ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ NA FB! KLIKNIJ TUTAJ
Pomarańczowa tarcza przemieszczała się już ku linii
horyzontu. Dzisiejszego dnia przesilenia letniego, jak co roku odbywało się to
dokładnie między szczytami Kurio i Massanna. Zbocza gór oblane ciepłymi
odcieniami czerwieni były jedną z licznych atrakcji, dla których zjeżdżano
tutaj z najdalszych zakątków Runeterry. Jednak na Yi nie robiły już takiego
wrażenia, jak za dzieciństwa. Nie potrafił tak jak kiedyś wpatrywać się w nie,
dopóki ostatnie promienie słońca nie powierzyły nieba księżycowi.
Jednak nadal odnajdywał w nich pewien rodzaj oczyszczającej energii, której często potrzebował, do odpędzenia myśli o zemście, której bardzo pragnął dokonać. Siła umysłu, jaką od wielu lat w
sobie kształcił, nie mogła ustąpić tak prymitywnym zachowaniom.
Master Yi oddawał się właśnie codziennej medytacji, którą
jak zwykle odprawiał w zbudowanej przez jego przodków, małej kapliczce. Nie
posiadała ona nawet ścian, a jej głównym celem było właśnie oddanie się urokom
natury i odnalezienie spokoju. Cztery marmurowe filary w kształcie cylindrów
utrzymywały płytką kopułę wykonaną z czerwonej cegły. W jej wewnętrznej stronie
widniały malunki mitycznych stworzeń, które miały sprawować opiekę nad świętym
miejscem. W samym centrum sklepienia wisiał na łańcuchu lampion, wykonany
prawdopodobnie przez któregoś z największych mędrców, jakich nieczęsto
spotykano na tych terenach. To, co było niezwykłe w tym skromnym przedmiocie, to
światło, które pojawiało się zawsze, kiedy nastawała ciemność. Nie ważne czy to
przez noc, lub nawet najzwyklejsze zakrycie kaplicy, to za każdym razem, jakby
przez magiczny włącznik, światło rozbłyskiwało w szklanej kuli zielonożółtym
promieniem, który wraz z ukazaniem się słońca, bądź ognia, gasło zapadając się samo w siebie, by powrócić, kiedy znów będzie potrzebne.
Wojownik Wuju próbował w pełni oddać się odpoczynkowi i
beztrosce, lecz przez jego myśli ciągle przesuwały się wspomnienia walk i ciał
upadających z każdym precyzyjnie wymierzonym ciosem szermierza. Przypominał
sobie każdy jęk konających mężczyzn i każdy ryk tych szarżujących. Spoglądał po
raz kolejny na miejsca bitew z bezlitosną armią Noxus, której zarozumialstwo i
pycha kazały plądrować napotkane wioski, mordować wszystkich zdrowych
mężczyzn w pełni wieku, zabierać w niewolę młode dziewczyny, a czasem nawet i
matki, by później sprzedać je jakimś zamożnym szlachcicom lub wykorzystywać, jako sposób urozmaicenia czasu. Natomiast dzieci
zwykle zostawiali na pastwę losu. Te trochę starsze często starały się pomagać reszcie, lecz cóż mogły zrobić bez pożywienia, zupełnie same, w miejscowościach czasami
oddalonych o parę szczytów od innych skupisk ludności. Ostatnią, najbardziej
zhańbioną grupą byli starzy i kaleki, z których zwykle durni żołnierze Noxus
robili sobie pośmiewisko. Kazali robić im rzeczy, które były poniżej godności nawet tych najniegodziwszych.
Te wspomnienia napawały Yi gniewem, lecz wkład, jaki
włożył w doskonalenie stylu Wuju i jednanie swojego ciała z duchem, pozwoliły
mu na oddalenie uporczywych, złych myśli i ponowne rozluźnienie ciała, a
tym samym wejście na głębszy stopień medytacji.
Po około godzinie słońce zamieniło się w półokrąg, chowając się po części za linię horyzontu. Wojownik kończył właśnie swoją dzienną dawkę
odpoczynku i jedyne o czym teraz myślał, było czym się teraz będzie musiał
zająć. Podczas tych rozmyślań, dotarło do Ioniańczyka to, czego teraz
potrzebował.
Wtedy, jak co dzień po stopniach stromych schodów wykutych u
zbocza wzniesienia, wspinał się Wukong, jedyny uczeń Mastera Yi. Miał on nadzieję,
że kiedy przyjdzie, jego mistrz będzie już na chodzie i też to nawet
przeczuwał, lecz na pewno nie spodziewał się tego, czym zaraz miał go zaskoczyć.
Ostatnie parę stopni dzieliło już ucznia od widoku budynku,
a kiedy ten ukazał mu się przed oczami, był... pusty. Małpiszon zdębiał. „Przecież
on zawsze tu jest.” pomyślał. Lekko zestresowany, ale także zaskoczony,
postanowił, że ukryje się na pobliskim drzewie, które kończyło przekwitać i
niedługo miało zacząć rodzić soczyste owoce. Małpi Król powoli i bezszelestnie przeskakiwał z jednej rośliny na drugą, cały czas wypatrując
najmniejszego drgnienia. Krążył tak wokół kaplicy, nie wiedząc, co powinno zwrócić jego uwagę. Po krótkim namyśleniu postanowił, ze przyjrzy się miejscu z
bliska. Zgrabnym ruchem opuścił się z gałęzi i delikatnie stanął na wilgotnej
od rosy trawie. Wtedy zza jednego z filarów wyłonił się pędząc w jego kierunku
mężczyzna. W pierwszej chwili Wukong nie wiedział kto to, lecz zaraz rozpoznał z kim będzie walczył.
- Broń się! – ryknął Yi i rzucił się na Konga, znikając do
niematerialnego świata i wyłaniając się za plecami rywala. Ten już dawno
przygotowany do walki, odparł cios szermierza i odskakując kawałek, stanął w
pozycji obronnej.
- Czekałem na to – odparł prowokująco Małpi Król, a następnie
biorąc zamach, skoczył ku szermierzowi. Ten dzięki szybkiemu refleksowi
zdążył sparować atak, a następnie samemu
przystąpić do działania. Wukong cały czas analizując miejsce, w którym się
znajdowali, postanowił spróbować pokonać mistrza. Wyczekał moment, aż ten
zaatakuje i wtedy przytrzymując miecz przeciwnika swoją bronią odepchnął go na
całkiem sporą odległość, by zdobyć trochę czasu na pozostawienie swojego klona.
Kiedy podobizna małpiszona czekała na przystąpienie do ataku wojownika, Kong
jednym szybkim susem wskoczył na jedno z drzew. Dwa kolejne skoki zmieniły jego
pozycję, tak że znajdował się na wprost za plecami Mastera Yi. Kiedy sobowtór znikł w białej chmurze, wymachując swoim kosturem, jego pierwowzór zeskoczył z rośliny
celując w swojego mistrza. Wtedy miecz szermierza Wuju zalśnił, a cała jego sylwetka
rozpromieniła zielonym blaskiem. Rzucił się on na nic niespodziewającego się Wukonga i jednym ciosem powalił go na ziemię. Następnie zostawił ucznia na mokrej trawie, a sam poszedł z powrotem do kaplicy.
Małpi Król leżał chwilę obolały, a kiedy wstał, podszedł do
mistrza. Otworzył usta, by wytłumaczyć się z odniesionej klęski, lecz Master Yi
odparł przed nim:
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć. Przed tobą długa droga na
szczyt…, ale nie martw się. Kiedyś go zdobędziesz – mówił układając się do ponownego odpoczynku. Musiał
zregenerować siły po walce, by w razie potrzeby być w pełni gotowości.
- Tak właściwie to… - zaczął Kong.
- Ciii…Medytuję -
przerwał mu zabójca, pogrążając się w zamyśleniu.
Wukong spojrzał na szermierza z lekkim podenerwowaniem,
lecz zaraz potem westchnął i ruszył w stronę stopni na zboczu wzgórza.
Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy wojownika
Wuju zawitał prawie przez niego zapomniany, szczery i ciepły uśmiech.
Zapraszamy do oceniania naszych prac w komentarzach na dole. Uwierzcie, że one dają dużo motywacji.
Co jak co, ale w sprawie opisów otoczenia jeszcze sporo mi do was brakuje :)
OdpowiedzUsuńA samo opowiadanie czytało się bardzo miło
~PapaShogun
Dziękujemy za miłe słowa. :D
Usuńsuper czekam na wiecej pozdrawiam cieplutko i przesylam buziaczki ///asia p
OdpowiedzUsuńDzięki! Jeśli Ci się spodobało, to zobacz inne opowiadania.
UsuńPOzdrawiamy. :D