10 lut 2017

Evelynn [6] - W mrok nocy


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ


Evelynn podziwiała zachód słońca z jednego z wyższych budynków w mieście, którym była Krucza Wieża. Złociste promienie, znikającego za horyzontem słońca, zaczęły przybierać pomarańczowo-czerwony odcień. Kobieta podróżowała myślami po wszystkich miejscach, w których była, które zwiedzała pod osłoną nocy, pomiędzy zleceniami. Rozmyślała o cudownych krajobrazach jak masywne piramidy Shurimy, majestatyczne góry Freljiordu, piękne ogrody Ionii. Przypominała sobie wszystkich ludzi, których spotkała, zarówno tych, których zabiła, jak i tych, którzy ukazywali jej najcenniejsze informacje o swoich terenach. Evelynn nigdy nie chwaliła się nikomu swoją wiedzą, inteligencją czy znajomościami. Co prawda większość tych ostatnich już dawno nie istniała. Czas nie był tak samo łaskawy dla poznanych przez niebieskoskórą, jak dla niej samej.
- Kiedy wy się w końcu nauczycie, że mnie się nie da wsadzić do pudła – odrzekła zabójczyni słysząc niezgrabne wejście na dach. Otóż miała ona bardzo wyczulone wszystkie zmysły. Potrafiła usłyszeć oddech z drugiego końca Sali baletowej Lord’a Magguna. Wyczuwała zapach potu zza murów koszar noxiańskiej armii. Dostrzegała najmniejszy ruch w samym środku nocy. - Następnym razem nie charcz tak przy oddychaniu. - Zabójczyni odwróciła się na obcasie by ujrzeć strażnika wysłanego prawdopodobnie przez ulicznych gapiów próbujących wszelkich sił by zdobyć nagrodę za pomoc w złapaniu kobiety.
- Z rozkazu króla jesteś aresztowana pod zarzutem wielokrotnych zabójstw na zlecenie.
Evelynn uśmiechnęła się i podeszła spokojnym, aroganckim krokiem do noxianina. Gdy znalazła się tuż przednim odchyliła lekko głowę do tyłu by spojrzeć mu w oczy. Był dobre 20 centymetrów od niej wyższy. Miał ostre rysy twarzy. Był świeżo ogolony. Jego oczy były czekoladowo brązowe, takiego samego koloru co jego włosy. Kobieta wyciągnęła do niego ręce.
- No dalej… Skuj mnie.
Strażnik wypuścił włócznię z jednej ręki by sięgnąć po grube kajdany zwisające u jego pasa. Zaraz gdy odwrócił wzrok zabójczyni rozpłynęła się centralnie przed jego twarzą, pozostawiając za sobą tylko szybko znikającą mgiełkę. Przerażony noxianin sięgnął po swoją broń, chwytając ją oburącz i ściskając najmocniej jak tylko mógł. Rozglądał się na wszystkie strony próbując wyłapać jakikolwiek ruch mogący pojawić się gdziekolwiek. Znał plotki o tym jak okrutna jest Evelynn w swoich zabójstwach, ale nigdy nie zagłębiał się w te tematy. Tego typu myśli zwykle spędzały mu sen z powiek.
Nagle zamarł. Poczuł zimne, kościste palce owijające się jak żmije wokół jego szyi. Język stanął mu w gardle, Sparaliżowany strachem wydawał tylko nieokreślone jęki i postękiwania. Zza jego pleców wyczuł bijący chłód oplatający jego ciało jak tamtej zimowej nocy kiedy zasnął na ulicy po pijanemu. Tylko, że tym razem dokładnie wiedział czemu tego doświadcza. Nie był uśmierzony żadnym napojem wyskokowym. Dopiero po chwili zrozumiał co się zaraz wydarzy. Wziął jeden głęboki wdech i krzyknął na całe gardło o pomoc. Darł się jak nigdy dotąd, cała swoją energię skoncentrował na tej jednej czynności, kompletnie zapominając o broni cały czas trzymanej w ręku. Wtedy jego przyszła zabójczyni zbliżyła swoją głowę do jego lewego ucha i wyszeptała:
- Lubię, kiedy krzyczą.- W tym momencie wbiła mu swoje szpony w gardło, rozdzierając je i wyszarpując pojedyncze mięśnie i płaty skóry.
Strażnik runął na ziemię przerywając swój okrzyk i wypuszczając włócznie z rąk by złapać się za przepołowioną szyję. Broń huknęła opadając na podłogę. Z rany zaczęła obficie broczyć krew. Falowo. Raz, dwa, trzy, cztery. W krótkim czasie wokół ofiary Evelynn pojawiła się ogromna plama czerwonej cieczy.
Noxianin odwrócił wzrok by spojrzeć po raz ostatni na swoją egzekutorkę, lecz ta znikła w mroku nastałej już nocy pozostawiając za sobą swój szyderczy śmiech odbijający się echem od ścian budynku.


 *          *          

Biegnąc, Evelynn czuła niesamowite spełnienie i podniecenie sytuacją, która wydarzyła się około pół godziny temu. Było to jedno z bardziej teatralnych zabójstw jakie jej się udało wykonać, chociaż bywały lepsze. Jednym z nich było „tajemnicze morderstwo” Davina Garhersona. Minister Obrony Demacii nie spodziewał się tamtej nocy, że zwykła prośba zagubionej niebieskoskórej dziewczyny, prawdopodobnie spoza terenów kraju, może się przerodzić w błaganie na kolanach o litość. Niestety zabójczyni nie znała tego słowa. Na tę myśl kobieta zaśmiała się pod nosem, ukazując swoje ostra, białe zęby
Zeskakując z budynku Evelynn zaczęła przygotowywać swój umysł i organizm do stanu, w którym zawsze zabijała. Rozluźniona, spokojna, pewna siebie. Co prawda musiała jeszcze przebyć całkiem spory kawał drogi, ale uznała, że jest to dobra chwila by rozpocząć te wszystkie procesy zachodzące w jej ciele. Niebieskoskóra nie była jak ludzie. Potrafiła zmienić temperaturę, dostosowując ją do tej, która obecnie panowała na zewnątrz, a tej nocy było niespodziewanie chłodno. Niespodziewanie, ponieważ były to co prawda ostatnie dni lata, lecz dzień był upalny, a niebo przykryte nielicznymi chmurami.
Modliszka przemierzała kręte ścieżki pomiędzy spróchniałymi domostwami, a walącymi się kamienicami na przedmieściach Noxus. Te tereny były doszczętnie zrujnowane przez brak jakiejkolwiek uwagi poświęconej im przez władzę miasta-państwa, liczne zbrodnie popełniane tutaj przez zwykłych ludzi jak i „Nocnych Kruków”, czyli potocznie zwanych zabójców na zlecenie, przez noxian. Innym powodem, dla którego rzadko kiedy widywano tu obcych była niezliczona ilość chorób zakaźnych roznoszonych przez zainfekowane gryzonie, ptaki, bądź owady. Lub po prostu bezdomnych.
Za każdym razem gdy kobieta skręcała w kolejną uliczkę, docierały do jej spiczastych uszu nowe dźwięki żałosnych ryków matek widzących śmierć swojego małego dziecka, płaczy dzieci dopiero co przyjętych do „Zbiorowych Domów Pomocy Sierotom i Porzuconym”. Te odgłosy dawały Evelynn pewien rodzaj sadystycznej radości, która jeszcze bardziej podkręcała jej chęć zabijania.
Kobieta po raz ostatni skręciła w prawo na Ulicę Hernh’a by ujrzeć oddalony o sto metrów dom, w którym miała dokonać zbrodni.
Niebieskoskóra zwolniła kroku i dokończyła proces zmian w jej ciele. Ostatnim jego etapem było stanie się niewidzialnym. Co prawda zabójczyni mogła się stać niewidzialna kiedy tylko chciała, lecz tylko na krótki czas, dopiero takie pełne przygotowanie dawało jej możliwość bycia niewidoczną na tak długo jak  potrzebowała.
Za pierwszym razem gdy otrzymała zlecenie od niejakiego Lorda von Arenzohena, była zdziwiona, ponieważ nie rozumiała dlaczego ktoś chciałby zabijać zwykłego chłopa za takie pieniądze, jakie ona żądała. Wprawdzie dostawała już zlecenia na zabicie potomka rodu królów, wychowującego się na terenach plebsu, który mógł w przyszłości domagać się tronu, lecz takie przypadki zdarzyły się dopiero dwa, może trzy razy w życiu Evelynn. Poza tym Lord i tak nie mógłby zostać w żaden sposób władcą Noxus przez jego całkiem spore przewinienia z przeszłości. Te informacje napawały ją pewnym lękiem i niepokojem, ale podekscytowanie, za chwilę mającym się wydarzyć zabójstwem, było silniejsze.
Wraz z momentem gdy modliszka podeszła pod drzwi brzydkiej i walącej się chaty, chłodny front podwiał ubranie niebieskoskórej.
- Czarna mgła nadchodzi - wyszeptała sama do siebie, napawając się uczuciem zimna i zła drzemiącego w ciemnych oparach.
Kobieta przeszła dookoła dom szukając jakiegokolwiek wejścia, przez które mogła przejść niezauważona. Po chwili wybrała duże lekko otwarte po prawej stronie budynku okno. Odchyliła nieco bardziej wejście i wpełzła jak żmija do drewnianej posesji. Powoli i spokojnie przeszła obok lekko spróchniałych ścian do pokoju, w którym najbardziej rzucającymi się w oczy rzeczami był kominek z palącymi się w nim dwoma drewnianymi klockami, duży obraz przedstawiający panoramę gór widzianą z łąki w dolinie, oraz bujany fotel z siedzącą w nim ofiarą. Evelynn w głębi czuła, że jest coś nie tak, że powinna być czujna, że to nie chodzi o zabicie mężczyzny. Postanowiła być ostrożniejsza, lecz nie wycofała się. Podchodziła coraz bliżej, stopniowo wychodząc z ukrycia. Kiedy stała tuż za krzesłem, mogła wyraźnie dostrzec sylwetkę człowieka zza plecionki, która służyła za oparcie. Zabójczyni zatrzymała delikatnie fotel, tak by nie obudzić śpiącego. Następnie sięgnęła jego szyi swoimi szponami i rozdarła ją jak strażnikowi na wieży.
Z ofiary zaczęły wyfruwać puchowe piórka, spadając na podłogę i tworząc biały dywan. Wtedy modliszka wyczuła coś w swoim brzuchu. Bez wahania rzuciła się do miejsca, przez które tu weszła. W momencie gdy wyskakiwała na zewnątrz, poczuła kolejny obiekt przeszywający jej klatkę piersiową. Kobieta użyła resztki swoich sił by stać się niewidzialna. Biegła przed siebie. Wtargnęła między uliczki. Straciła równowagę i uderzyła z całym impetem w kamienna ścianę Jej nogi powoli przestawały słuchać jej poleceń, więc musiała działać szybko. Czarna Mgła otoczyła niebieskoskórą i podążyła za nią do pierwszego domu na Ulicy Kirgher’a gdzie akurat samotna matka kładła swoje dzieci do łóżka. Rozwścieczona Evelynn wyrwała ze swojego tułowia dwa srebrne bełty palące ją zarówno od środka jak i na dłoni i rzuciła się na przerażoną kobietę wysysając z niej całe życie i przekazując jej bezradna duszę mgle. Niestety to było za mało. Modliszka dostrzegła skulone w rogu dwoje dzieci; chłopca i dziewczynkę. Spostrzegła ich łzy i zaczerwienione twarze. W zwyczajnej sytuacji napawałaby się ich strachem, lecz teraz w grę wchodziło jej życie, więc jednym susem zbliżyła się do dwójki i wbiła im szpony w serca zabierając im wszystkie lata jakie mogli jeszcze przeżyć. Ich twarze zesztywniały wyrażając siłę przerażenia, jakie towarzyszyło im przy śmierci. Po wszystkim zabójczyni usiadła pod ścianą naprzeciwko, by odpocząć i w pełni się zregenerować.
Wtedy zaczęła rozmyślać. Zrozumiała, że jej obawy były trafne. Zastawiono na nią pułapkę, ktoś chciał się jej ewidentnie pozbyć, prawdopodobnie by zgarnąć nagrodę za jej głowę. Niebieskoskóra domyśliła się, że w końcu ktoś spróbuje dostać w swoje łapska te pieniądze, których równowartość to były dwa większe zabójstwa na zlecenie, ale nie wpadła by na to, że tą osobą będzie Lord von Arenzohen. Nie był on na tyle bogaty by zapłacić i Evelynn i jakiemuś innemu zabójcy i to na pewno nie mało, ponieważ musiał być to ktoś wykfalifikowany i niebojący się stawić czoła jednemu z najlepszych z "Nicnych Kruków". Po chwili zastanowienia modliszka przypomniała sobie o Shaunie Vayne badającej działanie Czarnej Róży na terenach Noxus. Dlaczego nie miałaby przystać na propozycję zabicia tej pokracznej istoty zabijającej ludzi, tak jak rodziców kuszniczki.
Niebieskoskóra nie była na nią zła. Wiedziała, że  ona poluje na wszystkie nadnaturlne stworzenia w jakikolwiek sposób używające magii. Znała sprawność kobiety i to jak dobrze wyszukiwała i zabijała. Takim osobom jak ona zabójczyni nie wchodziła w drogę. Wolała spokojnie czekać, aż się w końcu zastarzeją i umrą, albo zginą w walce.
Jej cała złość przelała się na jej obecnego klienta. Evelynn nie mogła puścić tego płazem. Nie mogła splamić swojego honoru tchórzostwem. Wiedziała, że wkrótce ludzie dowiedzą się o pułapce na niej zastawionej i zaczną czuć się zbyt pewnie w tym mieście. Rzecz, którą postanowiła zrobić, była dosyć jasna i logiczna.
Kobieta wstała z podłogi przesączonej krwią leżących w pokoju ofiar, a następnie ruszyła w stronę siedziby Lorda by dokonać na nim okrutnej zemsty.

 *             *           *

Evelynn zmierzała drogą na północ od Aleji Karsovyecky’ego nazwanej na cześć wielkiego dowódcy tejże armii, żyjącego około 3 wieków temu.
Po tych ulicach rzadko kiedy chodzono po północy, mianowicie dlatego że straże mieli nakaz łapania każdego chłopa, bądź mieszczanina, który postanowi wkroczyć na teren szlachty, co brano za próbę napaści lub rabunku. W nakazie zapisano, by taką osobę zawrócić i wlepić karę pieniężną, lecz niewyżyci strażnicy zwykle rzucali się na pechowca i bili go do krwi, by dopiero potem zrobić to co nakazywał im rozkaz. Niestety pobity nie mógł nic z tym zrobić, ponieważ w tym mieście liczyło się tylko słowo wysoko urodzonych.
Zabójczyni mijała właśnie karczmę „Pod Smokiem”. Lokal ten był najstarszym miejscem rozrywkowym w całym Valoran, które od początku było takie samo jak zaraz po otwarciu. Swoją nazwę zaś pozyskało dzięki Leonardowi IV Myślicielowi, który dawno temu przejeżdżając przez te tereny zawitał do gospody i stwierdził, że znajduje się ona dokładnie pod gwiazdozbiorem smoka. Ówczesny właściciel knajpy, by podlizać się gościowi i tym samym zdobyć rozgłos wśród tutejszych szlachciców, postanowił uczcić słowa uczonego nazywając nimi tą posiadłość. Dzięki temu w krótkim czasie zarobki Johna Karczmiarza powieliły się trzykrotnie.
Jak miło było niebieskoskórej znać całą historię lokalu z pierwszej ręki. Od razu przypomniała sobie zlecenie, które dostała około tygodnia później. Dotyczyło ono nikogo innego jak Leonarda IV Myśliciela. Jako, że wtedy Evelynn nie miała złego humoru, dała czas swojej ofierze na rozpowiedzenie wszystkim o tym jak został uhonorowany i wywyższony. Kobietę śmieszyły przechwalania się filozofa, co było kolejnym powodem, dla którego dała mu jeszcze pożyć, no ale czas ponaglał, więc ostatniego dnia swojego pobytu na tych terenach zapadł w sen, z którego już się nie obudził.
Modliszka była już bardzo blisko bramy wschodniej do szlacheckiej części miasta, więc stała się niewidzialna. Przy wejściu stało tylko dwóch strażników, widocznie zmęczonych nocną zmianą. Zwinnym krokiem podeszła jak najbliżej mężczyzny po lewej. Odczekała, aż drugi strażnik się rozkojarzy, a kiedy to nastąpiło wbiła szpony w krtań ofiary jednocześnie wyrywając mu z ręki włócznie. Zabójczyni jednym ruchem znalazła się przed zabitym facetem. Zszokowany drugi żołnierz nie mógł się wystarczająco szybko wziąć w garść, by jakoś zaradzić tej sytuacji. Nagle każda czynność była dla niego zbyt skomplikowana, co poskutkowało wypuszczeniem przez niego broni. Wbijając ostrze w brzuch strażnika, Evelynn zastanawiała się, dlaczego do ochrony najważniejszej części miasta biorą tak niekompetentnych ludzi. Kobieta wyciągnęła drąg z ciała i położyła go na nim, by zrobić jak najmniej hałasu.
Niebieskoskóra była już bardzo blisko posiadłości Lorda von Arenzohena. Dotknęła ściany budynku i bezdźwięcznie wspięła się na ostatnie, trzecie piętro pałacu. Z łatwością wskoczyła przez  otwarte okno do sypialni swojego najemcy. Spał rozwalony na swoim łożu z prawdopodobnie swoją kochanką. Była młodą, blondynką z figurą jakiej można pozazdrościć. Prawdopodobnie była wykupiona przez tego obrzydliwego, niskiego pijaka z wielkim brzuchem. Na myśl o oddaniu się takiemu komuś, Evelynn przeszedł dreszcz. Zabójczyni podeszła do szlachcica. Podstawiła mu rękę do szyi. Wtedy poczuła na sobie czyjś wzrok. Patrzyła na nią ta złotowłosa dziewczyna. Jej oczy ukazywały tyko przerażenie. Niebieskoskórą zdziwił brak jakiegokolwiek krzyku ze strony dziewczyny. Chwilę potem kobieta zrozumiała. Ona była głucha. Nie mogła krzyknąć. W tym samym momencie wróciła do swojej ofiary. Złapała jego gardło oburącz i wcisnęła w nie swoje, ostre jak brzytwa szpony. Rozbudzony Lord spojrzał z przerażeniem w oczach na swoją oprawczynię i wyszarpując się z jej uścisku, wypadł z łóżka. Krztusił się własną krwią i czołgał po podłodze, jak ci wszyscy niewolnicy, którymi poniewierał, kiedy był znudzony. Evelynn patrzyła jak jej ofiara próbuje ze wszystkich sił zawołać o pomoc. Chwilę później martwy Arenzohen leżał na szarym dywanie barwiąc go na czerwono. Zabójczyni zwróciła się do kochanki swojej ofiary:
- Jesteś wolna - pokazała po migowemu, a następnie rozpłynęła się w mroku nocy, zostawiają prawie nieprzytomną ze strachu dziewczynę samą z ciałem szlachcica.


*          *          *

Następnego dnia niebieskoskórej nie było już w Noxus. Podążała drogą na południowy wschód, gdzie miało na nią czekać kolejne zlecenie od niejakiej Lady Masoit, której nie pasowała myśl o podziale spadkiem ze swoim kuzynem.
Zwłoki Lorda znalazła jego służąca, która jak co ranek przychodziła do niego ze śniadaniem. Sprawcy nigdy nie odnaleziono, choć dużo ludzi upiera się przy wersji, w której Miranda, kochanka Arenzohena, postanowiła zabić swojego nabywcę i wraz z rodziną uciec do Demacii, która często pomagała szukającym schronienia. O dziwo tylko niektórzy myślą, że to Evelynn  zabiła szlachcica.

Matką i dwójką dzieci nikt się nie zajął. Ich zwłoki leżały w tamtym małym pokoju przez około dwa tygodnie. Dopiero kiedy jakiś patrolujący strażnik poczuł smród stęchlizny, docierający z domu wdowy, wszedł do środka i zobaczył ich w połowie rozłożone ciała zjadane przez szczury, robaki i wrony, zwołał dwóch chłopów by pochować ciała w gaju nieopodal. Nie postawiono im nagrobka. Parę lat później w miejscu ich spoczynku wzniesiono dom publiczny, którego powstanie dało pracę wielu samotnym matkom, takim jak ta, której zwłoki leżały pod budynkiem.



Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.

Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz