19 maj 2017

Kindred [20] - Każde życie... Kończy z nami

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Nalia leżała na swoim łóżku, patrząc nieprzerwanie w sufit. Drewniane, ciemne słoje na deskach w jakiś, dziwny, tylko jej znany sposób koiły jej ból i nieprzerwane cierpienie. Zawsze, gdy na nie patrzyła, wyobrażała sobie morze, w którym zamiast wody była jej ulubiona, płynna czekolada. Jej matka przyrządzała ją tylko na jej urodziny, ponieważ kupno jednej sakiewki czekoladowego proszku, w tych stronach było porównywalne do kupna dwudziestu kilogramów paszy dla świń. Już tak dawno nie czuła tego, czekoladowego smaku, lecz nadal pamiętała go tak intensywnie, jak gdyby wypiła ją zupełnie przed chwilą.
Te rozmarzania zwykle mijały po chwili, ponieważ były zakłócane przez nieustający ból, jaki zadawała jej, cały czas rosnąca w siłę choroba. Jeszcze trzy miesiące temu Nalia była najzwyklejszą dziewczyną z małej wioski, na wschodzie. Niestety, gdyby nie chęć bezinteresownej pomocy potrzebującym, pewnie teraz pomagałaby matce sprzedawać towary na cotygodniowym targu. Jej matka wyjechała tam około godzinę temu, więc powrócić miała dopiero popołudniu.
Dziewczyna cały czas patrzyła na sufit w swoim pokoju, starając się powstrzymywać uporczywe myśli o przekręceniu głowy, w celu spojrzenia na cokolwiek innego. To co sprawiało, że nie chciała tego robić, był przeszywający ból, który odczuwałaby próbując znaleźć cokolwiek innego na co mogłaby zwrócić swoją uwagę. Myśl o swojej bezradności, powodowała u niej za razem smutek i wściekłość. W każdej chwili od momentu zdiagnozowania choroby, obwiniała się za pochopność i brak rozwagi. Przeklinała się, że podeszła do starszego, zapuszczonego mężczyzny. Nie sądziła, że mogło się to skończyć tak dla niej potwornie.
Więc nadal patrzyła w podłużne słoje, drewnianych desek. Mówiła do siebie, że da radę wytrzymać jeszcze trochę, zanim wróci jej matka. Wiedziała, że nie nastąpi to nada moment, lecz cały czas odpychała ta myśl, twierdząc, że może okaże się, iż dzisiaj będzie jeden z pomyślniejszych dni i uda się jej rodzicielce sprzedać wszystko, w krótkim czasie. Znała dokładnie położenie lekarstw, które pozwalały dziewczynie w miarę normalnie, jak na jej stan, funkcjonować. Wiedziała także, że jeśli okaże się, że matka postawiła małą ampułkę z leczniczą cieczą gdzieś indziej, to trud jaki sobie zada będzie nic nie wart, a może nawet pogorszyć znacząco jej stan.
W tej samej chwili, kiedy rozmyślała nad za i przeciw wstaniu po lek, usłyszała czyjeś kroki za oknem. Były delikatne, a zarazem miały w sobie pewną nieopisaną siłę, która przeniknęła ciało dziewczyny. Mogłoby się wydawać, że Nalia będzie zaciekawiona, tym co jest za oknem, lecz w sytuacji, w jakiej się znajdowała, odczuwała tylko przeszywający strach. Jeśli był to złodziej to ona nie będzie mogła go powstrzymać, a wiedziała, że matka nie podda się w walce z chorobą swojej córki i poświęci cały swój pozostały dobytek, by patrzeć jak dziewczyna i tak, powoli odpływa na drugą stronę.
Musiała działać.
Dziewczyna spięła każdy mięsień w swoim ciele i podniosła odrobinę głowę, wywołując tym na twarzy przepełniony bólem grymas. Teraz, posiadając lepszy widok, skupiła swoją uwagę na drewnianej szufladzie, po przeciwnej stronie jej małego pokoju. Mimo, że odległość między jej łóżkiem, a meblem była niewielka, dla Naili wydawała się być najbardziej ryzykowną czynnością jaką miała zamiar podjąć. Mimo że minęło dopiero parę sekund odkąd głowa chorej uniosła się lekko nad poduszką, do oczu dziewczyny zaczęły napływać łzy. Ból rozpoczynał się na skórze i zaciskał się, aż w kościach. Mięśnie zawiodły i całe ciało powróciło do pozycji w jakiej było przed chwilą. Młoda kobieta pomyślała, czy jest to tak naprawdę konieczne. Przecież możliwe, że się tylko przesłyszała, lecz w tym samym momencie rozległ się kolejny dźwięk kroków, a razem z nim drapanie pazurów o drewnianą ścianę domu.
Naila jeszcze raz spięła każdy mięsień w swoim ciele i jednym, szybkim ruchem poderwała się do pozycji siedzącej. Z jej piersi wydał się niemy okrzyk najprawdziwszego cierpienia, do oczu dziewczyny natychmiastowo napłynęły łzy i zaczęły spływać po rozpalonej skórze. Czuła ból w każdej komórce swojego ciała, lecz nie mogła się teraz poddać. Robiła to wszystko dla jedynej osoby, którą kochała.
Pouczona przez gwałtowne zerwanie się, starała się wykonywać jak najdelikatniejsze ruchy. Wysunęła najpierw jedną nogę spod pościeli, czując jakby jej skóra była zrywana żywcem, gdy przesuwała ją po szorstkim prześcieradle. W tym momencie z ugryzionej przez nią dolnej wargi zaczęła spokojnym strumieniem spływać bladoczerwona krew.
Nalia wysunęła drugą nogę poza łóżko i oderwała się po raz pierwszy od przeszło tygodnia z leżanki. Od razu, gdy to zrobiła, jej nogi zawiodły ją i runęła na podłogę, nie mogąc nawet złagodzić upadku, przez bezwład, jakim jej ciało zostało ogarnięte. Z jej piersi po raz kolejny wydostał się niemy krzyk. Po raz kolejny poczuła ten nikczemny ból, który sprawił, iż myślała, że zaraz zemdleje. Po dłużej chwili, jaką musiała przeleżeć, by wycisnąć jeszcze jakiekolwiek siły z siebie, zaczęła czołgać się do komody stojącej parę kroków od niej. Nawet najmniejszy ruch powodował u dziewczyny ogromną udrękę. W każdej sekundzie całego tego procesu, błagała o śmierć. Błagała, by nagle przestać oddychać, by móc już nie cierpieć. Nie chciała czuć szczęścia. Prosiła tylko o to, by nie czuć bólu.
Minęły około cztery minuty zanim, chora mogła dosięgnąć dolnej szuflady. Wyciągnęła przed siebie rękę i wsunęła półkę w swoją stronę, czując, jakby zaraz miało odpaść jej ramię. Naila włożyła dłoń do środka i przesuwając ją powoli, zaczęła szukać małej buteleczki. Koniuszki jej palców czuły tylko jakiś miękki materiał, lecz żadnego szkła. Dziewczyna zapłakała gorzko, rozpaczając nad swoją sytuacją. Leku nie było tutaj. Nie mogła się pogodzić, że umrze w tak haniebny sposób, leżąc na drewnianej podłodze w swoim, własnym pokoju.
Chora wiedziała, że jej kres jest bliski. Powoli zaczęła godzić się z myślą o tym co  ma się wydarzyć, gdy nagle, znowu usłyszała przesuwanie pazurami po ścianie swojego domu, lecz tym razem ze strony drzwi wejściowych. Nie wiedzieć skąd, ten odgłos dodał jej siły, by walczyć. Naila spojrzała w górę komody i dopiero teraz to dostrzegła. Malutka ampułka z lekiem stała na wierzchu komody. Nie widziała jej wcześniej przez upośledzenie wzroku, jakie dostała w trakcie rozwoju choroby.
Nie myśląc za długo dziewczyna wyrzuciła swoją prawą rękę w stronę szafki, lecz ta nawet nie drgnęła. Jeszcze raz cofnęła swoją dłoń i ponownie wyrzuciła ją w stronę komody, lecz z podobnym skutkiem. „Do trzech razy sztuka” pomyślała, dodając sobie otuchy i po raz kolejny przyciągnęła rękę z powrotem do siebie. Tym razem włożyła cały swój wkład w uderzenie komody. Tym razem zabujała się, a po chwili buteleczka spadła z mebla na głowę dziewczyny, ogłuszając ją i wywołują ból podobny do postrzelenia. Następnie odbiła się i zatrzymała na podłodze, obok jej dłoni.
Po chwili, gdy myśli Naili powróciły na swoje miejsce, a ból głowy lekko ustąpił, chora zaczęła wyciągać korek z szyjki ampułki. Nie trwało to długo, chociaż potrzebne do tego było dużo siły. Dziewczyna podsunęła sobie pod nos lek i po chwili poczuła zapach medykamentu. Jego działanie narkotyczne uśmierzało ból i dawało możliwość samodzielnego wykonywania najprostszych czynności.
Opary substancji, zaczęły powoli wnikać w krwiobieg dziewczyny i ta po chwili usiadła na podłodze, po czym zwymiotowała brudząc sobie podbródek i lewą dłoń. Jej wymiociny były żółtawą cieczą, która paliła jej przełyk, a której smak i zapach nie był porównywalny do niczego tak ohydnego.
Kiedy Naila otrząsnęła się wystarczająco, by uświadomić sobie, gdzie jest i co robi, wstała i opierając się o ścianę, podeszła do drzwi. Przekroczyła próg i dalej udała się korytarzem do wejścia. Wtedy znowu zaczęła słyszeć drapanie, lecz tym razem dochodziło prosto od końca przedpokoju. Z każdym jej posuwistym krokiem siła tego dźwięku wzrastała. W momencie, gdy dziewczyna chwyciła za klamkę, nie mogła już słyszeć własnych myśli. Pociągnęła za nią i otworzyła drzwi, wpuszczają c do przedsionka trochę słonecznego światła. Wyszła za próg i zasłaniając słońce spostrzegła ich.
Owca i wilk stali razem wpatrując się w przerażoną twarz Naili. Biała postać naciągnęła cięciwę swojego łuku i zatrzymała się w tej pozycji czekając, jakby na jakiś sygnał. Czarne monstrum, wiło się za jej plecami, w pełni przygotowane do ataku, warcząc nisko. Chora dziewczyna patrzyła raz na nią, raz na niego, próbując ustali, czy aby na pewno to co widzi jest prawdziwe. Po chwili zdała sobie sprawę, że wie co się za chwilę wydarzy. Odwróciła się i zatrzasnęła za sobą drzwi, a następnie opuściła dłoń i wystawiła swoją, bladą twarz w stronę słońca, by ostatni raz poczuć jego ciepło.
Owca puściła cięciwę łuku, wypuszczając strzałę w kierunku młodej kobiety. Grot przebił jej serce, z którego nie wypłynęła krew, lecz wyleciała z niego dusza dziewczyny, której bezwładne ciało upadło na suchą ziemię.

Natychmiast po śmierci dziewczyny, Kindred zniknęli, w gęstwinie leśnych zarośli nieopodal, by dotrzeć do kolejnej potrzebującej ich ofiary.


Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz