27 sty 2017

Lissandra [4] - Ciało zamarza tak łatwo

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


- Książę Corgonie! Jesteś wzywany przez ojca na kolację - powiedziała Pani Gouran, wchodząc do mojej komnaty.
- Dziękuję, zaraz przybędę - odparłem. Kobieta posłała mi tajemniczy uśmiech, ukłoniła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Odwróciłem głowe, by spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. Chwyciłem grzebień, aby przeczesać moje ciemne, proste, opadające na ramiona włosy. Następnie sięgnąłem po niebieską linkę leżącą na ziemi, obok zwierciadła. Zawinąłem czuprynę w kok z tyłu głowy i oplotłem ją sznurkiem. Odchyliłem się tak, by mieć widok na moją fryzurę i sprawdzić czy jest dobrze ułożona. Kiedy stwierdziłem, że wszystko idealnie, sięgnąłem po garnitur. Leżał na łożu i wtapiał się w ciemny kolor pościeli.
Po raz ostatni przejrzałem się w srebrze i ruszyłem w stronę wyjścia z pokoju.
Idąc korytarzem rozmyślałem o co może chodził mojemu ojcu i wtedy mnie olśniło. On chciał mi przekazać władzę. Od dawna dawał znaki, ale dopiero teraz wszystko mi się rozjaśniło. Ostatnimi czasy ojciec często powtarzał, że władzę powinni sprawować mężczyźni w sile wieku. Klepnąłem się w czołu, karząc za tak późne uświadomienie sobie tego. Przyspieszyłem kroku.
Kiedy przybyłem pod wrota jadalni, przeszedł mnie nagły dreszcz i zwątpienie. A co jeśli nie o to  mu chodzi? Co jeśli to coś złego? Odciągnąłem na chwilę dłoń od gałki, lecz szybko się otrząsnąłem i otworzyłem drzwi.
Wchodząc do środka otoczył mnie zapach pieczonego mięsa. Pozwoliłem mu pochłonąć mnie i wzmóc apetyt. Zbliżyłem się do stołu i w tym samym momencie odezwał się ojciec:
- Oh, synu! Jak dobrze, że już jesteś. Proszę usiądź - wskazał mi miejsce na drugim końcu ławy. Oprócz nas w pomieszczeniu była tylko Pani Gouran.
Postąpiłem jak kazał, cały czas będąc lekko zdumionym jego zachowaniem. Rzadko kiedy był taki uradowany moim pojawieniem. Chociaż nie dziwiłem mu się. Miał przecież siedemdziesiąt jeden lat. Ja sam pewnie nie byłbym lepszy.
- Lepiej zabierzmy się do jedzenia. Nie chcemy przecież, żeby wystygło, prawda? - Ojciec spojrzał na służącą i razem wybuchli śmiechem tak żywym i niekontrolowanym, że w pewnym momencie pomyślałem, że oszaleli. Mimo tego ja sam zacząłem się lekko podśmiewywać. Tak dawno nie widziałem ojca szczęśliwego. Dobrze było go takim zobaczyć.
Kiedy oboje przestali wydawać odgłosy hien, starzec otarł łzy i powiedział:
- No dobrze. Teraz już naprawdę zacznijmy jeść.
Jedliśmy, rozmawialiśmy i wspominaliśmy stare czasy. Po około godzinie nastało zupełne milczenie. Jedyne dźwięki dochodziły od rozpalonego komina.
- Synu? Mógłbyś zgasić płomień? Strasznie tu gorąco.
- Umm…Oczywiście - wstałem od stołu i rozejrzałem się za naczyniem, do którego mógłbym wlać wody.
- Tam - ojciec wskazał pustą misę leżącą w rogu pomieszczenia. - Weź ją, powinno być w niej wystarczająco wody.
Spojrzałem w dane miejsce i rzeczywiście stałą tam miska z wodą. Co prawda nie miałem zielonego pojęcia z jakiego powodu miałaby tam się znajdować, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia.
Chwyciłem naczynie i podszedłem do paleniska. Wylałem wodą na płomienie unoszące się nad zwęglonymi drwami, wywołując nagłe głośne syczenie. W pokoju zrobiło się o wiele ciemniej, a jedyne światło dawał księżyc w pełni, wysyłając odbite promienie przez okno.
- Dziękuję synu - spojrzałem na ojca, który stał przy drzwiach i zamykał je na klucz. On także zwrócił wzrok w moją stronę i widząc zamyślenie na mojej twarzy, rzekł: - To tylko, żeby nikt nam teraz nie przeszkodził. Chciałbym ci teraz coś powiedzieć. Proszę, usiądź.
Zrobiłem to co kazał, spoglądając na niego z zaciekawieniem. „To teraz się stanie”, pomyślałem „Przekaże mi władzę”. Czekałem, aż coś powie, lecz on tylko stanął na wprost mnie przy drzwiach.
Starzec wziął głęboki wdech, zamykając przy tym oczy. Po chwili z jego ust wyleciał biały dymek. Taki sam jak ten, który pojawia się na mrozie. Zdziwiło mnie to, ponieważ w pomieszczeniu było naprawdę ciepło.
Ojciec otworzył oczy. Wtedy zaciekawienie i niecierpliwość przemieniły się w zaskoczenie pomieszane z przerażeniem. Spod jego powiek wydostawało się jasnoniebieskie światło. Chwilę później salę przepełnił jego krzyk. Na całym ciele zjeżyły mi się włoski. Nie myślałem, że człowiek może być zdolny do wydania z siebie takiego odgłosu. Ukazywał on niesamowite cierpienie i ból. Nie rozumiałem co się dzieje. Lecz to nie było wszystko. Skóra na twarzy starca zaczęła pękać i odpadać płatami. Stała się fioletowa i martwa.
- Cco sssię dzzzieje?- wyjąkałem prawie nie otwierając ust z przerażenia.
Ciało mojego ojca zaczęło się rwać na kawałki. Wtedy mogłem dostrzec, że było zamarznięte. Wyglądało jakby od lata leżało na najwyższych szczytach Freljordu.
Wtedy to dostrzegłem. Z wnętrza jego rozpadających się zwłok wychodziła inna postać. Była o wile wyższa. Rozpychała pojedyncze części ciała, a kiedy mój rozczłonowany ojciec leżał już cały na ziemi, dopiero dostrzegłem kto się wyłonił z jego ciała.
Posturą przypominała kobietę, lecz jej ręce były zakończone szponami, a jej twarz była w połowie zakryta czymś w rodzaju lodowych rogów. Ona sama była ubrana w kryształową zbroję przypominającą suknię. Istota nie posiadała stóp, za to cały czas otaczał ją czarny lód. Miała niebieską skórę, która samym wyglądem dawała do zrozumienia, że jest zimniejsza od Północnych Wiatrów.
Chwilę później postać powiedziała:
-W końcu wolna.
-Kkimm tttyy jjjesssteśś? - Wyjąkałem ledwo słyszalnym głosem.
Postać ruszyła w moją stronę. Cały czas jej ciało pozostawało w bezruchu. To lód spod jej nóg sprawiał, ze się do mnie zbliżała.
- Jam jest Lissandra. Pani tych krain. Spadkobierczyni mocy Obserwatorów. Jedyna prawdziwa królowa Freljordu.
- Ccoo?
- Oh głupie dziecko. To ja jestem Lodową Wiedźmą, która sprowadzi na świat wieczną zimę. Ja sprowadzę Jedynych prawowitych władcą, jakimi są Obserwatorzy.
- Co zrobiłaś z moim ojcem?! - Nie byłem już przerażony. Teraz ogarnęła, mnie wściekłość. Musiałem go pomścić.
- To samo co zrobię z tobą i radzę ci poddać się – Jej usta spowił wredny uśmieszek- To nieuniknione.
- Zabiję cię! - Ruszyłem do ataku niewiele myśląc o tym czy mam jakieś szanse czy nie. Kiedy zbliżyłem się wystarczająco, skoczyłem na wiedźmę. Ta w tym samym momencie wyciągnęła rękę, łapiąc mnie za szyję. Nie myślałem, że będzie taka silna. Rzuciła mym ciałem o ścianę po prawej stronie od wejścia. Usłyszałem chrupot łamanych żeber. Przez dłuższą chwilę nie mogłem złapać oddechu. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak zimno było w tym pomieszczeniu. Czułem jak powoli odmarzają mi koniuszki palców.
Kobieta zbliżyła się do mnie. Wyciągnęła rękę w moją stronę jeszcze raz. Tym razem spode mnie zaczął wyrastać lodowy tron. Kryształ wciągnął w siebie moje dłonie, przez co nie mogłem się ruszyć.
- Nie martw się. Zimno cię znieczuli –w tym samym momencie wiedźma wbiła swoje lodowe szpony w moją klatkę piersiową. Poczułem jej lodowate palce na moim rozgrzanym, stale bijącym sercu.- Twoja śmierć posłuży wyższym celom.
Poczułem jak  powoli zamarzam od środka, a moje ciało zostaje przejęte przez potwora, który stał przede mnę twarzą w twarz.
- Wszyscy padną na kolana, już niedługo - wyszeptała mi do ucha, a ja pogrążyłem się w sen, z którego nie dane mi było się wybudzić.


20 sty 2017

Irelia [3] - Ionia nie upadnie


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Irelia otworzyła oczy i zatopiła ostrze w bezwładnym ciele manekina.  Gdyby tylko mistrz Lito mógł zobaczyć, jak wielkie postępy poczyniła w rozwoju Sztuki Hiten, byłby z niej dumny. Każdą wolną chwilę poświęcała treningom, wkładając mnóstwo serca i ciężkiej pracy, by godnie kontynuować  dzieło ojca.
Brakowało jej jednak jego wsparcia, cierpliwości i ogromnej miłości, którą ją darzył. To właśnie dzięki niemu została kimś. Nieważne, jak bardzo nienawidziła godzin ćwiczeń i błędów, które wciąż popełniała.
W pamięci wojowniczki wciąż żyły wspomnienia. Chwile zwątpienia, głos pełen troski, który dawał zabójczyni  siłę, by podnieść się po każdym upadku. Dopiero z czasem zaczęła doceniać piękno swojego dzieciństwa.
Pani Ostrzy otrząsnęła się z nostalgii i wykonała kilka szybkich ruchów. Odcięte głowy kukieł uderzyły o podłogę i potoczyły się po kamiennej posadzce.
Nagle drzwi komnaty otworzyły się, a do środka wszedł jasnowłosy strażnik.
- Pani Kapitan, przepraszam, że przeszkadzam. Przybyła księżna Karma, oczekuje Pani w ogrodach – powiedział, chłodnym, poważnym tonem.
- Dziękuję. Możesz odejść.
Wyszedł, zostawiając Irelię samą. Dziewczyna wróciła do treningu i posłała kilka Fal Ostrzy w stronę najbliższych przeciwników. Wyobraziła sobie żołnierzy Noxus, osuwających się, zranionych przez jej ciosy.
Energicznie potrząsnęła głową, pozbywając się z myśli brutalnego obrazu walki. Szybkim krokiem opuściła pomieszczenie, a jej lewitujące ostrze podążyło za nią. Przemierzając majestatyczne korytarze pałacu, mijała wielu podlegających jej strażników.  Witali ją lekkim skinieniem głowy, oznaką szacunku.
Gdy dotarła na taras, znajdujący się na tyłach posiadłości, oślepiły ją jasne promienie słońca. Kilkanaście metrów dalej dostrzegła, trzymającą w dłoni kwiat lotosu, magiczkę. Powoli ruszyła w jej stronę.
- Witaj, Irelio.
- Ciebie też miło widzieć, Karmo – przywitała gościa wojowniczka.
Obie kobiety wybuchły ciepłym śmiechem.  Oświecona mocno objęła przyjaciółkę.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo brakowało mi twojej obecności.
W odpowiedzi na serdeczne słowa księżnej, uśmiechnęła się. Pani  Ostrzy nigdy nie należała do wylewnych osób, rzadko mówiła o swoich uczuciach. Nawet w stosunku od najbliższych zachowywała pewien dystans. Jednak po latach znajomości Karma potrafiła przejrzeć ją na wylot. Wiedziała o wszystkim, nawet o rzeczach, o których zabójczyni nie chciała wspominać.
- Przejdziemy się? Jest taka piękna pogoda.
Irelia z wielką chęcią przystała na propozycję magiczki. Opuściły teren pałacu i udały się w stronę Ogrodu Lotosu.  Delikatne powiewy wiatru plątały ciemne włosy wojowniczki, a w powietrzu unosił się przyjemny zapach, kwitnących o tej porze roku kwiatów. Huk wodospadów przynosił spokój.
- Jak minęła twoja podróż? Trwała krócej niż przewidywałaś, prawda?
- Tak. Zapewne słyszałaś o rozbójnikach z Noxus, napadających na kupców i biedniejsze rodziny mieszkające na uboczach? – kapitan przytaknęła lekkim skinięciem głowy. – Zaniepokoił nas fakt, że w ostatnim czasie takie zdarzenia przestały mieć miejsce. Cały pobyt w świątyni spędziłam na modlitwie i rozmowie z bogami. Irelio – głos kobiety zadrżał – nadciąga ogromne niebezpieczeństwo. Nasi wrogowie szykują armię. Mam złe przeczucie.
Kobiety przeszły przez drewniany mostek, łączący dwa wzniesienia. Po krótkiej chwili ich oczom ukazał się niezwykle piękny widok. Krystalicznie czyste stawy usłane były różowymi płatkami lotosów, a z koron sędziwych drzew powoli opadały liście, tańcząc na wietrze. Na głazach porośniętych bujną zieloną trawą siedzieli mnisi, skupieni, pogrążeni w modlitwie.
- Zapomniałam już jakie to miejsce jest cudowne.
Pani Ostrzy nie zapomniała. Przychodziła tutaj każdego wieczoru. Według wierzeń krążących po Ionii, tylko dzięki medytacji w Ogrodzie Lotosu mogła osiągnąć odpowiedni stan umysłu, bez którego nie mogła podnieść swoich umiejętności telekinezy na kolejny poziom.
- A ty, Kapitanie? Jak spędziłaś te dwa tygodnie? – zapytała Oświecona.
- Skupiłam się głównie na treningach. Stolica przez ten czas była bardzo spokojna, więc ani ja ani moi strażnicy nie mieliśmy dużo pracy.
- Zrobiłaś jakieś postępy?
- Nie, żadnych. Wciąż jestem zbyt słaba. Dążę do władania kilkoma ostrzami na raz, mam jednak wrażenie, że moja siła słabnie zamiast zwiększać się.
- Za dużo od siebie wymagasz – powiedziała stanowczo Karma, patrząc wojowniczce w oczy. – Irelio, jesteś mistrzynią Hiten. W całej Ionii, ani nawet na kontynencie nie ma nikogo lepszego. Uwierz w to wreszcie.
- Ale…
- Nie ma żadnych ale. Powinnaś skupić się na czymś innym… Na przykład na szukaniu partnera.
- Proszę, nie zaczynaj znowu tego tematu.
Zabójczyni nienawidziła, gdy przyjaciółka wspomniała o miłości. Nie potrzebowała bliskości ani uczuć mężczyzny.  Wystarczało jej ostrze, wir pracy i treningów. To one dawały jej szczęście.
- Wiesz, że chcę dla ciebie tego…
- Pani Kapitan! Pani Kapitan! – usłyszały z oddali. Po krótkiej chwili dostrzegły młodego giermka, biegnącego w ich stronę. – Pani Kapitan! Nasz dowódca… to znaczy pański brat… Złapali szpiega Noxus. Powiedział… Udało nam się dowiedzieć… Zaatakują jutro – wytłumaczył, dysząc po wycieńczającym biegu.
Irelia i Karma spojrzały na siebie i bez słowa ruszyły w stronę pałacu. Musiały jak najszybciej dotrzeć do Zelosa. Po kilku minutach, z ogromnym impetem wpadły do jednej z głównych komnat budynku.
- Siostro, księżno Karmo, przybyłyście na czas – zwrócił się do kobiet.
Zabójczyni rozejrzała się dookoła. Wszyscy najważniejsi urzędnicy zebrali się wokół mapy taktycznej. Wyczuwała napięcie rosnące między osobami, na których twarzach malowało się przerażenie. Wszyscy obawiali się okrucieństwa, które nadchodziło.
- Ile mamy czasu?
- Niewiele.  Nasi zwiadowcy potwierdzili informacje przekazane przez szpiega. Noxus zaatakuje jutro. Zacząłem już zbierać armię…
- Dobrze. Jeśli mają czelność przychodzić do naszego domu, stawimy im czoła. Zwyciężymy – powiedziała pewnym tonem Pani Ostrzy, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.

13 sty 2017

Zyra [2] - Nie wszystko jest takie, jak się wydaje


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Mała jaszczurka nieświadoma swoich poczynań, wspięła się po ręce Dorefa, myśląc, że wchodzi na cieplutki głaz. Kiedy dotarła na plecy mężczyzny, skręciła w stronę głowy. Powoli wczołgała się na jego szyję, lecz nie było jej dane iść dalej, gdyż zbudzony ze snu trzydziestolatek, złapał zwierzę za brzuch i wyrzucił z namiotu. Na szczęście naszej małej przyjaciółce nic się nie stało, ponieważ wylądowała na dużym liściu, który zamortyzował upadek. Gad ruszył dalej, zapominając o dziwnym zajściu i szukając nowego kamienia, na którym mógłby wygrzać swoją łuskowaną skórę.
Doref oparł się ręką o matę, która i tak niewiele dawała, na tak nierównym podłożu. Rozejrzał się po namiocie, a kiedy trafił na przewrócone lusterko, podniósł je by spojrzeć jak wygląda. Przeczesał ręką włosy i delikatnie dotknął rany na poliku, którą wczoraj zyskał, poprzez oberwanie z giętkiej gałęzi jednego z drzew. Mimo, że idąca przed nim osoba poradziła, by uważał, on jednak zajęty rozmową z Shelynn, nie usłyszał nawet, że ktoś do niego mówi. Odwrócił głowę akurat, jak kijek wracał do swojej normalnej pozycji. Dziewczyna, z którą rozmawiał nagle wybuchła śmiechem, co znieczuliło trochę ból, zarówno ten fizyczny, jak i psychiczny wywołany upokorzeniem. Doref postanowił, że po tej wyprawie poprosi ją o zostanie jego parą na Festiwalu Księżyca. Miał tylko nadzieję, że nie jest już z kimś umówiona.
Mężczyzna przetarł oczy, założył swoje skórzane buty stojące przy wejściu do jego tymczasowego domu i wciągnął je bez zawiązywania. Podparł się z tyłu rękoma i odepchnął od łóżka. Przez ograniczającą go wysokość namiotu musiał się pochylić. Podniósł płachtę oddzielającą go od lasu na zewnątrz i wyszedł rozprostowując się i przeciągając, wydając przy tym dziwaczne dźwięki.
Wtedy zauważył, że nikogo nie ma w obozie.
Zaczął przeszukiwać całe miejsce ich spoczynku, lecz nie znalazł nic, co mogłoby mu chociażby pomóc dowiedzieć się, gdzie podziali się jego przyjaciele. „Pewnie wyruszyli już, ale dlaczego mnie nie obudzili? Dziwne.” Pomyślał i wrócił do swojego namiotu, by przebrać się w odpowiedni strój. Kiedy skończył, wziął ze sobą swój nóż łowiecki i wyruszył na poszukiwanie Złotego Kwiatu.
Przecinał pnącza i liści, zasłaniające mu przejście, a kiedy zarośla były za wysokie by  przejść, łamał je  i wyrzucał obok. Po trochu z lenistwa, a po trochu z zemsty za wczorajsze skaleczenie.
Co chwilę wołał któregoś z ich czteroosobowej załogi, lecz za każdym razem w odpowiedzi otrzymywał świergot ptaków lub wycie małp. Nie było to dla niego czymś, czego by się nie spodziewał, ponieważ znał dokładnie faunę i florę dżungli Kumungu.
W pewnym momencie stwierdził, że dalsza wędrówka nie ma sensu, ponieważ pewnie jego znajomi poszli w innym kierunku, lecz kiedy odwrócił się, nie miał zielonego pojęcia gdzie się znajduje. Ścieżka, którą stworzył sobie, poprzez cięcie i wyrywanie roślin, jakby magicznie zarosła. Nie mógł odnaleźć właściwej drogi. Wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu poczuł strach i osamotnienie. Zawsze ktoś przy nim był. Od urodzenia wszyscy go wyręczali lub pomagali mu, gdy czegoś nie potrafił. Teraz, kiedy został sam w środku lasu, zrozumiał, że tylko on może się tylko uratować. Bez namysłu powrócił na stary szlak i zaczął iść przed siebie. Uznał, że tylko tak zdoła wyjść z tego przeklętego miejsca.
Mijały godziny, a może dni. Czasami wydawało mu się, że błądzi tu już od lat. Z każdym metrem, który przechodził, wydawało mu się, że wchodzi głębiej w las. Nie wiedział już kiedy była noc, a kiedy dzień. Korony drzew przesłaniały całkowicie niebo, natomiast ich liście dawały różnokolorową poświatę, która stale rozjaśniała ziemię.
Doref był głodny  i spragniony, jego nogi co chwilę odmawiał posłuszeństwa, co powodowało niekontrolowane potknięcia. Jego wzrok był mętny, cały czas słyszał dźwięki zwierząt, które z czasem zaczęły odbijać się w jego głowie, sprawiając mu niesamowity ból. Czuł się jak we śnie, z którego nie mógł się uwolnić. Następnie zaczął widzieć i słyszeć miasto. Jego gwar i odgłosy ludzkich rozmów huczały mu w czaszce. Przechodził między rozstawionymi straganami, kamienicami błagającymi o odrestaurowanie. Między ogrodami, których kwiaty odurzały go swoim zapachem. Witał się ze swoimi znajomymi , pozdrawiał ich i szedł dalej.
Nagle usłyszał głos, który rozmył wizję. Sprawił on, że jak za sprawa magicznej różdżki Doref wybudził się z tego dziwnego snu. Był to głos Shelynn.
„Pomocy! Ratunku! Proszę, czy jest tu kto?”. Dźwięk dochodził z jego prawej, w którą natychmiast skręcił i ostatkiem sił pobiegł, by uratować dziewczynę. Nie zważał na otoczenie, mimo że stawało się ono co raz bardziej gęste w krzewy i drzewa. Światła z liści stawały się ciemniejsze, a one same nie były już piękne i gładkie, lecz postrzępione i małe.
Krzyk stawał się głośniejszy, a kiedy wydawało się, że jest tuż obok, nagle zupełnie ucichł.
- Shelynn! Gdzie jesteś?! Odezwij się! - mężczyzna zaczął nawoływać, kiedy w miejscu, z którego dochodziło wołanie o pomoc, nikogo nie było.
Rozkojarzony zaczął kręcić się i szukać wzrokiem jakiegokolwiek ruchu. Wtedy z ciemności wyłoniła się kobieta. W pierwszej chwili Doref pomyślał, że to jego ukochana, lecz kiedy postać weszła w promienie światła dochodzące z liści, było wyraźnie widać, że to zupełnie ktoś inny.
Nie miała na sobie żadnych ubrań, a jej ciało okryte było tylko liśćmi i pnączami. Sporadycznie można było także zobaczyć pąk kwiatu. Kiedy mężczyzna spojrzał niżej zrozumiał, jakie wobec niego zamiary ma ta kobieta. Jej oczy żółte i przypominały kocie, uśmiech był złowrogi i szyderczy.
Głowę mężczyzny wypełnił donośny śmiech, który przeraził go do szpiku kości. Zaczął się wycofywać, lecz zahaczył o wystający korzeń, a przez wycieńczenie nie miał siły zachować równowagę. Upadł na mokrą ziemię i zaczął czołgać się w stronę wyjścia, lecz wyrastające z ziemi pnącza blokowały mu jakąkolwiek możliwość ucieczki. Do jego oczu napłynęły łzy. Powoli odwrócił się, by spojrzeć na spotkaną kobietę. Ta zmierzała w jego kierunku spokojnym i powolnym krokiem. Jej ręce oplatały liany, które cały czas wiły się zmieniając swoje położenie.
- Taki bezbronny kwiatuszek… - powiedziała z litością w głosie. Zaraz po tym zaśmiała się, jakby sama do siebie. - Tyle was tu przychodzi. Jedni lepsi, inni gorsi. Jedni walczą, inni nie. Ale wiesz, łączy was jedno. Wszyscy mali kwiczycie jak prosiaki, kiedy rozpruwam wasze ciała.
- Ja tylko szukam…- Doref odezwał się próbując wytłumaczyć swoją obecność tutaj.
- Ta ziemia jest moja! - ryknęła niespodziewanie kobieta, jednocześnie podnoszą ręce do góry, nakazując pnączom wyrosnąć wokół  mężczyzny. Następnie skierowała swoje dłonie w jego stronę, a rośliny jak na rozkaz wbiły swoje ostre zakończenia w skórę mężczyzny. Łodygi wpełzły do żył ofiary i zaczęły przejmować jego ciało.
 - Proszę… Nie…  - wydukał, próbując coś jeszcze zdziałać. Nic innego nie był wstanie powiedzieć przez ból, jaki aktualnie doświadczał. Kiedy chciał wydukać jeszcze coś, łodygi wtargnęły do jego jamy ustnej, wypełniając ją i wślizgując się do przełyku i płuc.
- Nikt nie ujdzie z mojego uścisku. - Kiedy Zyra otrzymała przez korzenie informacje, że pnącza są gotowe, uniosła ściśnięte w pięści dłonie, a następnie otwarła je, tym samym powodując rozerwanie ciała nieszczęśnika. Jego mięso szybko zostało pochłonięte przez głodne rośliny, a krew wsiąkając w ziemie stałą się napojem dla flory, który od tak dawna by przez nie upragniony.


Kobieta powróciła do swojej komnaty stworzonej z grubych pni drzew, by zamknąć się w wielkim czerwonym pąku i poczekać na swoją kolejną, niczego nieświadomą ofiarę.


6 sty 2017

Jhin [1] - Opera Śmierci

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ



Do starego teatru, przez dziury w suficie, wpadało światło księżyca. Budynek opustoszał lata temu, żaden obywatel Ionii nie odważył się zapuszczać w te rejony. Ludzie wierzyli, że ciążyła na nim okrutna klątwa. Według niej każdy, kto do niego wjedzie, zagra tam swój ostatni akt.
Wnętrze wypełniał nieprzyjemny zapach stęchlizny. Z foteli obitych najróżniejszymi materiałami niewiele zostało, czerwona kurtyna pełna była dziur. Nie bez powodu Khada Jhin wybrał to miejsce, by odegrać swój spektakl.
Powolnym i dumnym krokiem spacerował między siedzeniami, rozmyślając. Zarejestrował szybkie poruszenie na zakurzonej estradzie, najpewniej to jego ofiara odzyskała przytomność.
- Kogo my tu mamy… Ioniański generał – rzekł poważnym tonem, zmierzając w jego stronę. – Mam wobec rozległe plany, generale… Wystawimy tu operę śmierci! Co prawda, ta scena jest poniżej mojego talentu, ale moja obecność tutaj podniesie jej rangę!
Jak na dobrego aktora przystało, zabójca od urodzenia był bardzo gadatliwy. Nigdy nie szczędził sobie słów, nawet w najbardziej nieodpowiednich momentach, uwielbiał prowokować.
Z drugiego końca drewnianego podestu zaczęły dochodzić ciche pojękiwania.
- Gdzie… Gdzie ja jestem? – zapytała delikatnym głosem młoda kobieta, przywiązana liną do oparcia krzesła. –  Co się dzieje? Tatku?! Tatku, jesteś tu?!
- Astral! Dziecko moje! – wykrzyknął mężczyzna, próbując wyrwać się z dybów, do których był przykuty. Pomieszczenie wypełniło się szlochem dziewczyny, który odbijał się echem od jego ścian. – Nie płacz, wszystko będzie dobrze! Nic nam nie grozi!
- To zależy – wtrącił się zabójca – od tego, czy wykonacie moje polecenia. Przestawienie musi być atrakcyjne dla oglądających!
Khada Jhin odwrócił się w stronę widowni, teatralnie wskazując dłońmi puste siedzenia. W powietrzu unosił się zapach przerażenia. To właśnie ono dostarczało Wirtuozowi największą satysfakcję.
- Nasz występ się rozpoczyna!  Kurtyna unosi się!
By dać początek swojemu arcydziełu, zwrócił pistolet ku górze i oddał strzał. Pocisk przebił spróchniałą deskę, tworząc w dachu kolejną dziurę,  światło księżyca mocniej rozjaśniło pomieszczenie.
Powolnym krokiem zbliżył się do młodej ofiary i przyłożył Szept do jej skroni. Kobieta cicho jęknęła, drżała ze strachu.
- To właśnie chcę oglądać – wyszeptał. - Powiedz mi, generale, jak wiele warte jest życie twojej córki? – rzekł, zwracając się do mężczyzny.
- Jest bezcenne – odparł drżącym głosem Ioniańczyk.
- Nieprawda, mój drogi. Wszystko na tym świecie ma swoją cenę. Pozwól, że zapytam jeszcze raz. Jak wiele warte jest życie swojej córki?
- Jest… bezcenne…
- Kłamstwo! – krzyknął Jhin, posyłając  pocisk tuż pod nogi mężczyzny.
- Proszę! Zostaw go, mój tatuś nic nie zrobił! – łkała Astral.
- Do czterech razy sztuka. Kochanie, co ofiarujesz mi w zamian za życie dziewczyny?
- Shen i Zed niedługo cię odnajdą! Wtedy nic cię nie uratuje!
- Milcz!
Wirtuoz oddał kolejny strzał, nabój musną twarz młodej kobiety i wbił się w drewnianą ścianę za jej plecami.
Pomieszczenie wypełnił krzyk bólu, krople szkarłatnej krwi opadły na scenę.
- To boli, tak dobrze – powiedział zabójca, zwracając się do opustoszałej widowni. – Ktoś chyba zapomniał, co jest stawką naszej gry. Nie musisz dziękować za przypomnienie, skarbie.
- Błagam… Zrobię wszystko co każesz! Błagam, nie krzywdź mojej córki! Mam pewne informacje!
- Wiedziałem, że ten mały zabieg rozwiąże ci język. Powiedz mi wszystko, co wiesz.
- Władca Cieni i Oko Zmierzchu podążają za tobą, są coraz bliżej. Wiedzą, że to ty stoisz za wszystkim zabójstwami, które ostatnio miały miejsce. Nie mogą jednak zrozumieć, jaki jest twój cel.
- Zrozumieją szybciej, niż im się wydaje. Już niedługo wszystko stanie się jasne! A ty, generale, nie jesteś mi już potrzebny. Twoja śmierć będzie przestrogą, kolejną wskazówką. Przygotuj się na swój finał!
- Błagam…
Czwartym pociskiem Khada Jhin uciszył ioniańskiego generała, przeklęty teatr opustoszał.
Po wielu godzinach odwiedziła go dwójka śmiertelnych wrogów. Niepewnym krokiem weszli do sali widowiskowej, a ich oczom ukazał się drastyczny widok. Ścieżka usłana płomiennymi różami zaprowadziła ich na scenę, na której znaleźli dwa ciała, dwie osoby postrzelone w serce.
Shen i Zed nie mieli wątpliwości, kim był zabójca. Ich największy wróg wciąż rósł w siłę. Wiedzieli, że za wszelką cenę muszą powstrzymać Wirtuoza. Jednakże by było to możliwe, ich ponownie zjednoczenie stanie się nieuniknione. Tego najbardziej się obawiali.


4 sty 2017

Lore of legends


Serdecznie witamy na blogu Lore of Legends! Jeśli interesuje cię uniwersum gry League of Legends trafiłeś idealnie!

W każdy piątek o godzinie 18:00 publikować będziemy napisaną przez nas historię jednego bohatera gry. Pierwszy post pojawi się już 6 stycznia 2017 roku!

Zapraszamy również na nasz fanpage Lore of Legends! Znajdziecie tam wiele ciekawych informacji dotyczących kolejnych publikacji oraz wiele więcej! 

'This battle will be won"
Zame & Adelice