24 mar 2017

Master Yi [12] - Spokojny umysł potrafi przebić kamień


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ

Pomarańczowa tarcza przemieszczała się już ku linii horyzontu. Dzisiejszego dnia przesilenia letniego, jak co roku odbywało się to dokładnie między szczytami Kurio i Massanna. Zbocza gór oblane ciepłymi odcieniami czerwieni były jedną z licznych atrakcji, dla których zjeżdżano tutaj z najdalszych zakątków Runeterry. Jednak na Yi nie robiły już takiego wrażenia, jak za dzieciństwa. Nie potrafił tak jak kiedyś wpatrywać się w nie, dopóki ostatnie promienie słońca nie powierzyły nieba księżycowi. Jednak nadal odnajdywał w nich pewien rodzaj oczyszczającej energii, której często potrzebował, do odpędzenia myśli o zemście, której bardzo pragnął dokonać. Siła umysłu, jaką od wielu lat w sobie kształcił, nie mogła ustąpić tak prymitywnym zachowaniom.
Master Yi oddawał się właśnie codziennej medytacji, którą jak zwykle odprawiał w zbudowanej przez jego przodków, małej kapliczce. Nie posiadała ona nawet ścian, a jej głównym celem było właśnie oddanie się urokom natury i odnalezienie spokoju. Cztery marmurowe filary w kształcie cylindrów utrzymywały płytką kopułę wykonaną z czerwonej cegły. W jej wewnętrznej stronie widniały malunki mitycznych stworzeń, które miały sprawować opiekę nad świętym miejscem. W samym centrum sklepienia wisiał na łańcuchu lampion, wykonany prawdopodobnie przez któregoś z największych mędrców, jakich nieczęsto spotykano na tych terenach. To, co było niezwykłe w tym skromnym przedmiocie, to światło, które pojawiało się zawsze, kiedy nastawała ciemność. Nie ważne czy to przez noc, lub nawet najzwyklejsze zakrycie kaplicy, to za każdym razem, jakby przez magiczny włącznik, światło rozbłyskiwało w szklanej kuli zielonożółtym promieniem, który wraz z ukazaniem się słońca, bądź ognia, gasło zapadając się samo w siebie, by powrócić, kiedy znów będzie potrzebne.
Wojownik Wuju próbował w pełni oddać się odpoczynkowi i beztrosce, lecz przez jego myśli ciągle przesuwały się wspomnienia walk i ciał upadających z każdym precyzyjnie wymierzonym ciosem szermierza. Przypominał sobie każdy jęk konających mężczyzn i każdy ryk tych szarżujących. Spoglądał po raz kolejny na miejsca bitew z bezlitosną armią Noxus, której zarozumialstwo i pycha kazały plądrować napotkane wioski, mordować wszystkich zdrowych mężczyzn w pełni wieku, zabierać w niewolę młode dziewczyny, a czasem nawet i matki, by później sprzedać je jakimś zamożnym szlachcicom lub wykorzystywać, jako sposób urozmaicenia czasu. Natomiast dzieci zwykle zostawiali na pastwę losu. Te trochę starsze często starały się pomagać reszcie, lecz cóż mogły zrobić bez pożywienia, zupełnie same, w miejscowościach czasami oddalonych o parę szczytów od innych skupisk ludności. Ostatnią, najbardziej zhańbioną grupą byli starzy i kaleki, z których zwykle durni żołnierze Noxus robili sobie pośmiewisko. Kazali robić im rzeczy, które były poniżej godności nawet tych najniegodziwszych.
Te wspomnienia napawały Yi gniewem, lecz wkład, jaki włożył w doskonalenie stylu Wuju i jednanie swojego ciała z duchem, pozwoliły mu na oddalenie uporczywych, złych myśli i ponowne rozluźnienie ciała, a tym samym wejście na głębszy stopień medytacji.
Po około godzinie słońce zamieniło się w półokrąg, chowając się po części za linię horyzontu. Wojownik kończył właśnie swoją dzienną dawkę odpoczynku i jedyne o czym teraz myślał, było czym się teraz będzie musiał zająć. Podczas tych rozmyślań, dotarło do Ioniańczyka to, czego teraz potrzebował.
Wtedy, jak co dzień po stopniach stromych schodów wykutych u zbocza wzniesienia, wspinał się Wukong, jedyny uczeń Mastera Yi. Miał on nadzieję, że kiedy przyjdzie, jego mistrz będzie już na chodzie i też to nawet przeczuwał, lecz na pewno nie spodziewał się tego, czym zaraz miał go zaskoczyć.
Ostatnie parę stopni dzieliło już ucznia od widoku budynku, a kiedy ten ukazał mu się przed oczami, był... pusty. Małpiszon zdębiał. „Przecież on zawsze tu jest.” pomyślał. Lekko zestresowany, ale także zaskoczony, postanowił, że ukryje się na pobliskim drzewie, które kończyło przekwitać i niedługo miało zacząć rodzić soczyste owoce. Małpi Król powoli i bezszelestnie przeskakiwał z jednej rośliny na drugą, cały czas wypatrując najmniejszego drgnienia. Krążył tak wokół kaplicy, nie wiedząc, co powinno zwrócić jego uwagę. Po krótkim namyśleniu postanowił, ze przyjrzy się miejscu z bliska. Zgrabnym ruchem opuścił się z gałęzi i delikatnie stanął na wilgotnej od rosy trawie. Wtedy zza jednego z filarów wyłonił się pędząc w jego kierunku mężczyzna. W pierwszej chwili Wukong nie wiedział kto to, lecz zaraz rozpoznał z kim będzie walczył.
- Broń się! – ryknął Yi i rzucił się na Konga, znikając do niematerialnego świata i wyłaniając się za plecami rywala. Ten już dawno przygotowany do walki, odparł cios szermierza i odskakując kawałek, stanął w pozycji obronnej.
- Czekałem na to – odparł prowokująco Małpi Król, a następnie biorąc zamach, skoczył ku szermierzowi. Ten dzięki szybkiemu refleksowi zdążył sparować atak, a następnie samemu przystąpić do działania. Wukong cały czas analizując miejsce, w którym się znajdowali, postanowił spróbować pokonać mistrza. Wyczekał moment, aż ten zaatakuje i wtedy przytrzymując miecz przeciwnika swoją bronią odepchnął go na całkiem sporą odległość, by zdobyć trochę czasu na pozostawienie swojego klona. Kiedy podobizna małpiszona czekała na przystąpienie do ataku wojownika, Kong jednym szybkim susem wskoczył na jedno z drzew. Dwa kolejne skoki zmieniły jego pozycję, tak że znajdował się na wprost za plecami Mastera Yi. Kiedy sobowtór znikł w białej chmurze, wymachując swoim kosturem, jego pierwowzór zeskoczył z rośliny celując w swojego mistrza. Wtedy miecz szermierza Wuju zalśnił, a cała jego sylwetka rozpromieniła zielonym blaskiem. Rzucił się on na nic niespodziewającego się Wukonga i jednym ciosem powalił go na ziemię. Następnie zostawił ucznia na mokrej trawie, a sam poszedł z powrotem do kaplicy.
Małpi Król leżał chwilę obolały, a kiedy wstał, podszedł do mistrza. Otworzył usta, by wytłumaczyć się z odniesionej klęski, lecz Master Yi odparł przed nim:
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć. Przed tobą długa droga na szczyt…, ale nie martw się. Kiedyś go zdobędziesz – mówił  układając się do ponownego odpoczynku. Musiał zregenerować siły po walce, by w razie potrzeby być w pełni gotowości.
- Tak właściwie to… - zaczął Kong.
- Ciii…Medytuję  - przerwał mu zabójca, pogrążając się w zamyśleniu.
Wukong spojrzał na szermierza z lekkim podenerwowaniem, lecz zaraz potem westchnął i ruszył w stronę stopni na zboczu wzgórza.

Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy wojownika Wuju zawitał prawie przez niego zapomniany, szczery i ciepły uśmiech.


Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Zajrzyjcie też do naszych innych opowiadań. Nie pożałujecie :D


4 komentarze:

  1. Co jak co, ale w sprawie opisów otoczenia jeszcze sporo mi do was brakuje :)
    A samo opowiadanie czytało się bardzo miło
    ~PapaShogun

    OdpowiedzUsuń
  2. super czekam na wiecej pozdrawiam cieplutko i przesylam buziaczki ///asia p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Jeśli Ci się spodobało, to zobacz inne opowiadania.
      POzdrawiamy. :D

      Usuń