ZAPRASZAMY
NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ
Mała jaszczurka nieświadoma swoich poczynań, wspięła się po ręce Dorefa, myśląc, że wchodzi na cieplutki głaz. Kiedy dotarła na plecy mężczyzny, skręciła w stronę głowy. Powoli wczołgała się na jego szyję, lecz nie było jej dane iść dalej, gdyż zbudzony ze snu trzydziestolatek, złapał zwierzę za brzuch i wyrzucił z namiotu. Na szczęście naszej małej przyjaciółce nic się nie stało, ponieważ wylądowała na dużym liściu, który zamortyzował upadek. Gad ruszył dalej, zapominając o dziwnym zajściu i szukając nowego kamienia, na którym mógłby wygrzać swoją łuskowaną skórę.
Doref oparł się ręką o matę, która i tak niewiele dawała, na
tak nierównym podłożu. Rozejrzał się po namiocie, a kiedy trafił na przewrócone
lusterko, podniósł je by spojrzeć jak wygląda. Przeczesał ręką włosy i
delikatnie dotknął rany na poliku, którą wczoraj zyskał, poprzez oberwanie z
giętkiej gałęzi jednego z drzew. Mimo, że idąca przed nim osoba poradziła, by
uważał, on jednak zajęty rozmową z Shelynn, nie usłyszał nawet, że ktoś do
niego mówi. Odwrócił głowę akurat, jak kijek wracał do swojej normalnej
pozycji. Dziewczyna, z którą rozmawiał nagle wybuchła śmiechem, co znieczuliło
trochę ból, zarówno ten fizyczny, jak i psychiczny wywołany upokorzeniem. Doref
postanowił, że po tej wyprawie poprosi ją o zostanie jego parą na Festiwalu
Księżyca. Miał tylko nadzieję, że nie jest już z kimś umówiona.
Mężczyzna przetarł oczy, założył swoje skórzane buty stojące
przy wejściu do jego tymczasowego domu i wciągnął je bez zawiązywania. Podparł
się z tyłu rękoma i odepchnął od łóżka. Przez ograniczającą go wysokość namiotu
musiał się pochylić. Podniósł płachtę oddzielającą go od lasu na zewnątrz i
wyszedł rozprostowując się i przeciągając, wydając przy tym dziwaczne dźwięki.
Wtedy zauważył, że nikogo nie ma w obozie.
Zaczął przeszukiwać całe miejsce ich spoczynku, lecz nie
znalazł nic, co mogłoby mu chociażby pomóc dowiedzieć się, gdzie podziali się
jego przyjaciele. „Pewnie wyruszyli już, ale dlaczego mnie nie obudzili?
Dziwne.” Pomyślał i wrócił do swojego namiotu, by przebrać się w odpowiedni
strój. Kiedy skończył, wziął ze sobą swój nóż łowiecki i wyruszył na
poszukiwanie Złotego Kwiatu.
Przecinał pnącza i liści, zasłaniające mu przejście, a kiedy
zarośla były za wysokie by przejść,
łamał je i wyrzucał obok. Po trochu z
lenistwa, a po trochu z zemsty za wczorajsze skaleczenie.
Co chwilę wołał któregoś z ich czteroosobowej załogi, lecz
za każdym razem w odpowiedzi otrzymywał świergot ptaków lub wycie małp. Nie
było to dla niego czymś, czego by się nie spodziewał, ponieważ znał dokładnie
faunę i florę dżungli Kumungu.
W pewnym momencie stwierdził, że dalsza wędrówka nie ma
sensu, ponieważ pewnie jego znajomi poszli w innym kierunku, lecz kiedy
odwrócił się, nie miał zielonego pojęcia gdzie się znajduje. Ścieżka, którą
stworzył sobie, poprzez cięcie i wyrywanie roślin, jakby magicznie zarosła. Nie
mógł odnaleźć właściwej drogi. Wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu poczuł
strach i osamotnienie. Zawsze ktoś przy nim był. Od urodzenia wszyscy go
wyręczali lub pomagali mu, gdy czegoś nie potrafił. Teraz, kiedy został sam w
środku lasu, zrozumiał, że tylko on może się tylko uratować. Bez namysłu
powrócił na stary szlak i zaczął iść przed siebie. Uznał, że tylko tak zdoła
wyjść z tego przeklętego miejsca.
Mijały godziny, a może dni. Czasami wydawało mu się, że
błądzi tu już od lat. Z każdym metrem, który przechodził, wydawało mu się, że
wchodzi głębiej w las. Nie wiedział już kiedy była noc, a kiedy dzień. Korony
drzew przesłaniały całkowicie niebo, natomiast ich liście dawały różnokolorową
poświatę, która stale rozjaśniała ziemię.
Doref był głodny i
spragniony, jego nogi co chwilę odmawiał posłuszeństwa, co powodowało
niekontrolowane potknięcia. Jego wzrok był mętny, cały czas słyszał dźwięki
zwierząt, które z czasem zaczęły odbijać się w jego głowie, sprawiając mu
niesamowity ból. Czuł się jak we śnie, z którego nie mógł się uwolnić.
Następnie zaczął widzieć i słyszeć miasto. Jego gwar i odgłosy ludzkich rozmów
huczały mu w czaszce. Przechodził między rozstawionymi straganami, kamienicami
błagającymi o odrestaurowanie. Między ogrodami, których kwiaty odurzały go
swoim zapachem. Witał się ze swoimi znajomymi , pozdrawiał ich i szedł dalej.
Nagle usłyszał głos, który rozmył wizję. Sprawił on, że jak
za sprawa magicznej różdżki Doref wybudził się z tego dziwnego snu. Był to głos
Shelynn.
„Pomocy! Ratunku! Proszę, czy jest tu kto?”. Dźwięk
dochodził z jego prawej, w którą natychmiast skręcił i ostatkiem sił pobiegł,
by uratować dziewczynę. Nie zważał na otoczenie, mimo że stawało się ono co raz
bardziej gęste w krzewy i drzewa. Światła z liści stawały się ciemniejsze, a
one same nie były już piękne i gładkie, lecz postrzępione i małe.
Krzyk stawał się głośniejszy, a kiedy wydawało się, że jest
tuż obok, nagle zupełnie ucichł.
- Shelynn! Gdzie jesteś?! Odezwij się! - mężczyzna zaczął
nawoływać, kiedy w miejscu, z którego dochodziło wołanie o pomoc, nikogo nie
było.
Rozkojarzony zaczął kręcić się i szukać wzrokiem
jakiegokolwiek ruchu. Wtedy z ciemności wyłoniła się kobieta. W pierwszej
chwili Doref pomyślał, że to jego ukochana, lecz kiedy postać weszła w
promienie światła dochodzące z liści, było wyraźnie widać, że to zupełnie ktoś
inny.
Nie miała na sobie żadnych ubrań, a jej ciało okryte było
tylko liśćmi i pnączami. Sporadycznie można było także zobaczyć pąk kwiatu.
Kiedy mężczyzna spojrzał niżej zrozumiał, jakie wobec niego zamiary ma ta
kobieta. Jej oczy żółte i przypominały kocie, uśmiech był złowrogi i szyderczy.
Głowę mężczyzny wypełnił donośny śmiech, który przeraził go
do szpiku kości. Zaczął się wycofywać, lecz zahaczył o wystający korzeń, a
przez wycieńczenie nie miał siły zachować równowagę. Upadł na mokrą ziemię i
zaczął czołgać się w stronę wyjścia, lecz wyrastające z ziemi pnącza blokowały
mu jakąkolwiek możliwość ucieczki. Do jego oczu napłynęły łzy. Powoli odwrócił
się, by spojrzeć na spotkaną kobietę. Ta zmierzała w jego kierunku spokojnym i
powolnym krokiem. Jej ręce oplatały liany, które cały czas wiły się zmieniając
swoje położenie.
- Taki bezbronny kwiatuszek… - powiedziała z litością w
głosie. Zaraz po tym zaśmiała się, jakby sama do siebie. - Tyle was tu
przychodzi. Jedni lepsi, inni gorsi. Jedni walczą, inni nie. Ale wiesz, łączy
was jedno. Wszyscy mali kwiczycie jak prosiaki, kiedy rozpruwam wasze ciała.
- Ja tylko szukam…- Doref odezwał się próbując wytłumaczyć
swoją obecność tutaj.
- Ta ziemia jest moja! - ryknęła niespodziewanie kobieta,
jednocześnie podnoszą ręce do góry, nakazując pnączom wyrosnąć wokół mężczyzny. Następnie skierowała swoje dłonie
w jego stronę, a rośliny jak na rozkaz wbiły swoje ostre zakończenia w skórę
mężczyzny. Łodygi wpełzły do żył ofiary i zaczęły przejmować jego ciało.
- Proszę… Nie… - wydukał, próbując coś jeszcze zdziałać. Nic
innego nie był wstanie powiedzieć przez ból, jaki aktualnie doświadczał. Kiedy
chciał wydukać jeszcze coś, łodygi wtargnęły do jego jamy ustnej, wypełniając
ją i wślizgując się do przełyku i płuc.
- Nikt nie ujdzie z mojego uścisku. - Kiedy Zyra otrzymała
przez korzenie informacje, że pnącza są gotowe, uniosła ściśnięte w pięści
dłonie, a następnie otwarła je, tym samym powodując rozerwanie ciała
nieszczęśnika. Jego mięso szybko zostało pochłonięte przez głodne rośliny, a
krew wsiąkając w ziemie stałą się napojem dla flory, który od tak dawna by
przez nie upragniony.
Kobieta powróciła do swojej komnaty stworzonej z grubych pni
drzew, by zamknąć się w wielkim czerwonym pąku i poczekać na swoją kolejną,
niczego nieświadomą ofiarę.
Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz