Dzisiejszy dzień był jednym z najgorszych scenariuszy, jaki mogłem sobie wyobrazić. Najpierw pogoń za tym obleśnym facetem, któremu jakimś cudem udało się wyjąć z mojej torby podróżnej portmonetkę. Były w niej wszystkie oszczędności, jakie przez trzy lata udało mi się nazbierać. Całe szczęście, życie i praca w gospodarstwie ojca w dużej mierze przyczyniły się do złapania kieszonkowca. Co prawda musiałem uciekać się do przemocy, by odzyskać pieniądze.
Następnie woźnica, wyglądający jakby całe życie spędził w
podziemiach Zaun i jego ciągłe gadanie o życiu w małej ioniańskiej wiosce. Może
nie byłoby to aż takie udręczające, gdyby nie fakt, że z całego jego wywodu
zrozumiałem tylko dwa słowa: elles i hukumm, które w tutejszym języku kolejno
oznaczały życie i wioska. Czyli jednak półroczne lekcje
języka nie zdały się na wiele. Po dwóch godzinach jazdy, mężczyzna zostawił
mnie przed ogromnym lasem, który musiałem przejść samotnie, a jedynym
wytłumaczeniem woźnicy, by ze mną nie iść, było: Erlahm sum ahla mek zsu najnia magnet, co o ile mój ubogi zasób
słownictwa się nie myli, znaczy: W lesie
są złe moce. Są tam jeszcze jakieś wyrazy, ale w życiu ich nie słyszałem,
więc miałem tylko nadzieję, że nie oznaczają niczego ważnego.
Później ten wredny, czerwony kwiat. Po co mu były kolce.
Przecież chciałem tylko powąchać…
Od tamtej pory nie było najlepiej. Cały czas słyszałem za sobą szmer liści, lub łamanie patyków, pod czyimiś krokami. A może to były moje kroki? Wydawało mi się, że to przez to ukłucie. Z rany cały czas sączyła mi się jakaś półprzezroczysta, żółta ciecz. I do tego ten upał. Był nie do zniesienia. Moim jedynym marzeniem było, by położyć się na ziemi i zasnąć. Niestety, najróżniejsze opowieści, jakie słyszałem o tych terenach, trzymały mnie z dala od robienia tego.
Od tamtej pory nie było najlepiej. Cały czas słyszałem za sobą szmer liści, lub łamanie patyków, pod czyimiś krokami. A może to były moje kroki? Wydawało mi się, że to przez to ukłucie. Z rany cały czas sączyła mi się jakaś półprzezroczysta, żółta ciecz. I do tego ten upał. Był nie do zniesienia. Moim jedynym marzeniem było, by położyć się na ziemi i zasnąć. Niestety, najróżniejsze opowieści, jakie słyszałem o tych terenach, trzymały mnie z dala od robienia tego.
Marsz przez las trwał już około pół godziny, a każdy kolejny
krok był męczarnią. Ciężkie, wilgotne powietrze nie było najlepsze do takich
wędrówek. Ilość zapachów i kolorów tutejszych roślin, była powalająca. I to w
obu znaczeniach. Z jednej strony było to najbardziej niesamowite zdarzenie,
jakie mogło przytrafić się prostemu synowi rolnika, a z drugiej ich
przytłaczające natężenie i różnorodność, dosłownie odbierały dech w piersi. Co
chwilę wydawało mi się, że mijam to samo drzewo, albo widzę swoje własne,
chwilę wcześniej zrobione ślady. W normalnych okolicznościach, byłoby to pewnie
dla mnie przerażające i próbowałbym coś z tym zrobić, ale wtedy przez
odurzające działanie toksyn z tamtego czerwonego kwiatu, wydało mi się to
niesamowicie śmieszne, więc zacząłem się śmiać. Nie był to zwykły śmiech.
Często mógł być usłyszany w zamkniętych domach dla psychicznie chorych. Najgorsze
w tej całej sytuacji było to, że nie mogłem się w żaden sposób opanować, co
wkrótce doprowadziło do zwabienia Vastajów.
Wiedziałem, że to byli oni, ponieważ wiele czytałem o
kulturze Ionii, w tych wielkich księgach stojących w bibliotekach, które zawsze
lubiłem czytać, gdy przyjeżdżaliśmy na targ do miasta. Dwóch z nich miało
postawę człowieka, lecz ich kończyny przypominały łapy tygrysa. Głowy mieli
porośnięte futrem, lecz od czasu do czasu wyrastały z nich kępki piór. Z ich
pleców odchodziły skrzydła. Nie były duże, lecz wystarczająco obszerne, by
chwilowo unieść Vastajów. Trzeci z nich, był jaszczurem, który ledwo, wystawał
powyżej bioder pozostałej dwójki. Co odróżniało go od innych gadów to ptasie
nogi, których umięśnienie było bardzo imponujące. Całe ciało stwora było
obsypane łusko-piórami o zielono-złotym kolorze. Wokół jego głowy rozpościerał
się ogromny plamisty kołnierz. Oczy każdego z nieznajomych posiadały pionową
źrenice, a ich kolor wahał się między czerwonym, a pomarańczowym.
-Nie mówiono ci, żeby tu nie wchodzić? – zapytała kobiecym
głosem skrzydlata tygrysica
-Nie ostrzegano cię przed mieszkańcami tych lasów? – dodał skrzydlaty
tygrys, sapiąc przy tym złowrogo
-Nie zauważyłeś, że las cię tutaj nie chce? – odparł jaszczur,
akcentując pojedyncze literki
Stałem tam wryty w ziemie, w połowie przez strach przed
Vastajami, a w połowie przez obezwładniające działanie trucizny. W jednej
chwili czułem jakby minęły już całe wieki, a chwilę później wydawało mi się, że
czas stanął w miejscu. Z moich ust nagle wyleciała dziwna paplanina słów. Nie
spodobało się to chyba moim towarzyszom, ponieważ tygrysica rzuciła się na
mnie, uderzając swoją potężną łapą w mój brzuch. Poleciałem na ziemie, jak
ścięte drzewo. Całe moje ciało nagle zapomniało jak się teraz zachować, a
odczucia jakie doznawałem, były zniekształcone. Ból od uderzenia poczułem
dopiero po około dziesięciu sekundach, w między czasie będąc okładanym przez
trójkę rozwścieczonych hybryd. Z każdą chwilą odpływałem coraz dalej, w
zapomnienie, kiedy nagle poczułem, że już nic mnie przecież nie bije. Kręciło
mi się w głowie, nie mogłem zapanować nad oddechem. Był niestabilny. Czułem jak
płuca zalewają mi się jakimś płynem. Wtedy zrozumiałem, że już niedługo, zanim
odejdę z tego świata. Zacząłem wspominać najpiękniejsze chwile mojego życia,
by chociaż trochę umilić sobie ten okropny czas. Nie obchodziło mnie nawet
gdzie podziali się napastnicy lub czy ktokolwiek mnie tu odnajdzie, zanim zaczną mnie rozkładać robaki.
Nagle, nie wiedzieć czemu dopiero teraz, stwierdziłem, że
panuje zupełna cisza. Po chwili usłyszałem szmer zbliżającej się osoby.
Przerażenie sięgnęło zenitu. Wtedy zrozumiałem, że nie czuję nic od szyi w dół.
Zacząłem płakać. Łzy spływały od skroni w dół policzka.
Twarz przesłonił mi cień. Otworzyłem oczy. Nigdy wcześniej
nie widziałem niczego piękniejszego od niej. Jej żółte tęczówki miały w
sobie dzikość i zapał jakiego nie widziałem od dawna. Jej poliki ozdobione
brązowymi paskami, dodawały jej niezwykłego uroku. Jej czerwone usta były
splamione krwią. Patrzyła na mnie. Rozmyślała
o czymś, kiedy ja sparaliżowany strachem czekałem, aż zakończy mój żywot. Wtedy
Vastajanka nachyliła się i złożyła na moich ustach, długi i namiętny pocałunek.
Lecz nie miał on podłoża romantycznego. W ciągu następnych kilkunastu sekund
poznałem jej całą historię, a kiedy ponownie otworzyłem oczy, jej już nie było.
Poczułem, że znowu mogę poruszać kończynami. A po krótkich
oględzinach spostrzegłem, że dodatkowo wyrósł mi biały, puchaty ogon. Na rękach
pojawiło się siwe futro. Wtedy przemówił głos drzew. „Witaj. Od teraz twoje imię to Anua. Dzisiaj stajesz się jednym z nas.”
Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz