13 sty 2017

Zyra [2] - Nie wszystko jest takie, jak się wydaje


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Mała jaszczurka nieświadoma swoich poczynań, wspięła się po ręce Dorefa, myśląc, że wchodzi na cieplutki głaz. Kiedy dotarła na plecy mężczyzny, skręciła w stronę głowy. Powoli wczołgała się na jego szyję, lecz nie było jej dane iść dalej, gdyż zbudzony ze snu trzydziestolatek, złapał zwierzę za brzuch i wyrzucił z namiotu. Na szczęście naszej małej przyjaciółce nic się nie stało, ponieważ wylądowała na dużym liściu, który zamortyzował upadek. Gad ruszył dalej, zapominając o dziwnym zajściu i szukając nowego kamienia, na którym mógłby wygrzać swoją łuskowaną skórę.
Doref oparł się ręką o matę, która i tak niewiele dawała, na tak nierównym podłożu. Rozejrzał się po namiocie, a kiedy trafił na przewrócone lusterko, podniósł je by spojrzeć jak wygląda. Przeczesał ręką włosy i delikatnie dotknął rany na poliku, którą wczoraj zyskał, poprzez oberwanie z giętkiej gałęzi jednego z drzew. Mimo, że idąca przed nim osoba poradziła, by uważał, on jednak zajęty rozmową z Shelynn, nie usłyszał nawet, że ktoś do niego mówi. Odwrócił głowę akurat, jak kijek wracał do swojej normalnej pozycji. Dziewczyna, z którą rozmawiał nagle wybuchła śmiechem, co znieczuliło trochę ból, zarówno ten fizyczny, jak i psychiczny wywołany upokorzeniem. Doref postanowił, że po tej wyprawie poprosi ją o zostanie jego parą na Festiwalu Księżyca. Miał tylko nadzieję, że nie jest już z kimś umówiona.
Mężczyzna przetarł oczy, założył swoje skórzane buty stojące przy wejściu do jego tymczasowego domu i wciągnął je bez zawiązywania. Podparł się z tyłu rękoma i odepchnął od łóżka. Przez ograniczającą go wysokość namiotu musiał się pochylić. Podniósł płachtę oddzielającą go od lasu na zewnątrz i wyszedł rozprostowując się i przeciągając, wydając przy tym dziwaczne dźwięki.
Wtedy zauważył, że nikogo nie ma w obozie.
Zaczął przeszukiwać całe miejsce ich spoczynku, lecz nie znalazł nic, co mogłoby mu chociażby pomóc dowiedzieć się, gdzie podziali się jego przyjaciele. „Pewnie wyruszyli już, ale dlaczego mnie nie obudzili? Dziwne.” Pomyślał i wrócił do swojego namiotu, by przebrać się w odpowiedni strój. Kiedy skończył, wziął ze sobą swój nóż łowiecki i wyruszył na poszukiwanie Złotego Kwiatu.
Przecinał pnącza i liści, zasłaniające mu przejście, a kiedy zarośla były za wysokie by  przejść, łamał je  i wyrzucał obok. Po trochu z lenistwa, a po trochu z zemsty za wczorajsze skaleczenie.
Co chwilę wołał któregoś z ich czteroosobowej załogi, lecz za każdym razem w odpowiedzi otrzymywał świergot ptaków lub wycie małp. Nie było to dla niego czymś, czego by się nie spodziewał, ponieważ znał dokładnie faunę i florę dżungli Kumungu.
W pewnym momencie stwierdził, że dalsza wędrówka nie ma sensu, ponieważ pewnie jego znajomi poszli w innym kierunku, lecz kiedy odwrócił się, nie miał zielonego pojęcia gdzie się znajduje. Ścieżka, którą stworzył sobie, poprzez cięcie i wyrywanie roślin, jakby magicznie zarosła. Nie mógł odnaleźć właściwej drogi. Wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu poczuł strach i osamotnienie. Zawsze ktoś przy nim był. Od urodzenia wszyscy go wyręczali lub pomagali mu, gdy czegoś nie potrafił. Teraz, kiedy został sam w środku lasu, zrozumiał, że tylko on może się tylko uratować. Bez namysłu powrócił na stary szlak i zaczął iść przed siebie. Uznał, że tylko tak zdoła wyjść z tego przeklętego miejsca.
Mijały godziny, a może dni. Czasami wydawało mu się, że błądzi tu już od lat. Z każdym metrem, który przechodził, wydawało mu się, że wchodzi głębiej w las. Nie wiedział już kiedy była noc, a kiedy dzień. Korony drzew przesłaniały całkowicie niebo, natomiast ich liście dawały różnokolorową poświatę, która stale rozjaśniała ziemię.
Doref był głodny  i spragniony, jego nogi co chwilę odmawiał posłuszeństwa, co powodowało niekontrolowane potknięcia. Jego wzrok był mętny, cały czas słyszał dźwięki zwierząt, które z czasem zaczęły odbijać się w jego głowie, sprawiając mu niesamowity ból. Czuł się jak we śnie, z którego nie mógł się uwolnić. Następnie zaczął widzieć i słyszeć miasto. Jego gwar i odgłosy ludzkich rozmów huczały mu w czaszce. Przechodził między rozstawionymi straganami, kamienicami błagającymi o odrestaurowanie. Między ogrodami, których kwiaty odurzały go swoim zapachem. Witał się ze swoimi znajomymi , pozdrawiał ich i szedł dalej.
Nagle usłyszał głos, który rozmył wizję. Sprawił on, że jak za sprawa magicznej różdżki Doref wybudził się z tego dziwnego snu. Był to głos Shelynn.
„Pomocy! Ratunku! Proszę, czy jest tu kto?”. Dźwięk dochodził z jego prawej, w którą natychmiast skręcił i ostatkiem sił pobiegł, by uratować dziewczynę. Nie zważał na otoczenie, mimo że stawało się ono co raz bardziej gęste w krzewy i drzewa. Światła z liści stawały się ciemniejsze, a one same nie były już piękne i gładkie, lecz postrzępione i małe.
Krzyk stawał się głośniejszy, a kiedy wydawało się, że jest tuż obok, nagle zupełnie ucichł.
- Shelynn! Gdzie jesteś?! Odezwij się! - mężczyzna zaczął nawoływać, kiedy w miejscu, z którego dochodziło wołanie o pomoc, nikogo nie było.
Rozkojarzony zaczął kręcić się i szukać wzrokiem jakiegokolwiek ruchu. Wtedy z ciemności wyłoniła się kobieta. W pierwszej chwili Doref pomyślał, że to jego ukochana, lecz kiedy postać weszła w promienie światła dochodzące z liści, było wyraźnie widać, że to zupełnie ktoś inny.
Nie miała na sobie żadnych ubrań, a jej ciało okryte było tylko liśćmi i pnączami. Sporadycznie można było także zobaczyć pąk kwiatu. Kiedy mężczyzna spojrzał niżej zrozumiał, jakie wobec niego zamiary ma ta kobieta. Jej oczy żółte i przypominały kocie, uśmiech był złowrogi i szyderczy.
Głowę mężczyzny wypełnił donośny śmiech, który przeraził go do szpiku kości. Zaczął się wycofywać, lecz zahaczył o wystający korzeń, a przez wycieńczenie nie miał siły zachować równowagę. Upadł na mokrą ziemię i zaczął czołgać się w stronę wyjścia, lecz wyrastające z ziemi pnącza blokowały mu jakąkolwiek możliwość ucieczki. Do jego oczu napłynęły łzy. Powoli odwrócił się, by spojrzeć na spotkaną kobietę. Ta zmierzała w jego kierunku spokojnym i powolnym krokiem. Jej ręce oplatały liany, które cały czas wiły się zmieniając swoje położenie.
- Taki bezbronny kwiatuszek… - powiedziała z litością w głosie. Zaraz po tym zaśmiała się, jakby sama do siebie. - Tyle was tu przychodzi. Jedni lepsi, inni gorsi. Jedni walczą, inni nie. Ale wiesz, łączy was jedno. Wszyscy mali kwiczycie jak prosiaki, kiedy rozpruwam wasze ciała.
- Ja tylko szukam…- Doref odezwał się próbując wytłumaczyć swoją obecność tutaj.
- Ta ziemia jest moja! - ryknęła niespodziewanie kobieta, jednocześnie podnoszą ręce do góry, nakazując pnączom wyrosnąć wokół  mężczyzny. Następnie skierowała swoje dłonie w jego stronę, a rośliny jak na rozkaz wbiły swoje ostre zakończenia w skórę mężczyzny. Łodygi wpełzły do żył ofiary i zaczęły przejmować jego ciało.
 - Proszę… Nie…  - wydukał, próbując coś jeszcze zdziałać. Nic innego nie był wstanie powiedzieć przez ból, jaki aktualnie doświadczał. Kiedy chciał wydukać jeszcze coś, łodygi wtargnęły do jego jamy ustnej, wypełniając ją i wślizgując się do przełyku i płuc.
- Nikt nie ujdzie z mojego uścisku. - Kiedy Zyra otrzymała przez korzenie informacje, że pnącza są gotowe, uniosła ściśnięte w pięści dłonie, a następnie otwarła je, tym samym powodując rozerwanie ciała nieszczęśnika. Jego mięso szybko zostało pochłonięte przez głodne rośliny, a krew wsiąkając w ziemie stałą się napojem dla flory, który od tak dawna by przez nie upragniony.


Kobieta powróciła do swojej komnaty stworzonej z grubych pni drzew, by zamknąć się w wielkim czerwonym pąku i poczekać na swoją kolejną, niczego nieświadomą ofiarę.


Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.

Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz