas analizując miejsce, w którym się znajdowali, postanowił spróbować pokonać mistrza. Wyczekał moment, aż ten zaatakuje i wtedy przytrzymując miecz przeciwnika swoją bronią odepchnął go na całkiem sporą odległość, by zdobyć trochę czasu na pozostawienie swojego klona. Kiedy podobizna małpiszona czekała na przystąpienie do ataku wojownika, Kong jednym szybkim susem wskoczył na jedno z drzew. Dwa kolejne skoki zmieniły jego pozycję, tak że znajdował się na wprost za plecami Mastera Yi. Kiedy sobowtór znikł w białej chmurze, wymachując swoim kosturem, jego pierwowzór zeskoczył z rośliny celując w swojego mistrza. Wtedy miecz szermierza Wuju zalśnił, a cała jego sylwetka rozpromieniła zielonym blaskiem. Rzucił się on na nic niespodziewającego się Wukonga i jednym ciosem powalił go na ziemię. Następnie zostawił ucznia na mokrej trawie, a sam poszedł z powrotem do kaplicy.
Małpi Król leżał chwilę obolały, a kiedy wstał, podszedł do mistrza. Otworzył usta, by wytłumaczyć się z odniesionej klęski, lecz Master Yi odparł przed nim:
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć. Przed tobą długa droga na szczyt…, ale nie martw się. Kiedyś go zdobędziesz – mówił  układając się do ponownego odpoczynku. Musiał zregenerować siły po walce, by w razie potrzeby być w pełni gotowości.
- Tak właściwie to… - zaczął Kong.
- Ciii…Medytuję  - przerwał mu zabójca, pogrążając się w zamyśleniu.
Wukong spojrzał na szermierza z lekkim podenerwowaniem, lecz zaraz potem westchnął i ruszył w stronę stopni na zboczu wzgórza.

Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy wojownika Wuju zawitał prawie przez niego zapomniany, szczery i ciepły uśmiech.


Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D

17 mar 2017

Ekko [11] - Rzeczy same się nie polepszą

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Mały chłopiec przemierzał sam ulice Zaun, wdychając toksyczne opary, produkowane przez pobliskie fabryki. Miasto spowiła ciemność, zabrudzone deptaki opustoszały. Głuchą ciszę co jakiś czas przerywał męski chichot, odbijający się echem od ścian zniszczonych budynków.
Troskliwi rodzice dziecka zabraniali mu przebywać późnym wieczorem poza domem, Miasto z Żelaza i Szkła nigdy nie należało do najbezpieczniejszych. Przestępcy zdolni do niewyobrażalnych czynów kryli się wszędzie, w podziemiach, tunelach i zaułkach. Wystarczyło pojawić się w złym miejscu o złej porze, by stracić życie.
Jednak odkąd Ekko wynalazł Napęd Zero, cudowne urządzenie pozwalające zakrzywiać czasoprzestrzeń, nie obawiał się niczego.
Trzymając dłoń na mechanizmie, gotowy w każdej chwili go uruchomić, minął Rynek Graniczny, jedyne miejsce, gdzie w barach i klubach wciąż toczyło się życie. Młodzi mieszkańcy Piltover często się tu pojawiali, chcąc uciec od natłoku obowiązków i pracy, by nieco odpocząć i rozerwać się.
Przekroczył jeden z wielu mostów, po kilku minutach znalazł się w niższej części Zaun. Wycieczka powoli zbliżała się do końca, kilkaset metrów dzieliło chłopca od ukochanego domu.
 Jednak gdy młody wynalazca znalazł się na ostatniej prostej, usłyszał charakterystyczny damski śmiech, dźwięk, którego nie da się zapomnieć. Zaunita był świadomy wielkiego niebezpieczeństwa, które czaiło się za rogiem, jednak chęć zobaczenia dziewczyny ponownie była większa. Wbrew wszelkim zasadom skręcił w wąską uliczkę i żwawym krokiem ruszył przed siebie.
Nagły huk wystrzału rozległ się po całej okolicy. Ekko wiedział, że nim przybędą siły porządkowe, kryminalistka zdąży uciec. Bez wahania wyszedł na szeroką aleję handlową, gotów się z nią zmierzyć.
Stanął na przeciwko Jinx, pochylającej się nad dwójką mężczyzn w średnim wieku. Jeden z nich leżał bez ruchu w kałuży własnej krwi, najpewniej martwy, a drugi, również ranny, starał się spożytkować wszystkie swoje siły, by uciec, powoli czołgając się po ulicy.
- Chyba zapomniałam czegoś zastrzelić – burknęła pod nosem, mierząc z Rybeńki do wciąż żywej ofiary. – Ostatnie słowa? Ha ha ha! Po prostu zdychaj! – krzyknęła, naciskając spust swojej broni.
Mimo, że nie było szans na przywrócenie życia nieoddychającemu mieszkańcowi, wciąż mógł ocalić jego towarzysza. Chłopiec działał szybko. Uruchomił Napęd Zero, za pomocą którego cofnął nieco czas. Znów ujrzał biednego człowieka, próbującego oddalić się od niebieskowłosej przestępczyni, mierzącej w jego stronę z rakietnicy.
- Chyba zapomniałam czegoś zastrzelić. Ostatnie słowa? Ha ha ha! Po… - nim Wystrzałowa Wariatka skończyła swoją kwestię, łobuz znalazł się między nią a leżącym na ziemi osobnikiem, niczym żywa tarcza. Ciało dziecka przeszył niewyobrażalny ból, gdy przebił go ciemny pocisk.
Wziął głęboki oddech, po czym sięgnął do wspaniałego wynalazku i w mgnieniu oka powrócił do korzystniejszego punktu w czasie. Tym razem przygotował plan, nie był jednak pewien, jak zadziała. Na szczęście nie musiał się tym martwić, miał nieskończoną ilość prób.
- Spluwy. Jakże oryginalnie – rzekł, spluwając na deptak, próbując zwrócić na siebie uwagę. – Namieszałaś już wystarczająco, Jinx.
- Och Ekko, mój drogi Ekko… Słyszałam, że spotkałeś swój paradoks. Dobrze się razem bawiliście?! – wycedziła, śmiejąc się szyderczo, po czym zwróciła się do wyrzutni – Rybeńko, przyszedł czas, by siać zniszczenie!
- Wiesz, podobałaś mi się, zanim zaczęłaś gadać do pukawki.
Pierwsza część strategii chłopca powiodła się, skutecznie zmienił obiekt zainteresowania dziewczyny.
- Zaczynasz mnie nudzić… - rzekła, biorąc do ręki działko obrotowe.
Młody wojownik chwycił swoją broń i wykonał parę płynnych ruchów nadgarstkiem, przecinając powietrze. Niebieskowłosa zwróciła lufę karabinu w jego stronę, nie zdążyła jednak oddać strzału. Wynalazca był znacznie szybszy, w ułamku sekundy znalazł się obok i obezwładnił bandytkę kilkoma szybkimi ciosami.
- Nie możesz zrobić mi krzywdy – zaszlochała teatralnie, podnosząc się z ziemi i otrzepując pył z licznych, powierzchownych ran. – Przecież to ja jestem królową zniszczenia!
Gdy spoglądał na bezsilną zabójczynię, w głowie Zaunity zrodziło się wiele myśli i jedno ważne pytanie. Nie powinien puścić jej wolno, mimo, że bardzo tego pragnął. Wiedział, jak tragiczny w skutkach może być jego wybór. Jednakże wciąż rządziły nim silne uczucia, które kiedyś do niej żywił.
- Nie wygrasz z czasem, Jinx. On jest po mojej stronie.
Z głębi miasta zaczęły dochodzić odgłosy zbliżających się służb porządkowych. Łobuz rozejrzał się dookoła, szukając poszkodowanego mężczyzny. On jednak zniknął, pozostawiając za sobą ciało towarzysza i niebezpieczną wariatkę. Ekko miał tylko nadzieję, że zorganizował mu wystarczająco czasu na ucieczkę.
- Zbliżają się gliny. Radzę ci znaleźć dobrą kryjówkę – rzekł cicho, po czym skręcił w wąską uliczkę i żwawym krokiem ruszył wzdłuż niej.

Gdy odwrócił się, by po raz ostatni spojrzeć na brutalną piękność, zobaczył opustoszały deptak zalany krwią i kilka zużytych naboi, leżących obok ciała. 

10 mar 2017

Diana [10] - Wybranka Księżyca

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Słońce właśnie zaszło, kiedy Diana weszła do jednej z niedawno odkrytych przez nią świątyń. Wojowniczka zatrzasnęła za sobą ogromne kamienne wrota, a następnie odszukała znak, który potrzebowała do całkowitego ich zamknięcia. Gdy dostrzegła wydrążony w skale symbol, przyłożyła do niego czoło i wymówiła stare zaklęcie, które poznała, przeszukując kaplicę. Znajdowało się w jednej z ksiąg poświęconym czarom od wieków wymyślanych przez wyznawców Księżyca.
Diana odwróciła się i spojrzała przed siebie na wyniesiony pośrodku budynku krąg. Srebrny dysk wzniósł się prostopadle do centrum podestu. „Zaczęło się” pomyślała kobieta, a następnie ruszyła spokojnym krokiem, skłaniając głowę przed boskością, jaka znajdowała się na niebie. Wkraczając do oświetlonego koła, wojowniczka poczuła energię przepełniającą jej drobne ciało. Musiała skupić swoją uwagę na tym, by ta moc nie spowodowała nagłej i okrutnie bolesnej śmierci, która czekała każdego, kto nie był wystarczająco silny, by dać radę wejść na ołtarz podczas pełni i spojrzeć w tarczę Księżyca. Kobieta czuła, że jeśli zaraz tego nie zrobi, to On posili się jedynie jej duszą. Śmierć jedynej jego wyznawczyni oznaczałaby to koniec historii tej religii i mocy, jaką ze sobą niosła.
Wraz z momentem, kiedy szare oczy Diany podniosły się nagle, patrząc prosto na biały dysk, ten wysłał na ziemię promień, który oślepiłby każdego, kto znajdowałby się w tym momencie w świątyni, lecz gdyby wojowniczka odwróciła wzrok, umarłaby spalona przez światło Księżyca. Czuła, że jej ciało nie wytrzymywało siły, z jaką srebrny dysk napierał na nią, lecz ona dobrze wiedziała, że była to tylko próba, że On chciał sprawdzić, czy jest godna. Jej przypuszczenia były trafne.
Chwilę później światło przestało być rażące, a stało się przyjemne i sprawiło, że kobieta poczuła ciepło i opiekę, jaką Księżyc ją otaczał. Stopy Diany oderwały się od kamiennej podłogi, a ona sama pofrunęła wraz z promieniem w górę. „Zamknij oczy” usłyszała w głowie i posłusznie wykonała polecenie. Minął pewien czas. „A teraz otwórz” znowu odezwał się głos jej jedynego przyjaciela. Kobieta rozejrzała się dookoła miejsca, w które się przeniosła. Było tam zupełnie ciemno i zimno. Diana szukała czegokolwiek co mogłoby wskazać jej gdzie się znajduje, lecz stało się to dopiero, kiedy ruszyła się z miejsca. Usłyszała cichy szmer i poczuła przesunięcie się gruntu pod jej stopami. Od razu uklękła, by przekonać się czy jej przypuszczenia były trafne, a kiedy dotknęła podłogi. była pewna.
„Shurima” wyszeptała, a wraz z wypowiedzeniem tych słów na ścianach prostokątnego pomieszczenia rozpaliły się kryształowe znicze, ukazują Dianie to, co On chciał jej przekazać. Na każdym kamiennym bloku, budującym to miejsce, były wypisane hieroglify przedstawiające całą wiedzę, jaką dotąd posiedli kultyści Księżyca.
Kobieta zrozumiała, że musi tu dotrzeć, by opanować całkowicie moc, jaką została obdarzona. Wojowniczka odwróciła się, by zobaczyć obraz kwiatu o białych płatkach, wyryty na ścianie krypty. „To jaśmin Diano. Jaśmin.” Odrzekł jej przyjaciel. Kobieta nie rozumiała jakie znaczenie miał ten rysunek i żałowała, że nie potrafiła odpowiadać Księżycowi. Zawsze jej tego brakowało, lecz teraz musiała się skupić na czymś innym. Domyślała się, że zostało już mało czasu zanim światło wpadające do świątyni na Targonie, przestanie oświetlać wyniesiony krąg. Musiała działać szybko. „Jeśli to jest świątynia księżyca, to na podłodze musi być miejsce do odprawiania rytuałów” pomyślała i wbiła w ziemię swój zaokrąglony miecz, odrzucając piasek na boki i odsłaniając przy tym koło na podłodze, w którego środku znajdowało się widoczny ołtarz, na którym składano ofiary. Lecz do czego miałby być jej potrzebny kwiat.
W tej samej chwili Diana poczuła, jak promienie nagłego, rażącego światła otaczają ją, pojawiwszy się znikąd. Kiedy znów mogła widzieć, była już z powrotem w świątyni. Resztki dachu zasłoniły promienie dobiegające od srebrnego dysku, przywołując kobietę na Targon.
Wojowniczka usiadła, opierając się o jedną ze ścian budynku myśląc nad tym jak mogłaby rozwiązać zagadkę tego kwiatu, lecz nie trwało to długo, bo znak na jej czole zaczął lśnić ukazując jej wizję tego co działo się w Północnej Świątyni. Znajdowała się ona najbliżej jakiejkolwiek ludności, lecz i tak była dobrze ukryta w jednej z dolin. Ktoś się tam włamał, prawdopodobnie, by okraść budynek z jego cennych artefaktów.
Diana rzuciła się w stronę okręgu w centrum świątyni. Stanęła mocno na nogach i wzięła zamach swoją bronią, wysyłając w stronę dachu czystą moc księżyca, krusząc kawałek kamiennego bloku, a tym samym pozwalając srebrnym promieniom dać jeszcze trochę energii wyniesionemu ołtarzowi. Kobieta skupiła całą swoją uwagę na miejscu, do którego wtargnęli nieproszeni goście i przemieniając się w jasną kulę energii w mgnieniu oka znalazła się w Północnej Świątyni.
Byli tam dwaj mężczyźni. Obaj stali zaraz przy kamiennych wrotach. Jeden z nich klęczał nad czymś co widocznie chciało mu uciec, ponieważ jego szybkie, nerwowe ruchy właśnie o tym świadczyły, drugi stał nad tym wyrywającym się czymś i właśnie zdejmował swoje brązowe, podarte spodnie. Żaden z nich nie zauważył Diany, a ona nie miała ochoty bawić się w pogaduchy, więc rzuciła się na przygłupich facetów, zabijając ich dwoma ciosami swojej broni. Nie zdążyli nawet dostrzec, co ich zabiło.
Wojowniczka spojrzała na ofiarę mężczyzn. Była to młoda dziewczyna, aktualnie bez koszuli.
- Nikt niegodny nie może wchodzić do świątyni - wypowiadając te słowa wymierzyła ostrze w nastolatkę.
- Proszę, nie – odpowiedziała, czołgając się w stronę wyjścia. Jej twarz wyrażała obrzydzenie, jak i wstyd, przeplatający się z ogromnym strachem. Kiedy znalazła się we wrotach, padło na nią światło księżyca. Wtedy Diana wszystko zrozumiała. Włosy półnagiej były śnieżno-białe.
- Jak masz na imię? – zapytała Diana, prawie nie otwierając buzi.
Srebrnowłosa patrzyła błagającym wzrokiem na oprawczynię, nie rozumiejąc do końca co się tak właściwie dzieje.
- Podaj swoje imię – ryknęła wojowniczka łapiąc dziewczynę za ramiona.
- Jasmine – wydyszała zaskoczona i przerażona szesnastolatka.
Pogarda Księżyca wyprostowała się , cały czas patrząc na przestraszoną nastolatkę, a następnie unosząc prawą brew powiedziała.
- Czeka cię długa podróż, moja droga.



Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D




3 mar 2017

Tryndamere [9] - To będzie rzeź


                              ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Co jakiś czas niewielkim pałacu znajdującym się w Rakelstate , stolicy Freljordu, odbywały się kilkugodzinne audiencje. Na wysokich tronach spoczywali władcy mroźnej krainy, przyjmując kolejnych poddanych, by pomóc im rozwiązać problemy, z reguły zwykłe błahostki.
Tryndamere wiercił się na swoim miejscu. Przystając na propozycję politycznego sojuszu, który przypieczętowany został małżeństwem z Ashe, Wybranką Avarosy, nie pragnął złotej korony ani chwały. Wciąż był barbarzyńcą, tęsknił za szałem bitewnym i niezmordowaną walką.
Mężczyzna odetchnął z ulgą, gdy strażnicy wyprowadzili z pomieszczenia ostatniego obywatela. Wstał z niewygodnego siedziska, po czym wraz z Lodową Łuczniczką udał się w kierunku ich prywatnych komnat. Idąc krok za kobietą, podziwiał jej niezwykłą grację.
W towarzystwie dwójki żołnierzy spacerowali szerokimi korytarzami, wypełnionymi kruchymi rzeźbami, którym najlepsi artyści nadawali kształt miesiącami, czasem nawet latami. Arcydzieła wywierały ogromne wrażenie na każdym, kto odwiedzał królewski dom.
Gdy dotarli do mieszkalnej części budowli , masywne drzwi zamknęły się za dwójką młodych ludzi, którzy rozeszli się w dwóch różnych kierunkach.
Po zawarciu związku podjęli wspólną decyzję o zamieszkaniu oddzielnie. Za wszelką cenę chcieli unikać jakichkolwiek zawirowań miłosnych. Oboje jednak wiedzieli, że w końcu przyjdzie moment, by spełnić swój obowiązek wobec królestwa, jakim było wydanie na świat potomka. Nie chcieli się tym martwić zawczasu, czas ich nie gonił.
Władca wszedł do swojej sypialni, ogromnego pomieszczenia rozświetlonego przez ogień, buchający w kominku. Napełnił drewnianą balię wodą, zrzucił znoszone ubranie i wygodnie ułożył się w wannie.
Powoli zbliżał się zachód słońca, jego delikatne promienie wpadające przez wysokie okna, rozświetlały pokój. Do wielkiej uczty pozostało niewiele czasu. Szybko więc zakończył relaksującą kąpiel, wziął do ręki brzytwę i precyzyjnie przystrzygł ciemny zarost.
Tego wieczoru przywdział odświętne szaty, przepasał ukochany miecz, a na głowę nałożył złotą koronę. Był gotowy na kolejne przyjęcie, których szczerze nienawidził.
Chwilę później zjawili się strażnicy, by odeskortować królewską parę do sali bankietowej. Gdy opuścił swoją komnatę, dojrzał stojącą nieopodal Lodową Łuczniczkę. Ashe prezentował się wspaniale w długiej, biało-niebieskiej sukni, przyozdobionej złotą nicią. Lodowy łuk, broń, której nie wypuszczała z rąk, razem z kołczanem pełnym strzał, spoczywał na jej plecach.
Widok pięknej małżonki w stroju wieczorowym zawsze zapierał mężczyźnie dech w płucach, przez co unikanie niechcianego romansu stawało się coraz trudniejsze.
Powolnym krokiem podszedł do kobiety i  złapał ją pod rękę. Prowadzeni przez przyboczną świtę, ruszyli ku wschodniej części budynku. Zapach pysznego jedzenia unosił się w korytarzu, wyostrzając apetyt Tryndamere’a.
Gdy przeszli przez ogromne wrota rozświetlonej ciepłym płomieniem ognia jadalni, oczy wszystkich gości zwróciły się w ich stronę. Zasłużeni wojownicy dwój największych plemion zamilkli, by przyjrzeć się uroczystemu wejściu władców. Gdy rządzący zajęli swoje miejsca po przeciwnych stronach długiego, drewnianego stołu, powrócił gwar rozmów.
- Przyjaciele – rzekła ciepło Wybranka Avarosy – witajcie na dzisiejszej uczcie. Ostatnimi czasy los był dla nas wyjątkowo łaskawy. Udało się nam zjednoczyć kolejne klany, czyniąc ogromne postępy w odbudowie naszej ojczyzny, Freljordu. Z powodzeniem przeciwstawiliśmy się zagrożeniu nadciągającemu ze strony naszego największego wroga, unikając tym samym kolejnej wojny. Świętujmy więc, przyjaciele, póki mamy czas! Wznoszę dziś swój kielich za was, nieustraszonych żołnierzy, gotowych oddać swoje życie za ukochany kraj! Jedzcie do syta, pijcie do woli, by w pełni sił ponownie stanąć do walki!
Tłum zawtórował młodej przywódczyni, zwolennicy klaskali i wiwatowali. Uczta rozpoczęła się na dobre. W mgnieniu oka talerze zapełniły się apetycznymi przystawkami, a stojące obok nich kufle, pieniącym się piwem.
Siedząc na niewygodnym krześle, nieco znużony Król Barbarzyńców przysłuchiwał się najświeższym plotkom, nie wiedząc nawet, o kim mówią. Powoli sączył napój alkoholowy, przyglądając się Gelordowi, jednego z najbliższych współpracowników łuczniczki. Starszy mężczyzna o białych włosach i długiej brodzie siedział niedaleko, zafascynowany otoczonego dwójką pięknych kobiet.
Mimo, że niejednokrotnie udowodnił swoje oddanie misji Avarosan podczas walki, Tryndamere wciąż nie wierzył w jego lojalność. Nie potrafił zaufać byłemu członkowi ruchu oporu, który za swój najważniejszy cel uważał obalenie prawowitej władczyni. Niewielka blizna na nadgarstku, kształtem przypominająca przedzielone na pół koło zawsze będzie świadczyć o zdradzie.
Goście nie potrzebowali wiele czasu, by napełnić swoje brzuchy i wypić tyle, by powoli tracić świadomość. Jednak gdy na stole pojawił się ogromny dzik, upolowany przez samą Ashe, nikt nie omieszkał spróbować. Młodzi kelnerzy przynieśli nową beczkę złocistego trunku, by po raz kolejny uzupełnić puste szklanice. Freljordzki monarcha odmówił subtelnym ruchem dłoni.
Delektując się smakiem złocistego mięsa, wdał się w krótką rozmowę z wojownikami swojego plemienia. Omawiali strategie bitewne, najnowsze bronie oraz przyszłość lodowej krainy, gdy nagle wszyscy zebrani zwrócili swój wzrok w stronę barczystego młodzieńca, zajmującego miejsce obok królowej.
Jego skóra przybrała szarawy odcień, a z nosa pociekła niewielka strużka szkarłatnej krwi.
- Piwo… trujące… - wyjąkał, po czym wyzioną ducha, a jego głowa bezwładnie opadła na bok.
Tryndamere spojrzał w stronę Gelorda, na którego twarzy malował się szeroki uśmiech. Nim poderwał się z krzesła, jadalnia wypełniła się uzbrojonymi po zęby zabójcami. Każdy z nich dumnie trzymał sztylet w prawej dłoni, pokazując swój znak przynależności do opozycjonistów.
Król Barbarzyńców wymienił porozumiewawcze spojrzenie ze swoją małżonką, skinął głową, a następnie ruszył do walki, przepełniony furią.



24 lut 2017

Ashe [8] - Liczy się każda strzała



ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Ashe naciągnęła cięciwę swojego łuku i przymrużyła oczy, by wyostrzyć wzrok na sarnie, skubiącej pojedyncze źdźbła obumarłej trawy, wyłaniającej się z pomiędzy powoli topniejącego śniegu. Ciepły i wilgotny wiatr wiejący z brzegów Piltover, spowodował nagłą odwilż w tej części Freljordu, a wraz z nią wzmożoną aktywność tutejszej zwierzyny, która wyszła ze swoich kryjówek, w oczekiwaniu na jakiekolwiek pożywienie, które mogłoby się ujawnić spod śnieżnej pierzyny.
Łuczniczka wstrzymała oddech i napięła swoje ciało, jednocześnie je usztywniając. Kiedy wypuściła lodową strzałę, wypuściła powietrze i zamknęła oczy, by nie widzieć momentu śmierci niewinnego zwierzęcia. Kiedy z powrotem spojrzała na sarnę, ta leżała na białym puchu, powoli zmieniając jego kolor na ciemnoczerwony.
Kobieta ruszyła w stronę swojego celu, a kiedy znalazła się przy nim, uklękła.
- Powierzam cię Avarosie. Twoja ofiara będzie ci wynagrodzona – powiedziała spokojnym, melodyjnym głosem, trzymając rękę na skroni martwej zwierzyny. Przesunęła dłoń w stronę jej pyska, by zamknąć jej już puste i nie wyrażające żadnego uczucia oczy. Następnie wstała i wyciągnęła z małej kieszonki swoich skórzanych spodni, które zawsze nosiła na polowania. Mimo, że już od dawna lud Ashe używał innych sposobów na zdobywanie pożywienia w mroźnych klimatach tundry, to łuczniczka i tak uważała, że w ten sposób zwierzęta nie otrzymują należytego szacunku. Mimo tego nie mogła żądać zaprzestania łowiectwa, ponieważ zabierało to dużo czasu, a tak szybko rozwijająca się ludność, potrzebuje więcej jedzenia niż w ten sposób mogliby uzyskać. Ona jednak nadal praktykowała takie zwykłe zbieranie pożywienia, jako jedna z nielicznych.
- Niesamowita zdobycz Królowo - odrzekł Soroin, który od niedawna był pomocnikiem królewskim  Ashe. Został nim parę dni po śmierci jej poprzedniego pomagiera, Weruna, który zmarł nieoczekiwanie na zawał, mimo że był ledwo co po pięćdziesiątce. To wydarzenie wstrząsnęło władczynią, ponieważ znała mężczyznę od dzieciństwa i zawsze traktowała go bardziej jak rodzinę niż członka pałacowej obsługi.
- Śmierć żadnego żywego stworzenia nie jest niesamowita –odparła zirytowana myśleniem sługi Ashe. Ten po chili krępującego milczenia, przeciągnął zwierzę na płachtę, a następnie ruszył w stronę powozu, którym tutaj przyjechali. Był oddalony o około kilometr od miejsca upolowania sarny, więc oboje szli żwawym krokiem, nie zwalniając, by jak najszybciej wrócić do miasta.
Dwa renifery zaprzężone do niebieskich sań spojrzały na królową, kiedy ta wsiadała do wozu, jakby czekając na znak do startu. Łuczniczka odłożyła swoją do specjalnie przygotowanego pokrowca, przytwierdzonego za miejscem woźnicy. W momencie, gdy kobieta puściła łuk, jego emitujące światło, lekko osłabło.
Soroin smagnął dwa zwierzęta, wykrzykując przy tym głośne „Wio”. Te od razu ruszyły, z tempem, jakby za szybkim i szczególnie niebezpiecznym między drzewami. Ashe zaskoczona tak gwałtownym odjazdem, spojrzała pytającym, a zarazem zdenerwowanym wzrokiem na sługę, lecz ten cały czas patrząc na drogę, nic nie dostrzegł.
Przez pierwsze minuty jazdy, wiatr zaczął przybierać na sile, a kiedy do tego, mimo ostatnich ciepłych dni, zaczął padać śnieg, zrobiło się bardzo zimno, więc królowa postanowiła założyć swój ametystowo-błękitny płaszcz i otulić się nim, by zachować trochę ciepła. Szarobiały owczy puch dawał jej odczucie, jakby była w pałacowym łożu, którego tak bardzo potrzebowała od tych paru godzin na zimowym powietrzu.
Wyobrażenia ciepła przypomniały kobiecie, że miała zapytać sługę o męża:
- Soroinie, czy król wspominał tobie, o najbliższych odwiedzinach delegacji z Noxus?
- Nie. Nic mi o takim zajściu nie wiadomo.
- No dobrze… a więc w przeciągu trzech najbliższych dni, zawita do nas pięciu przedstawicieli stamtąd, w tym we własnej osobie Katarina Du Couteau, a więc potrzeba nam przygotować się na przyjęcie gości. Naprawdę nie możemy dopuścić do popsucia się naszych relacji, albowiem planujemy założyć nowy szlak handlowy, umożliwiający dostawę nowych broni. Wiem, że zostało mało czasu, ale jako jeden z lepszych organizatorów, powinieneś sprostać temu zadaniu. Mam nadzieję, że to, jak przedstawiałeś się podczas wyboru następcy Weruna, nie okaże się tylko podkoloryzowanym kłamstwem.
- Zrobię co w mojej mocy, miłościwa Pani, aby przyjęcie odbyło się bezbłędnie.
- Cieszę się. Najlepiej gdybyś zaczął działać od razu jak przyjedziemy.
Powóz zaczął nagle drastycznie zwalniać, jakby zaraz miała się skończyć droga.
- Co się dzieje Soroinie? Dlaczego się zatrzymujemy?
Sługa z uśmiechem na twarzy odwrócił się w stronę królowej. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w zaskoczoną, a także zmartwioną twarz Ashe.
- Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego się zatrzyma… - Wtedy dopiero to ujrzała. Od początku widziała, że jego tęczówki są nienaturalnie jasne, lecz nie zwracała na to większej uwagi, a teraz, kiedy jego twarz znalazła się metr od niej, potrafiła to dostrzec. One były zamarznięte. Nie minęła chwila, kiedy łuczniczka zrozumiała, że mężczyzna, który przed nią siedział, nie był tym za kogo się podawał. Był pod wpływem jakiegoś silnego uroku, a tylko jedna osoba w tej krainie była zdolna do takiego czynu.
Twarz Soroina, przeszła od szyderczego uśmiechu, do grymasu nienawiści. Wtedy z jego gardła wydobył się głęboki, charczący głos:
- Zdychaj.
Wtem z pomiędzy drzew zaczęły wychodzić dziwaczne, śnieżne potwory. Ich ciała były poskręcane i pokryte ciemnoniebieskim lodem. Od czasu do czasu wystawały z nich rogi, bądź inne części ciała zwierząt. Bestie były szybkie, lecz zanim podeszły wystarczająco blisko, Ashe zdążyła wyjąć swój łuk. Zza jej pleców rozległ się donośny, histeryczny śmiech opętanego czarną magią sługi.
Łuczniczka wyszeptała:
- Avaroso, proszę, pomóż.
Królowa poczuła jak chłodny wiatr przelatuje między kosmykami jej włosów, napełniając ją mocą przodkini. Kobieta naciągnęła cięciwę i wypuściła ze swojej lodowej broni salwę strzał, przebijając trzy najbliższe stwory. Poczwary padły na zmarzniętą ziemię, wijąc się i zastygając w nienaturalnych pozach. Kolejne strzały wylatywały spod zaczarowanego łuku, uśmiercając kolejne stworzenia. Było ich coraz mniej i Ashe podniosła się trochę na duchu, lecz w tym momencie na jej plecy wskoczył jedna ze szkarad. Zaczęła okładać kobietę, co chwilę tnąc jej skórę pazurami. Bez chwili namysłu zaatakowana chwyciła magiczną strzałę i wbiła ją w to, co przypominało szyję lodowego dziwoląga. Ten podniósł się i wydawszy niezidentyfikowane dźwięki, upadł na śnieg i jak pozostałe zesztywniał jak kamień.
Obolała i poobijana łuczniczka uświadomiła sobie, że śmiech, wydobywający się z przeklętego Soroina, ustał. Szybko podeszła do niego, by zrozumieć, że moc, która została użyta do zauroczenia go, okazała się zbyt silna i zamroziła każdą komórkę jego ciała.
Królowa dotknęła jego lodowatej twarzy i oddała jego duszę w opiece Avarosie. Wtedy usłyszała tupot, jakby setki koni biegnących wprost na nią. Odwróciła się, by zobaczyć chordę krwiożerczych lodowych bestii pędzących z na przeciwka. Stanęła prosto, złapała za łuk, skupiła całą swoją uwagę na przeciwnikach, a następnie przyciągnęła cięciwę do skroni. Ashe wyrównała oddech i wypuściła ogromną, kryształową strzałę, wydając przy tym donośny wrzask, z głębi ciała. Pocisk poszybował w górę i runął na grupę stworów, zabijając je i powstrzymując je zanim zdążyły podejść.
Wyczerpana kobieta wystrzeliła ponad siebie skupioną lodową moc, która przybrała postać śnieżnego sokoła, który rozpadł się na miliony płatków śniegu, dolatując na wystarczającą wysokość, by został  zauważony. Po tym łuczniczka, otuliła się znowu płaszczem i zaczekała w saniach na nadejście pomocy.